26 czerwca 2011

… nie to że …

Ja się wcale nie opierdzielam, jak budu dudu. Od jakiegoś już czasu trwają przecież pracę nad moim nowym pledem. Jeszcze wprawdzie nie dojrzałam do tego co będzie na spodzie – choć coraz bliżej jestem kocyka takiego z makro, ale to się jeszcze okaże. Na razie tworzę bloki. Znaczy się układam, przekładam zszywam, prasuję i tak oto mam już 15/35 bloków. Na zdjęciu zasymulowałam mniej więcej zamysł ułożenia: na przemian będą ułożone bloki o obramowaniu fioletowym i zielonym jednolitym.

To co na zdjęciu wydaje się niebieskawe jest stanowczo fioletowym. Znowu nachodzi mnie refleksja, że stanowczo przyjemniej szyje się z nowego materiału a nie takiej szmateksowej koszuli – kurde. Choć czasami te szmateksowe materiały są przecież śliczne i przydatne, choć jednak nie ten komfort pracy.
Kolejna refleksja (coś refleksyjna jestem ostatnio) następna narzuta nie będzie już taka kwadratowa mam nadzieję bo ile można :)

Uprzejmie melduję, że nawóz na moje kwiaty ma opatentowany skład, którego nie mogę zdradzić. Jednak działa wyśmienicie i powoli wchodzę w późnoletnie zboża, czyli słoneczniki wyszyte :).

M.

22 czerwca 2011

… pierwszy dzień wakacji …

Pierwszy dzień wakacji okraszony ulewnym deszczem – żeby nie było za różowo :). Ale nie żebym narzekała, co to to nie.


Ostatni czas był zakręcony nieźle, a w związku z tym nie było zbyt wiele czasu na robótkowanie – do maszyny nie siadłam w ogóle, tylko od czasu do czasu krzyżyków kilka postawiłam na swoim wieńcu. Urosły mi na nim piękne hortensje, bez i soczyste wisienki :). Czyli idę łeb w łeb z tym co się dzieje w przyrodzie za oknem. Następny będzie słonecznik – więc wybiegnę z deka do przodu.

Wyszywa mi się bardzo przyjemnie i jak już wcześniej pisałam – krzyżykowanie to super sprawa i mement kiedy przy konturowaniu wyłaniają się z kolorowych plam konkretne elementy – cud, miód i orzeszki :).

Ania z Agnieszką wcisnęły gaz przy Novej więc i jak chyba nie powinnam zostawać w tyle, dlatego też pewnie niebawem znowu będę próbowała poskromić dużą i ciężką ramę, żeby podgonić trochę mój needlpointowy patchwork (bo kto by nie zobaczył Novej twierdzi, że to taki właśnie patchwork).

Klarują się niecne plany wyprawy na wystawę w Łodzi. Jak się zrealizują to na pewno o tym uprzejmie doniosę :).

edit:
o maj got, właśnie zobaczyłam, że prawie miesiąc nic nie pisałam - jejku to karygodne!!! Przepraszam - postanawiam poprawę :)

M.

27 maja 2011

… czas stanowczo za szybko popiernika …

Chociaż, jakby na to spojrzeć okiem optymisty to coraz bliżej wakacje :).
Ostatni tydzień, kurcze to były dwa tygodnie raczej … w kwestii sobótkowej królował wieniec. Udało mi się wyhodować konwalie (szkoda że nie pachną tak jak te leśne…) oraz jakieś niebieskie kwiatki bliżej mi nie znane – bo i taki ze mnie botanik.

Wyszywa mi się nieźle – lubię wzory dimensions ponieważ nie są mocno upierdliwe (jeden krzyżyk danego koloru to tu to tam) a bardzo urokliwe i dobrze skonstruowane. Wyszywając zielone elementy użyłam 11 kolorów, dlatego wzór wychodzi taki naturalny.
Przy tej robótce mam podwójny pierwszy raz ;). Otóż po pierwsze w miarę na bieżąco robię backstistche – żeby zobaczyć wyraźniej poszczególne roślinki. A po drugie pierwszy raz używam drewnianego tamborka i … jestem zachwycona. Do tej pory używałam tylko plastikowo – gumowych tamborków lub plastikowo – metalowego. Drewniany taki jak ten zakręcany na śrubkę jawił mi się niewygodnym w zakładaniu i w ogóle. A tu proszę wyszywa się świetnie bo jest lekki, bardzo łatwo się na nim naciąga materiał, więc po raz kolejny sprawdziło się, że uprzedzenia nie wiadomo dlaczego, nie są adekwatne do rzeczywistości – trzeba testować i przekonywać się organoleptycznie.

Ale żeby nie było, że nie szyję to zdecydowałam się w końcu zacząć zielono – fioletowy pled. No i no i rozrysowałam, przeliczyłam i uszyłam pierwszy bloczek żeby zobaczyć co ja tam sobie nawyobrażałam.

