










Następne zrobione wg własnego wzoru, a pomysłu zaczerpniętego gdzieś z sieci, perłówką anchora ósemką. Robi się nią nieźle, aczkolwiek dosyć szybko się mechaci jak przystało na perłówki. A dzięki temu że nitka jest skręcona kolczyki są jakby bardziej mięsiste, wypukłe w przeciwieństwie do tych wyżej opisanych.
Użyłam nitki zakupionej kiedyś przez Krzysię na moje konto – YaronAt – jest to nitka do szydełka i drutów grubości mniej więcej ósemki perłówki. Wyszły takie dosyć wieczorowe te kolczyki – nie wiem czy się spodobają koleżance, której mają być te jak i większość pozostałych. Nitką robi się bardzo dobrze, jednak podobnie jak w przypadku mulinki będzie trzeba je wykrochmalić żeby się trzymały w kształcie przeze mnie pożądanym.


Jak postanowiłam tak się też stało. Wykończyłam zakładkę z dwóch stron – bo ostatnio bardzo mi się podoba motyw wystawania od dołu i od góry książki zakładek :). I tak powstała ta oto:
wiec już nie wiem jak się to robi – może miszczynie coś podpowiedzą – jakie mają na takie wzory pomysły?
Był również w planie wyjazd na Targi rękodzieła do Łodzi, ale w samą porę doinformowałyśmy się że nie ma sensu pokonywać tyle kilkosów bo frekwencja marniutka jeśli chodzi o wystawców i zwiedzających też. Ale my kobitki absolutnie nieprzejęte wymyśliłyśmy na prędce inne rozwiązanie na spędzenie czasu wolnego i było bosko :). I co spotkania z maniaczkami robótkowymi zawsze kończą się masą nowych pomysłów i masą napaleń na nowe dziełka – a czasu jakby coraz mniej w tej naszej dobie :(
W trakcie podpisywania „Bierek” zdecydowałam się na zakup nowego wydania PLBoya i Wiosny PLBoya = PLBoya² (stare wydanie będzie tylko do pożyczania znajomym) i tym sposobem mam dwa autografy autora :) Cieszyłam się jak dziecko i nawet ośmieliłam się poprosić o wspólną fotkę a co!! Więcej może się nie powtórzyć taka okazja. Więc nie zrobiłam zakupów i fotek w Łodzi, ale mam inne łupy wielce satysfakcjonujące.

Właśnie mi się przypomniało ze ja też nie omieszkałam przed tą imprezką ją zmierzyć – niesamowite wrażenie kiedy zaczyna się w niej człowiek kręcić to ta piórowa halka jakby wprowadza dodatkową siłę obrotu i ma się wrażenie że jest się w stanie ulecieć :).
Książka, której pewnie nie wybrałabym do czytania, gdyby nie to że dostałam ją do ręki z tekstem „warto przeczytać”. No i przeczytałam najpierw oczywiście to co było napisane na okładce, a potem to co w środku – i się zdziwiłam. Okładkowy opis sugeruje, iż książka jest pełna czarów, zabobonów, magii, a w rzeczywistości wyżej wymienionych jest niewiele. Książka osadzona na początku XX wieku w węgierskiej wsi, przedstawiająca fragmenty życia tejże wsi z punktu widzenia Sari, która nie jest osobą lubianą we wsi, choć w pewnym momencie akceptowaną. Przedstawione są w niej: samotność, dylematy które targają ludźmi przy ciężkich wyborach, ale również pokazuje jak egoizm i zadufanie w sobie powoduje zatarcie się ważności życia, a granica między życiem a śmiercią drugiej osoby jest prosta do przekroczenia. Książka w końcu pokazuje różne oblicza miłości: tej utęsknionej, tej podszytej pożądaniem, tej spaczonej wojennymi przeżyciami, tej nieograniczonej miłości do dziecka.
Kontynuacja "Kuźni na rozdrożu" - literatura, którą ja nazywam codzienną - czyli akcja toczy się w teraźniejszości i porusza codzienne tematy. Autorka w lekki sposób porusza bardzo ważne tematy będące często tematami tabu w życiu wielu ludzi: niedobrane małżeństwo, uwięzienie w takim małżeństwie, poddawanie się niezrozumiałej woli rodziców, strach przed szukaniem szczęścia mimo wszystko, nieumiejętność zaufania mężczyźnie bo ... i tak dalej i tak dalej. A przy tym wiele humoru. Mam nadzieję że autorka nie skończy na tych dwóch książkach tego typu. polecam!

