Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nitki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nitki. Pokaż wszystkie posty

2 maja 2010

… wszędzie dobrze ale …

Oj tak moje kwietniowe wojaże były super, mimo to zatęskniłam się za domem i za tym wszystkim co tu mam i co mogę tu robić. Pobyt na obcej angielskiej ziemi to przede wszystkich zachłystywanie się wiosną, cudownie kwitnącymi ogrodami, zielenią dookoła no i kwitnącymi magnoliami – pierwszy raz w życiu widziałam je w takiej krasie i byłam zachwycona. Mniejszy zachwyt budził wulkan buchający pyłami i straszący namiętnie przedłużeniem pobytu w siostry (wiecie fajnie fajnie ale co za dużo to nie zdrowo i dla tych co goszczą jak i dla gościa), no ale mąż wspierał przez kabelki dobrymi myślami twierdząc że wrócę o czasie – i wiecie kurcze wróżek z niego hi hi bo rzeczywiście udało mi się dolecieć tak jak planowałam.

Oprócz wyszywania, leniuchowania i ogarniania dwóch przecudnych łobuzów (siostrzeńców) miałam możliwość z przyjemnością wyszykować moją kochaną siostrę na wyjście. Kolorystyka taka jaką najbardziej lubię. Niestety wieczór już był więc światło lampy trochę złagodziło kolor i idee makijażu – ponieważ w rzeczywistości oczy były bardziej przydymione i ciemniejsze – jak na wieczorowe wyjście przystało.

Teraz już znacie obie moje siostry : )

Ostatnio na tapecie czytelniczej była książka „Żona podróżnika w czasie”. Najpierw na początku roku w kinie natknęłam się na zapowiedź filmu „Zaklęci w czasie”, ale na szczęście zanim obejrzałam polecono mi tą książkę, która okazała się pierwowzorem filmu. Ufff nie lubię najpierw oglądać potem czytać – wolę stanowczo odwrotnie.

Jak książka? Bardzo mi się podobała. I choć absolutnie nie jestem zwolenniczką literatury sf, a w związku z tym pewnie miałam niewielkie problemu w ogarnięciu wyobraźnią przenoszenie się w czasie i bycie tu i tam i tam i tu, to sama historia i zawarte w niej emocje: pięknej miłości, ogromnej tęsknoty i zrozumienia, powodowały, iż książka czytała się właściwie sama. Fajnym aspektem książki były również opisy pracy głównej bohaterki nad rzeźbami z papieru, papieru który sama tworzyła – takie bliskie było to robótkom ręcznym.

Dzisiaj obejrzałam też wspominany wyżej film. I … oczywiście książka była lepsza (chyba jeszcze nie zdarzyło mi się albo nie pamiętam żebym spotkała się ze zjawiskiem odwrotnym). Film spłycił wiele wątków i zagadnień powodując, w moim odczuciu, iż widz może nie rozumieć pewnych sytuacji czy relacji przyczynowo – skutkowych. Niemniej jednak z przyjemnością skonfrontowałam swoje wyobrażenia z czytania książki z filmem.

Jeśli o robótki chodzi to w rozjazdach bardzo tęskniłam za needlpointem zwłaszcza, że wspólny blog dotyczący tejże tematyki bardzo intensywnie rozwijał się w ostatnim miesiącu, a ja byłam zdana jedynie na podziwianie prac innych. Więc jak tylko wróciłam do domciu zaczęłam kontynuować mojego SALa. I…

Nie miała baba kłopotu to wybrała multikolorową perłówkę w dodatku anchora. A na inne kolory wybrałam madeire i dmc. No i ciężko bardzo dobrać kolory w tej samej tonacji jak na multikolorowej. Jak nici były w motkach to się człowiekowi – czyli mi – wydawało że kolory do siebie pasują, a jak przyszło do wyszywania lutowych elementów tych wewnątrz krzyża to zaczął się dramat i prucie. Najpierw fiolet okazał się za zimny, potem granat za ciepły wrrrrr myślałam że rzucę to w kiebieni treni. W końcu wyszyłam turkusową madeirą – czyli kolorem zupełnie nie moim no ale na razie pasuje więc nie narzekam. Pazurki poszły rayonem dmc (niezbyt szczęśliwa nitka do needlpointa bo ciężko ją utrzymać na wodzy napiętą no ale walczyłam mam nadzieję że efekt pozostanie do końca wyszywania ten sam :). No i przy rayonie naprawdę przydała mi się rada którejś z Was że lepiej się nią wyszywa kiedy jest nawilżona. W środku krzyża poszła madeira (3 nitki) w kolorze fuksji i multikolorowa metalizowana nitka guttermana taka w szpulce jak nici do szycia – bardzo cienitka więc cztery razem złożyłam. Jest piękna i w końcu znalazła zastosowanie w moich wyszywankach i myślę że będzie się jeszcze tu i ówdzie pojawiała w tym obrazku.


M.

19 listopada 2009

… bo co gorsze jesteśmy? …

Dlaczego w naszym zacnym kraju nie ma możliwości kupienia fajnych nitek i innych materiałów i gadżetów, które by nas uszczęśliwiły robótkowo. W tym tygodniu przyszło zamówienie, które dzięki yenulce poszło sprawnie i gładko. Oprócz tego co na fotkach zamówiłam jeszcze monokanwę w kolorze beżowym i takim jasno szarym. A na fotkach mamy cieniowane nitki, na które jak wiecie choruję nieuleczalnie. Są to chyba ręcznie malowane – albo wyglądające tak jak ręcznie malowane nitki, które zamierzam wykorzystywać do needlepointa.
Przy okazji pokazuję jaka jest różnica między dwoma rodzajami nitek: watercolours i wildflowers obie by Caron. Te ostatnie przyszły omyłkowo mimo iż były zamówione te pierwsze, ale dzięki temu przynajmniej wiadomo co za jedne są te wildflowersy. Watercolours to grube nitki które w paśmie podzielone są na 3. Pięknie wypełniają monokanwe 18stkę te wildflowers natomiast to bardzo cieniusieńkie nitki grubości mniej więcej 2 pasemek mulinki – więc nadają się chyba jedynie do wyszywania haftem płaskim, może krzyżykiem ale pewna nie jestem. Mogą posłużyć do mereżki lub innego wykończeniowego dziergania.