No i się spodobało i jeszcze tylko zaprojektowałam całość – układ kolorystyczny bloczków, policzyłam ile jakich elementów potrzebuję i zaczęłam ciąć. Po doświadczeniu z czerwoną narzutą, tym razem chciałam uniknąć nadliczbowych pociętych kawałków. Więc policzyłam dokładnie – będę potrzebowała 540 kwadratów (w dwóch wielkościach) oraz 140 pasków (w 4 rozmiarach). Każdy blok będzie miał 28 cm /28 cm i będzie ich 35 sztuk. W trakcie cięcia okazało się, że zabraknie mi jednolitych zielonych materiałów - ale na szczęcie w jednym z moich ulubionych sklepów 3 zielenie się znalazły – więc w tygodniu dotnę i będę miała już komplet kawałków.


Nie mam niestety nic na spód i to mi nie daje spokoju. Ponieważ pled ma służyć mi na codzie do okrywania się przy komputerowaniu i robótkach, powinien być miękki i ciepły. Jak to uzyskać … macie jakieś doświadczenie? Myślałam żeby może kupić cienki polar i z ociepliną albo i bez przyszyć na spód i wszystko przepikować? Kurcze nie wiem …

17 maja 2011

… to jak jazda na rowerze …

W związku z zaistniałym, jawnym ADHD robótkowym, postanowiłam podzielić na tygodnie poszczególne techniki (poza szyciem do którego siadam z doskoku jak na razie). Ostatni tydzień należał do frywolitki, której jak się okazało nie zapomniałam (jak jazdy na rowerze) mimo, iż dosyć długo nie frywoliłam.


Do zaprzęgnięcia czółenek do roboty zmotywowała mnie prośba Hilmy (kochanej pani, która mimo iż mnie nie zna, w ramach przyjaźni polsko – niemieckiej podrzuca mi co jakiś czas skarby patchworkowe). Hilma poprosiła mnie o zrobienie 10 cm czerwonej serwetki (dowolną techniką). A, że w moim przypadku jak serwetka to tylko frywolitkowa. Wprawdzie nie mają dokładnie 10 cm bo trudno było trafić ze wzorem w punkt, ale są zbliżone. Dwie powstały z floretty 10, jedna z floretty 20.

Pierwsza była robiona na podstawie wzoru pewnego znanego z niektórych kręgów pana, no i zawierzyłam mu za bardzo, jak widać niepotrzebnie – trzeba było być bardziej czujnym. Środek serwetki robił się wypukły i przy zaprasowaniu niestety kółeczka nierównomiernie nachodzą na siebie. No ale mam nadzieję że nie będzie to zbytnio przeszkadzać Hilmie. Przy pozostałych przygód nie było. Pod koniec robótki, nie chcąc już nawijać nitki na czółenko spróbowałam sposobu „z kłębka” pierwszy raz, choć to podobno sposób początkujących hi hi. W każdym razie to na tyle frywolitek na parę miesięcy pewnie … bo jakoś robienia serwetek sobie a muzom mnie nie rusza ostatnio.

Postanowiłam ostatnio sprawdzić, czy może już mi się nazbierały zielone szmatki na następny planowany patchwork. Wiecie jak to jest z zakupoholizmem robótkowym, człowiek kupuje i kupuje i jeszcze to kupuje i czasami trzeba sprawdzić co się nazbierało.

No i wydaje mi się że stanowczo wystarczająco się już nazbierało tych zieloności, a dodatkowo zielenie będą urozmaicone fioletami, bo ja tak lubię o!! Obecnie medytuję nad wzorem który chciałabym zastosować. Nie jest to łatwe … ale kto powiedział że proces twórczy jest prosty.

Ten tydzień hoduję kwiatki w moim wieńcu.

M.

10 maja 2011

… w grupie raźniej …

Bo jak niektóre źródła naukowe donoszą dwie osoby to już grupa :).
Mam taką jedną miłą koleżankę, która tworzy cudowne rzeczy. A że należy Ją stanowczo zaliczyć do grupy adehadowców robótkowych, to i dostarcza od czasu do czasu nowych wrażeń wizualnych. Mowa tu o Jolince, która ostatnio zafascynowana światem koralików uczy się nowych technik. A poproszona jednej z nich nauczyła i mnie, bo ja jestem oporna na kursy internetowe – znaczy wyobraźnia przestrzenna zawodzi momentami – a zawsze lepiej, szybciej no i o ile przyjemniej jest uczyć się od kogoś. Tak więc powstało coś co jest rekwizytem naukowym, a przede wszystkim wprawką obszywania kaboszona koralikami.

ta sama praca w różnych perspektywach
Jolu jeszcze raz dziękuję!