M.
Mniejszy zachwyt budził wulkan buchający pyłami i straszący namiętnie przedłużeniem pobytu w siostry (wiecie fajnie fajnie ale co za dużo to nie zdrowo i dla tych co goszczą jak i dla gościa), no ale mąż wspierał przez kabelki dobrymi myślami twierdząc że wrócę o czasie – i wiecie kurcze wróżek z niego hi hi bo rzeczywiście udało mi się dolecieć tak jak planowałam. Oprócz wyszywania, leniuchowania i ogarniania dwóch przecudnych łobuzów (siostrzeńców) miałam możliwość z przyjemnością wyszykować moją kochaną siostrę na wyjście. Kolorystyka taka jaką najbardziej lubię. Niestety wieczór już był więc światło lampy trochę złagodziło kolor i idee makijażu – ponieważ w rzeczywistości oczy były bardziej przydymione i ciemniejsze – jak na wieczorowe wyjście przystało. 
Teraz już znacie obie moje siostry : )
Ostatnio na tapecie czytelniczej była książka „Żona podróżnika w czasie”. Najpierw na początku roku w kinie natknęłam się na zapowiedź filmu „Zaklęci w czasie”, ale na szczęście zanim obejrzałam polecono mi tą książkę, która okazała się pierwowzorem filmu. Ufff nie lubię najpierw oglądać potem czytać – wolę stanowczo odwrotnie.
Jak książka? Bardzo mi się podobała. I choć absolutnie nie jestem zwolenniczką literatury sf, a w związku z tym pewnie miałam niewielkie problemu w ogarnięciu wyobraźnią przenoszenie się w czasie i bycie tu i tam i tam i tu, to sama historia i zawarte w niej emocje: pięknej miłości, ogromnej tęsknoty i zrozumienia, powodowały, iż książka czytała się właściwie sama. Fajnym aspektem książki były również opisy pracy głównej bohaterki nad rzeźbami z papieru, papieru który sama tworzyła – takie bliskie było to robótkom ręcznym.
Dzisiaj obejrzałam też wspominany wyżej film. I … oczywiście książka była lepsza (chyba jeszcze nie zdarzyło mi się albo nie pamiętam żebym spotkała się ze zjawiskiem odwrotnym). Film spłycił wiele wątków i zagadnień powodując, w moim odczuciu, iż widz może nie rozumieć pewnych sytuacji czy relacji przyczynowo – skutkowych. Niemniej jednak z przyjemnością skonfrontowałam swoje wyobrażenia z czytania książki z filmem.
Jeśli o robótki chodzi to w rozjazdach bardzo tęskniłam za needlpointem zwłaszcza, że wspólny blog dotyczący tejże tematyki bardzo intensywnie rozwijał się w ostatnim miesiącu, a ja byłam zdana jedynie na podziwianie prac innych. Więc jak tylko wróciłam do domciu zaczęłam kontynuować mojego SALa. I…
Jak nici były w motkach to się człowiekowi – czyli mi – wydawało że kolory do siebie pasują, a jak przyszło do wyszywania lutowych elementów tych wewnątrz krzyża to zaczął się dramat i prucie. Najpierw fiolet okazał się za zimny, potem granat za ciepły wrrrrr myślałam że rzucę to w kiebieni treni. W końcu wyszyłam turkusową madeirą – czyli kolorem zupełnie nie moim no ale na razie pasuje więc nie narzekam. Pazurki poszły rayonem dmc (niezbyt szczęśliwa nitka do needlpointa bo ciężko ją utrzymać na wodzy napiętą no ale walczyłam mam nadzieję że efekt pozostanie do końca wyszywania ten sam :). No i przy rayonie naprawdę przydała mi się rada którejś z Was że lepiej się nią wyszywa kiedy jest nawilżona.
W środku krzyża poszła madeira (3 nitki) w kolorze fuksji i multikolorowa metalizowana nitka guttermana taka w szpulce jak nici do szycia – bardzo cienitka więc cztery razem złożyłam. Jest piękna i w końcu znalazła zastosowanie w moich wyszywankach i myślę że będzie się jeszcze tu i ówdzie pojawiała w tym obrazku.
Przy zakupach materiałowych zakupiłam też guziki maści różnej a przede wszystkim bardzo niestandardowej u nas wielkości – są takie które mają po 3 mm :) i są przesłodkie. Wprawdzie sprzedawane są w działach ze skarpowymi gadżetami – ale kto mi broni przyszywać je do rzeczy które powstaną na maszynie – mam nadzieję niebawem :).
Któraś z Was pisała ostatnio o chomikowaniu – chyba Ania Arkadija – tak tak ja też mam tą chorobę i aż czasami się sama z siebie śmieję – no ale co ja na to poradzę, nie chcę się z tego leczyć o!Zaparłam się i skończyłam kota. Jak wspominałam w poprzednim poście drażnił mnie z deka materiał no ale udało się i można zacząć następnego i dzięki temu przybliżać się do końca projektu.
Ehh ja mam nauczkę żeby nie ładować się w tak skomplikowane wzory – bo wbrew pozorom koty są wielokolorowe (kilkanaście w każdym miesiącu) i mają dobijające backstitche – wiem wiem powtarzam się ale czasem muszę ; ).
M.