I kilka ściegów dzisiaj:
Buttonhole Gobelin – bardzo prosty wypełniacz przestrzeni.
Clematis Square – ścieg stanowczo lepiej wyglądający wykonany wielokolorową nitką, bo wtedy widać sens ściegu. Moim zdaniem bardzo fajny do ozdabiania a nie wypełniania przestrzeni, choć kto wie kto wie :).
Couching Variation – znowu wielokolorowy ścieg, już lepszy niż poprzedni do wypełniania powierzchni, można użyć metalizowanej nitki zamiast tego jasnego różu.
Flower Basket Pavilion – typowy wypełniacz, moim zdaniem bardzo efektowny.


M.

11 września 2009

… jak ja lubię piątki …

Tak piątek to fajny dzień – weekend można zacząć, a wiadomo w weekend jak się człowiek dobrze zakręci to nawet odpocząć może. A poza tym to dzisiaj dostałam dwie przesyłki z czego jestem przeszczęśliwa. Zamówiłam u jednej z blogowiczek notes – taki mały do torebki – 10x8 cm. Zamarzył mi się w dzikim zestawieniu kolorystycznym czerwono - fioletowo – zielonym i byłam ciekawa jak to wyjdzie. Wyszło trochę inaczej niż miałam wizję (ponieważ w niej kolory a dokładnie odcienie były zdecydowanie ciemniejsze) ale te też są fajne i takie bardziej radosne niżby były ciemniejsze. A notes ma przeznaczenie optymistyczne to więc wszystko dobrze się składa :).
Kolejna przesyłka to zakupy w sewandso – przyszła migaczem więc się zdziwiłam, że tak szybko będę mogła się nią napawać. Zakupy zostały poczynione w pierwszej gorączce zarazy needlepointowej, a nitki kupione przede wszystkim do Pineapple Quilt Laury P., ale też przy okazji (wiecie jak to jest z tymi okazjami każda jest dobra żeby nitek dokupić) kupiłam kilka innych cieniowanych nitek Watercolours – bo już wiecie że uwielbiam cieniowane. W związku z tym że nie było oryginalnych wskazanych we wzorze nitek metalicznych kupiłam trzy różne zarówno kolorem jak i strukturą żeby sobie wypróbować: Madeira glissengloss, Kreinik metallics blending fi lament, Kreinik iron – on Ribbon 1/8. Oprócz nitek kupiłam monocanve białą. Kilka dni temu zacny kawałek takiej kanwy dostałam jako próbkę od Ani , więc już wiedziałam co mnie czeka jak przyjdzie przesyłka tralala. Dziękuję Aniu.
Oprócz tego, że przesyłka to jeszcze zrobiona przekazana i urozmaicona przez Arkadije . Ania do zamówienia dołożyła pyszne (ale soft!! Więc w dupę nie tak idą) żelki i wypisała mi zlecenie na wyszywanie!! Pani doktor Aniu będę się starała z całych sił przestrzegać zaleceń (choć w przyszłym tygodniu będzie to ekwilibrystyka – tyle mam pracy). Dziękuję.


Na koniec jeszcze zbliżenie perłówki i watercolours, zdziwiło mnie że te ostatnie są takie grube.

Okazało się w między czasie (małe śledztwo przeprowadziłam) że składają się z trzech cieńszych i na canvie 18stce trzeba wyszywać jedną : ) – więc na więcej starczy hura!!

M.

5 września 2009

... mania ...

W związku z tą zarazą o której ostatnio wspominałam, postanowiłam zrobić przegląd cieniowanych nitek, które nie mam pojęcia dlaczego mam w posiadaniu.A dokładnie cały czas nie mogę wyjść z podziwu, że w ramach uwielbienia multikolorowych nitek kupowałam je od lat w różnych celach (żaden się nie zrealizował do tej pory) – otóż najpierw perłówkę chciałam wykorzystywać do frywolitki, potem do hardangera – a w konsekwencji widocznie miało tak być i doczeka się needlepointa. Jak zabrałam się do roboty, to od razu zrobiłam porządek z metalizowanymi (stanowczo bardziej wolę metalizowane DMC czy Madeiry niż Anchora – te są wstrętne), z muliną cieniowaną i multikolorową oraz zwykłą muliną (nawijanie na plastikowe tekturki, bo się zaległości trochę zrobiło). Zleciał mi prawie cały dzień przy tym – ale relaks był nieziemski. A w dodatku tak sobie pomyślałam, skąd mogła się wziąć u mnie zaraza – otóż myślę, że wiąże się z moim uwielbieniem do cieniowanych i multikolorowych nitek (do frywolitkowania mam takich też całe pudło – czy to już choroba psychiczna to zbieractwo?), które to są lub mogą być z powodzeniem wykorzystane do needlepointa (powinnam też dodać iż w drodze zakupowej przybędzie mi takich nitek jeszcze trochę – no cóż jak nie będę miała na chleb wtedy będę je sprzedawać hi hi).

Dziewczyny, czy wy też macie takiego świra zbierackiego??
M.