Nadal w nastroju koralikowo – biżuteryjnym odbyło się inne spotkanie na szczycie … stołu kuchennego, przywleczonego do dużego pokoju żeby wygodniej było działać. Postanowiłyśmy z Nailą posutaszować wspólnie. Jola już wprawiona, ja jeszcze niekoniecznie, ponieważ po odbytym kilka tygodni temu kursie nie miałam za bardzo czasu i chęci na szycie biżu, a poza tym jakoś sutasz kojarzy mi się z dobrym towarzystwem, tak więc samej nie szło. Jola przybyła ze sporym asortymentem swoich koralikowych skarbów, ja wyciągnęłam co miałam i zaczęłyśmy działać.


Ja wymyśliłam sobie szalone połączenie pomarańczu z fuksją, Jola pozostała przy swoich oswojonych tonacjach :). Wstępnie chciałam duży szklany koral ubrać, nowo poznaną metodą, w koralikową koronę – ale jak widać koraliki były za duże, koral w środku za bardzo wypukły – jednym słowem jakoś nie pasowało.

Więc nastąpiło ulubione zajęcie każdej robótkującej – prucie. Cóż było robić – trzeba było zacząć oprawiać koral sutaszem. A że klasyka sutaszu to niekoniecznie mój styl poszłam w szaleństwo. W czasie kilku godzin szycia (przerywanego oczywiście jedzeniem i gadaniem) udało mi się zrobić jedynie fragment wisiora – ale i tak jestem z siebie dumna.

Niestety nie mam jeszcze wprawy i szycie idzie wolno i mozolnie, używam do tego zwykłej maszynowej nitki – bo tą widzę to raz, a poza tym nie plącze się tak jak żyłka. Nie wiem kiedy skończę … mam nadzieję że skończę w ogóle. Jola popełniła fragment kolczyka, który równie dobrze mógłby stać się moją przewieszką … no ale … to Joli kolczyki przecież będą hi hi.

Reasumując, życzyłabym sobie częstszych możliwości spotykania się na wspólnym robótkowaniu ehhhh rozmarzyłam się … ale kto powiedział, że nie można marzyć prawda??

M.

30 kwietnia 2011

… morze nasze morze …

Moja przyjaciółka zna niewybredną kontynuację powyższego wersu, ale cytować nie będę :).


Morze jakie jest każdy wie, ale nie mogłam się powstrzymać, żeby nie pokazać tu kilku zdjęć.

W tym roku mąż szanowny bawił się aparatem i poniżej są tego efekty. Widoki były zasadniczo nudne – oczywiście absolutnie nie narzekam – nudne ponieważ niebo cały czas było bezchmurne a więc i widoki takie same.

Wiosnę było czuć wszędzie, choć jak zawiało z północy to za mało ciuchów było w walizce żeby długi spacer przetrzymać. Tak czy siak jestem bardzo zadowolona dopieściłam swój organizm jodem, nasłuchałam się mruczenia fal, podładowałam akumulatory.
Dokonaliśmy też pewnego odkrycia – otóż okazało się że słońce nie jest okrągłe – wszystko się wydało w czasie jednego z, wydawałoby się, nudnych zachodów kiedy to na niebie zaczęły pokazywać się ciekawe oblicza naszego słonka :), zobaczcie:


A że wyjazd był czysto relaksacyjny to i relaksowałam się jak należy – czyli wyszywałam. Zgodnie z planami całą pociągową drogę trzaskałam różyczkę na miejscu natomiast hodowałam dalszą część kwiatów do wianka. Na chwilę obecną mam tyle i świerzbi mnie żeby wyszywać dalej. Jak zwykle DIM bardzo dobrze się wyszywa, nitki mają piękne kolory, wzorek wychodzi przepięknie. I tak bardzo chciałam zobaczyć, jak to wygląda, że postanowiłam trochę pokonturować, choć jest to uciążliwe kiedy potem wyszywając obok, krzyżykami muszę kontury omijać. Wyszywam na aidzie 18stce dwoma nikami mulinki.


Konkurencja nie lada bo i Nova i szycie i … kolejna moja miłostka (jeszcze nie wiem czy nie przelotna) blackwork. Przed samym wyjazdem moja chęć poznania tej techniki w praktyce sięgnęła szczytów więc wydrukowałam kilka dostępnych na szybko schematów i już w Ustce zaczęłam działać. Zdecydowałam się na geometryczny schemat, który zawiera w sobie dużą różnorodność wzorów – bo ja przecież nie lubię nudy. Wyszywam na belfaście Zweigerta 32 count w kolorze linen raw linen, używam satynowej nitki DMC którą traktuję specjalnym woskiem do nitek (dziękuję Aniu).

Także ja nie wiem jak to będzie, bo przecież czas wolny nie jest z gumy … . Ale myślę że jakoś sobie z tym „problemem” poradzę hi hi.

M.