No to pokazuję łazienkę mojej przyjaciółki ozdobioną morskimi kamieniami – które w odróżnieniu od kamieni polnych mają cudowne opływowe kształty, a i dzięki temu mają też bajeczne kolory i struktury. Kamienie w tejże łazience znajdują się pod kibelkiem, oraz włożone w obraz na ścianie. Bardzo mi się ten pomysł podoba, zwłaszcza, że ozdób tych nie trzeba za często wycierać z kurzu.
Konfrontuje się ona z bardzo normalnymi sytuacjami, jak to w życiu - chciałoby się powiedzieć, jednak życie to i wydarzenia w nim występujące, opisuje w tak lekki i przystępny sposób, że miałam wrażenie jakbym gadała z przyjaciółką przy dobrej kawusi. Polecam serdecznie, zwłaszcza na ciężkie nastroje i nasze „ciężkie życie” :).
Jak się spotyka fajnych ludzi to wychodzą z tego zawsze fajne rzeczy … i tak było też na naszym przypadku – spotkałyśmy się kilka tygodni temu z Anią i Agnieszką i postanowiłyśmy stworzyć wspólnego bloga, co natychmiast zresztą uczyniłyśmy. Kilka tygodni zajęło dopracowywanie idei, pomysłów i zamysłów. Graficznie pomogła nam i mam nadzieje że nadal będzie naszym wsparciem Ania – dziękuję Wam dziewczyny :)
Zdjęcia jakoś tak nie po kolei wyszły ale nie ma to teraz większego znaczenia. Ania Aploch ta mysza z tablicą jest Twoja – zobacz jak mi się zamaniło zmienić wzór żeby był taki zindywidualizowany Twój – widzisz o co chodzi??
Pojawiły się też cudowne czerwone róże – również od męża – z okazji szczególnej :) i natchnęło mnie żeby i je jakoś nietypowo uwiecznić.
Chciałabym kurcze mieć lepszy aparat, który można by było fajowo poustawiać, żeby makra wychodziły jeszcze bardziej „artystycznie”, no ale może kiedyś i taki się zakupi.
Tę ostatnią kupiłam dzięki Ani, która mi o niej opowiedziała wyrażając przy tym pełen zachwyt – ja również polecam tę książkę, zwłaszcza dla tych, które uwielbiają jak ja oglądać czytać oglądać czytać i czasami się też zainspirować tym co obejrzały lub przeczytały. Dwie pierwsze książki, to prezent od mojej kochanej szwagierki, która wypatrzyła na multiply moją prośbę. A że nie za bardzo jest w temacie, to ściągnęła mi, chyba z USA, książki, które w sieci uchodzą za biblie tego haftu. Pierwsza rzeczywiście zawiera masę ciekawych i przydatnych ściegów (niestety posiada tylko czarno białe zdjęcia), druga natomiast jest bardziej historyczna i zawiera bardzo elementarne rzeczy, ale wiecie chomika wszystko co związane z tematem bardzo cieszy :).
Miałam niewielkie gazety (katalog pewnego sklepu wysyłkowego ubraniowego) z którego zrobiłam podstawę, wg. zaleceń wszystko wzmocniłam taśmą malarską i owinęłam jakąś marna białą tkaniną żeby wyrównać kolor. Następnie przejrzałam pudło z nowymi materiałami i zdecydowałam że podstawową bazą kolorystyczną będzie materiał w szalone koty, do niego dobrałam jeszcze kilka innych tkanin, pocięłam je na cieniutkie paseczki i na kółka. Kółka to właśnie Marysina inspiracja, aczkolwiek ja zamiast różnej wielkości kółek albo je marszczyłam albo wycinałam „płatki”. Środki kwiatków stanowiły koraliki (obiecany pokaz mojej kolekcji niżej), które przy okazji zakrywały nitkę ściągającą płatki i mocującą do wianka.
Całość prac zajęła ponad godzinę. Efekt mi się bardzo podoba bo ożywia mój przedpokój i przypomina że to już tuż tuż i wiosna będzie (oby…).
Nadmienić należy że w większości przypadków potrzeby te zostały jedynie w sferze wizji, no ale chomikowanie sobótkowe jest nieuleczalne jak same wiecie i wcale nie boli więc … koraliki mam : ). Aby koraliki mogły być używane do frywolitek (przeze mnie) musiały mieć odpowiednio duże oczka tak aby najcieńsze szydełko dostępne w Polsce wraz z nitką przeszło przez ten koralik. Na idealne natknęłam się w warszawskim empiku, gdzie kiedyś były takie super stoiska z akcesoriami do robótek ręcznych (to te w okrągłych pojemniczkach) pozostałe to efekt wymianek, innych zakupów czy też odzysku ze starych ubrań (zwłaszcza zagramanicznych, czytaj amełykańskich, które z uporem maniaka były kiedyś ozdabiane tonami koralików). I tak oto mam niezłą kolekcję, którą nadal mogę używać do frywolitek tak jak to miało miejsce kiedyś, albo do innych szychowych wizji. I jaki z tego wniosek – na wszystko przyjedzie czas – więc chomikowanie jest super!!