18 kwietnia 2011

… dogonić …

Gonić tego króliczka czy sobie odpuścić … to pytanie pojawiające się w moim życiu od czasu do czasu i wbrew pozorom nie ma nic wspólnego ze zbliżającymi się świętami. Jestem zmęczona. Nie mam chęci na szycie bo to wymaga dużego zaangażowania … potrzebuję odpocząć, co zamierzam niebawem zrobić nad naszym rodzimym morzem – juhuuuuu.
Za oknem na szczęście zaczęło się już robić wiosennie, o czym oprócz zieleniących się łąk widać po zachodach słońca za oknem, które są coraz piękniejsze :).


W między czasie, jak się uporam z masą roboty zawodowej wyszywam Novą. Ona nie wymaga myślenia, zbyt wielkiej aktywności – na nic więcej nie mam siły.

Bardzo mi się podoba skojarzenie Novej z patchworkiem, rzeczywiście tak właśnie wygląda, zwłaszcza jak się pokrywa nią coraz większą przestrzeń. Skończyłam właśnie 95 kwadracik co daje mi prawie 24% z głowy. Wyszywa się trudno z tą dużą ciężką ramą, którą niewygodnie się trzyma … no ale może po urlopie złożę sobie lżejszą ramę.
Ostatni robiony przeze mnie fragment nie był wyszywany po kolei od lewej do prawej. Skakałam sobie troszkę (tak tak Aploszku – ja nie dam rady tak porządnie jak Ty), choć w efekcie wyszyłam pewny zamknięty obszar. Machnęłam się w kolejności jednego kwadratu - więc żeby nie próć zmieniłam lekko jego kolorystykę żeby pasował do reszty, w innym miejscu pomyliłam kolory nitki, co absolutnie nie zaszkodziło kwadracikowi - tak więc praca zaczyna być coraz bardziej autorska hihi. Trochę mam dosyć granatowych nitek. Chyba muszę się przerzucić gdzieś na jakieś fiolety czy róże.
W czasie urlopu oraz w czasie drogi na niego (9h w pociągu) zamierzam wrócić do krzyżyków, strasznie się za nimi zatęskniłam. Ostatnio tylko szycie i needlpoint. Tak więc zamierzam wyszyć ten wieniec, który to wzór wraz z kitem dostałam od Ani (kochana jesteś!!). Zakochałam się też w blacwork`u i chcę spróbować czegoś prostego – także plan zacne na wypoczynek.

p.s. odkryłam ostatnio fajną polską pisarkę - Aleksandrę Tyl, ale o tym pewnie kiedyś indziej :)

M.

2 kwietnia 2011

… obiecana …

Zdrowsza już stanowczo mogę zrobić kolejny wpis o obiecywanej Novej. Dawno był ostatni konkretny wpis na temat tegoż projektu, bo i rama z pracą została odstawiona na dobrych kilka miesięcy (ostatni wpis o Novej był we wrześniu 2010). Powodem odwyku była niejaka Aploch, która długo zbierała się do rozpoczęcia swojej Novej – bo od samego początku miał być to wzór który będziemy pokonywać we trójkę – ja Aploch i Yenulka (ta ostatnia już już już prawie zaczyna nasz gonić – prawda Aga?). Kiedy Ania zaczęła pędzić do przodu ze swoimi kwadratami to i mnie ogarnęła chęć wielka i poszło.


Mam już 73 kwadraty (na 396) to chyba coś koło 18% całej pracy. Jak widać na początku postanowiłam nie trzymać się żadnego logicznego porządku prac, bo nudno mi było wyszywać tak od początku do końca, a poza tym chciałam zobaczyć jak się kolory rozkładają to tu to tam.

Po powrocie do projektu postanowiłam, że częściej będę trochę bardziej usystematyzowana, choć nie oznacza to że robię od 1 – 18 w każdym rzędzie – nudzi mi się najnormalniej w świecie używanie ciągle tych samych kolorów więc troszkę skaczę.


Nie mam pojęcia dlaczego (choć teorię swoją mam – autorce nie chciało się więcej wymyślać ściegów) we wzorze moim zdaniem za często występują jednolite kwadraty które trzeba wyszyć diagonal tent stitch. Nie byłabym sobą, gdybym nie pozmieniała po swojemu i tak moją pracę będzie odróżniało od oryginału wiele kwadratów – nie powiem żeby były super ekstra wymyślne moje rozwiązania – ale przynajmniej nie jest tak nudno przy wyszywaniu : (moje kwadraty oznaczone są motylkami).


Przy Novej czasami mam potrzebę używania dwóch igieł, no i dwóch nitek. Czasami ścieg ładniej wygląda kiedy tiedown`y robię na bieżąco a nie przebijam się na samym końcu.


Instrumentami używanymi do tego projektu, oprócz zasadniczych czyli igły i ramy, mam też narzędzie do układania nitek (wtedy ćwicząc dwie półkule posługiwać się musze również lewą ręką) oraz balonik do przeciągania igły przy kończeniu ściegu z lewej strony. Do radości pełnej brakuje mi profesjonalnego trzymadełka do ramy (takiego jakie mają Amerykanki ahhhh) bo wyszywanie tego na kolanie nie jest zbyt wygodne, a wyszywanie przy stole byłoby jeszcze większą męczarnią :(.

Dziękuję Wszystkim za życzenia zdrowia i trzymanie kciuków. To bardzo bardzo ważne dla mnie.
M.

27 marca 2011

… czerowno – koci wpis …

Dobrze, że miałam wcześniej zrobione i obrobione fotki bo dzisiaj to mam siłę jedynie na kilka słów i wklejenie fotki. Dopadło mnie takie choróbsko, że dogorywam w wyrku choć pozycja horyzontalna też nie jest najbardziej wygodną jak wszystko boli. Więc walam się to tu to tam nadrabiając telewizyjne zaległości. Wyszywanie też nie za bardzo idzie bo z nosa kapie a korki z chusteczki nie do końca się sprawdzają. Także … tak o mnie dopadło na wiosnę.
Poduszki uszyte kochanej szwagierce. Pomysł na nie miał kilka źródeł, otóż Ona lubi koty, ma kota więc poduszka z kotem, a że przy okazji chciałam wziąć udział w marcowym wyzwaniu na Patchworkowej Gwieździe więc tak oto się złożyło :). Do samego wyglądu poduszki zainspirowała mnie ta stworzona przez Julkę.
To tyle tytułem wstępu czas przedstawić poduszki :). Powstały z pasków, które przygotowywałam do mojej narzuty, ale nie wykorzystałam z powodu ich nadmiaru (ale lepiej mieć więcej niż mniej prawda?). W założeniu dwie poduszki miały być z kotem, ale to było pierwsze moje zetknięcie z aplikacją, wydaje mi się że nie do końca odpowiednio ją przymocowałam niestety, no ale człowiek się uczy (wydaje mi się że nie było potrzeby robić to tak gęstym i tak szerokim ściegiem). W każdym razie kosztowała mnie trochę nerwów, których postanowiłam sobie oszczędzić przy kolejnej podusi. A że Beata ma jednego Pana Kota więc nie jest jakiś sens :).

Bardzo mi się podoba pikowanie ozdobnymi ściegami, tak więc na tych poduszkach delektowałam się właśnie takimi pikowankami. Były to również pierwsze poduszki, które mają zakrytą ocieplinę warstwą materiału – wcześniej jakoś bałam się grubości szwów i jakieś miałam ogólne lęki – ale jak widać w żaden sposób nie ujmuje poduszkom dodatkowa warstwa.
Poduszki są już w Dojczlandzie i mam nadzieję, że od czasu do czasu poprawiają właścicielce humor.
Obiecywałam, że napiszę o Novej ale nie mam dzisiaj siły, także o tym następnym razem.
M.

20 marca 2011

… czasu brak …

To widać między innymi po częstotliwości wpisów. Tego w tym dorosłym życiu nie lubię, trzeba mieć priorytety, rzeczy ważne i ważniejsze oficjalnie na rzecz tych naprawdę ważnych od serca. Może kiedyś jak wygram w totka hierarchia priorytetów się zmieni :).
Podkładki uszyłam już jakiś czas temu. Są zupełnymi scapkami, ponieważ po uszyciu tych poduszek zostały dosłownie dwa wąskie paski materiałów, które postanowiłam wykorzystać do uszycia podkładek płytkowych (tych ze starym CD w środku).

Krzywizna, wszelkich części zaplanowana. Przy jednej z podkładek wyszła znowu moja słaba wyobraźnia – otóż w przypadku nieelastycznych płytek CD nie można robić zbyt dużych zakładek materiału po lewej stronie podkładki bo płytki nie wejdą, no i musiałam ciąć. Szycie uczy pokory … .
Jola stosując swoją technikę ozdabiania drewna stworzyła mi piękne przewieszki w zamówionych kolorach. I ozdobiła moje nowe ręcznie robione czółenka też w moich kolorach. I jak je zobaczyłam to aż mi się zachciało frywolitkowa, tylko w między czasie zechciało mi się też wrócić do Novej (o czym w następnym wpisie pewnie), chce mi się szyć i takie tam różne :).

M.

6 marca 2011

… nie nie to pozory …

To pozory, że mam więcej czasu niż przeciętny człowiek pracujący dużo zawodowo. Jednak kiedy nadarzyła się okazja, żeby odbyć pewien kurs to nie mogłam go sobie domówić. Zwłaszcza, że prowadzony miał być przez Anię – guru techniki w moich oczach. Mówię tu o sutaszu, a dokładnie hafcie sutaszowym. W technice zakochałam się już jakiś czas temu, zakupiłam kolorowe sznurki no i leżały sobie i leżały, bo nie miałam sama odwagi zacząć. No i dzisiaj przełamałam swoją nieśmiałość do materii. Co krok po kroku pod fachowym okiem to nie rozgryzanie wszystkiego samemu. W 3,5 godziny zrobiłam przewieszkę, którą zamierzam jutro założyć do pracy – a co!! Sama widzę niedociągnięcia i niedoróbki, ale i tak jestem dumna i jestem pewna że nie był to mój ostatni wyrób w tej technice :).


W ubiegłym tygodniu udało mi się też uszyć swoje pierwsze literki, przy okazji uczyłam się panować nad maszyną, coby jak najładniej wyszły zaokrąglenia literkowe. Te uszyte wyszły mniej więcej ¾ wysokości strony A4, choć ja bym następnym razem spróbowała trochę większe uszyć (ale to wymagać będzie zaangażowania mężusia do Corela bo literki trzeba będzie na dwóch kartkach wydrukować i zesztukować). Tu literki podziwiane przez milusińskiego kochanego – siostrzeńca Eryka.

Tu natomiast w miejscu docelowym przypięte na razie na słowo honoru tak żebym mogła uwiecznić :).


Refleksje politerkowe są takie, że to wcale nie łatwe w wykonaniu. Odkryłam też iż trzeba po zszyciu a przed wywróceniem na prawą stronę dobrze ponacinać materiał żeby zwłaszcza na zaokrągleniach wklęsłych materiał się nie zciągał i dobrze wyglądał. Kolejne doświadczenie wiązało się z wypychaniem, mój wypychacz (z poduszki) jest chyba za mocno kulkowany i robi celulitis przedmiotom wypychanym – a w związku z tym literkom też. „E” wyszła mniejsza niż pozostałe – znaczy wizualnie tak się zdaje – choć jest tą samą wielkością czcionki co reszta (to nadal dla mnie zagadka). No i odkrycie dosyć bolesne – na 4 literki idzie dużo materiału (praktycznie cała duża męska koszula z krótkim rękawem) i mimo iż był to materiał ze szmateksowego odzysku to ciężko było mi się z nim rozstawać – ale to normalne, że żal d…ściska w takich sytuacjach, a mózg prowadzi dyskusję ze swoim alter ego o tym, że nie należy się przywiązywać do szmatek, bo one są po to żeby z nich szyć a nie żeby leżały w szafce.

M.

27 lutego 2011

… turkusowe wnioski …

Jakiś czas temu kumpela postawiła przede mną wyzwanie (choć pewnie nie miała wcale tego świadomości) uszycia jej poduszek i to w dodatku w niemo ich kolorach bo turkusie i brązie. Jak się okazało szmateksy nie były wcale łaskawe w zakresie wymienionych kolorów, aczkolwiek zadziałało prawo Murphy`ego i jak już zakupiłam materiał nowy to trafiłam na ciekawe rzeczy w ciuchlandzie (ale przydadzą się na kiedyś indziej).


Wiecie co mi stosunkowo najgorzej idzie wykonanie planu centymetrowego – to znaczy to co zaplanowałam i wyliczyłam na kartce żeby mi wyszło również po uszyciu całości … podejrzewam iż przyczyną jest przybliżone jedynie ustawienie igły do 1 cm bo przecież nawet +/- pół milimetra przy kilkunastu ściegach daje nawet kilka centymetrów … nie wiem jeszcze co z tym zrobię, choć myślę że po prostu przyzwyczaję się z tym żyć i szyć :)

Innym wnioskiem, który wyszedł przy okazji poduszkowego doświadczenia, jest nieumiejętność przewidzenia, wyliczenia, ogarnięcia ile materiału powinnam kupić, żeby starczyło na zamierzony projekt. Fakt, że kupując szmatki nie byłam zdecydowana jaki wzór będę szyła, ale jak już się zdecydowałam to liczyłam i wydawało mi się, że wszystko ogarnęłam a okazało się, że niekoniecznie i jak widać jedna poduszka jest kombinowana że tak powiem. I wszystko co wydaje się być nie tak (to do Jolci i Krzysi) jest z premedytacją zaplanowane hi hi.
Nie wiem jak to jest, i tu może moje doświadczone koleżanki mi podpowiedzą, dlaczego lepiej mi się pikuje (przynajmniej poduszki) normalną stopką a nie tą do pikowania, przy której igła skacze jakby żyła własnym życiem i nie wychodzi zbyt równo.
Tak czy siak kolejne doświadczenie do przodu, już wiem co zrobię inaczej przy następnych poduchach, a te i tak mi się podobają.

M.

21 lutego 2011

… to takie fajne uczucie …

To takie fajne uczucie kiedy można skończyć wymarzoną robótkę. Ja ostatnio mam czas finiszów i z tego właśnie powodu jestem bardzo zadowolona.
Nie miałam ostatnimi czasu na to, żeby na bieżąco pokazywać Wam co się dzieje w moich robótkach wszelakich. Bo o ile przynajmniej pół godziny na dwa dni próbowałam przeznaczyć na przyjemności o tyle już na pisanie o tym nie miałam ani czasu ani siły. (ostatnio dziwne rzeczy się ze mną dzieją – do godziny 20 jestem w stanie myśleć a spać doczołguję się w granicach 21.30 – jakaś masakra po prostu bo z jednej strony złość bo szkoda czasu tak wcześnie się składać, a z drugiej jak ani ręką ani nogą ani mózgiem nie idzie to trzeba spać … ehhh mam nadzieję że to tylko przesilenie, zaraz wiosna i do przodu). Koniec tłumaczenia się czas do konkretów :).
Skończyłam swoją pierwszą miłość needlpointową czyli Jewel Box Laury Perin.

Uczucie rozpoczęło się w momencie przekazywania prezentu w postaci wzoru z rąk Ani do rąk Krzysi :). Wprawdzie zaczęłam wtedy od innego wzoru tej autorki (bo bardziej dostępne były nitki) jednak to Box zawsze zachwycał mnie bardziej. I powiem Wam że na różnych etapach pracy nad tym haftem poziom emocji był różny. Na początku nudne do bólu ramki, które w dodatku w części są tak skonstruowane że – moim zdaniem – za bardzo prześwituje kanwa spod nitek, a robię według instrukcji. Tak więc następnym razem pochyliłabym stanowczo bardziej ścieg w środkowych ramkach żeby było większe krycie materiału.


Wielką radość w planowaniu przejść sprawiła mi cieniowana, przepiękna nitka – uwielbiam zawarte w niej kolory. Zachwyt i zakochanie pojawiło się na nowo w momencie kiedy zastosowałam metalizowane nici (które wytrwale kilka miesięcy płynęły do mnie zza wielkiej wody). Mówię Wam zdjęcia nie oddają uroku Boxa nawet w 50%, próbowałam na wszelkie sposoby żeby choć odrobinę więcej wydobyć z fotki – ni jak się nie dało – więc trzeba mi uwierzyć na słowa po prostu.


Ze swoich dotychczasowych robótek najbardziej lubię a wręcz uwielbiam mojego czerwonego potwora. Tak jak zaplanowałam w niedzielę przyszyłam lamówkę. Ale zanim co to ja się tej lamówki napróbowałam na różne sposoby i możliwości. Nie lada wyobraźni wymagało ode mnie (bo języka obcego aż tak dobrze nie znam) żeby zastosować, fajną swoją drogą i sprawdzającą się, instrukcję zszywania lamówki – tej tutaj. miałam taką sobie próbkę do pikowania i lamówkowania.


Lamówka zajęła o wiele mniej czasu, choć sztywny kark i zmęczenie po ubiegło dniowym pikowaniu dawały się we znaki. Wszystko się udało i narzuta zdobi teraz sypialnię.

I powiem Wam w sekrecie że (przynajmniej na razie) jest sporym motywatorem do tego żeby zaściełać łóżko rano – no bo jak takie cudo ma się marnować nieużywane tak jak należy hi hi.

Dziękuję Wam bardzo za słowa otuchy, wielki doping i całą masę pozytywnej energii, która od Was do mnie docierała i która pozwalała opanować nerwy i strach przed każdym właściwie etapem szycia takiego dużego patchworku. DZIĘKUJĘ :)

Wykorzystując falę dobrej sobótkowej energii postanowiłam wczoraj zrobić pseudo kartonaż. Wcześniej skonsultowałam się z moją mistrzynią Krzysią i zabrałam się za poskromienie pudełka, które kiedyś było elementem kalendarza, potem było podstawką pod inny kalendarz i schowkiem na przydasie pracowe (bo to pudełko z pracowego biurka). Tylko się zjechało w czasie tych kilku lat użytkowania. Więc postanowiłam renowiren zrobić (jakby powiedziała moja ulubiona szwagierka). No nie było to łatwe moja wyobraźnia nie ogarnęła jak dobrze zrobić rogi i inne takie więc wyszło jak wyszło a i tak mi się podoba i działa i dalej funkcjonuje na moim biurku.

M.

19 lutego 2011

… historia dobiega powoli końca …

Nadszedł czas gdy wszystkie wymówki przestały mieć rację bytu … . Postanowiłam, że ten weekend będzie czasem bez pracy zawodowej, przyszła stopka do pikowania, w dodatku z pomocą męża udało mi się ją założyć. No i tak oto chciałam czy nie chciałam trzeba było rozpocząć akcję finałową – poskramianie czerwonego potwora.

Przygód, zwłaszcza technicznych było kilka, no bo niestety tak to jest kiedy człowiek skazany jest na uczenie się na własnych błędach. Najpierw dwa przebiegi (bo pikowałam po szwach – więc przebieg to jeden szew) męczyłam się z wyłączonym dolnym transportem – bo gdzieś kiedyś obiło mi się o świadomość że przy pikowaniu powinno się go wyłączyć (tak tak teraz już wiem że jedynie przy pijanych trzmielach czy innych takich nieosiągalnych dla mnie na razie pikowankach). Te dwa przebiegi bez transportu dały mi popalić bo szew wychodził strasznie gęsty a poza tym dużo siły musiałam włożyć w to żeby potwora przesuwać i pilnować żeby swoim ciężarem nie uciekała spod igły. No ale potem jak już zajarzyłam że jednak dolny transport ułatwi sprawę, było trochę prościej choć mój nadgarstek zaczął krzyczeć że mu się pikowanie bardzo nie podoba. Cała dzisiejsza „zabawa” trwała 5 godzin i jestem prawie pewna, że jutro oprócz nadal panującej wielkiej satysfakcji będę miała równie duże zakwasy. No ale czego się nie robi … dla ukochanej i wymarzonej narzuty :).
Żeby nie zwariować przy każdym zeskoczeniu igły z planowanego przeze mnie toru jej drogi, założyłam na samym początku, że nie musi mi wyjść idealnie bo to jest pierwszy mój raz, że i tak uwielbiam tą narzutę bo jest moja i pierwsza i wymarzona i że nic ani nikt nie sprawi że będę się źle czuła w związku z tą pracą o!
Oczywiście od razu musiałam przymierzyć jak będzie wyglądało łoże z taką narzutą i jak mi na niej będzie hi hi. Tomi z pełnym poświęceniem ze swoim lękiem wysokości wdrapał się na parapet żeby większość mnie i narzuty objąć. (przy okazji wyszło że obiektyw jest brudny :()

Na jutro zostało przyszyć lamówkę czyli już czysta przyjemność w porównaniu do wszystkich katuszy (psychicznych i fizycznych) które miały miejsce do tej pory. Także w następnym wpisie zamelduję zakończenie misji pod kryptonimem „czerwony potwór”.

M.

4 lutego 2011

… historia pewnej narzuty …

Było by super gdyby uszycie narzuty kończyło się wraz z uszyciem jej wierzchu … rozmarzyłam się. Po uszyciu wierzchu przychodzi czas na kanapkowanie - i jak się okazało nie taki diabeł straszny … na tym etapie. Zwołałam fachową pomoc w postaci Basi (Basty) i Krzysi na podłogi mojego miejsca pracy – duża gładka i czysta powierzchnia była niezbędna.
Pierwszy etap - kanapkowanie - to rozłożenie spodu potwora i przymocowanie go taśmą malarską do podłogi. Na tak rozłożoną spodnią część kładziemy ocieplinę. Jak widać musiałam ją sztukować przeszywając na maszynie ściegiem zygzakowym potrójnym (już to było wyzwaniem ze względu na wielkość ociepliny).


Dół i ocieplina są dużo większe niż wierzch – to dlatego że nie wiedziałam ile najlepiej zostawić zapasu, a wiadomo że łatwiej uciąć niż sztukować. Po ułożeniu wierzchniej części przyszedł czas właściwego kanapkowania (jak mniemam) czyli spięcia wszystkich warstw agrafkami. Zaczęłyśmy od środka po krzyżu, następnie po przekątnych (też od środka), a potem już praktycznie każdy kwadrat został jeszcze przypięty. Do tego celu potrzebne są przyrządy, które są zdeformowanymi śrubokrętami, dzięki którym można agrafkę spiąć z warstwami które przecież są rozpięte na sztywno.


Na koniec aby nie przeszkadzał w szyciu zapas ociepliny, brzegi zostały zawinięte i przyagrafkowane – dzięki temu widać jak będzie wyglądała mniej więcej wykończona lamówką narzuta.


I tak oto stoję przed zadaniem które mnie przeraża – przed pikowaniem. Nie wiem dlaczego ale boję się tej czynności strasznie. Może dlatego że to pierwszy raz i przeraża mnie zepsucie/zmarnowanie tego co już wytworzyłam. Pewnie do tego dołożyć należy mało miejsca do szycia. Tak więc po skanapkowaniu czym prędzej potwora zwinęłam i upchnęłam do szafy żeby nie było słychać jak do mnie krzyczy :).
Zmieniając temat – założyłam sobie, iż do końca tego tygodnia skończę Box Laury P. No i no i powiem, że jest duże prawdopodobieństwo iż zrealizuję swój cel juhu :). A tu jak zainspirowały mnie „nieudane zdjęcia” tejże pracy.


Przy tym needlpoicie spotkałam się po raz pierwszy z „nicią” wstążeczkową, czyli taką, której ułożenie w ściegu jest bardzo ważne. Na początku próbowałam układać wstążkę palcami, ale nie było to zbyt efektywne. Kiedy na naszym blogu Polski Needlpoint Żania napisała o narzędziu zwanym laying tool było to moje pierwsze zetknięcie z tym zjawiskiem. Na szczęście wujek Google potrafił opowiedzieć mi to i owo o narzędziu i olśniło mnie. Posiadam przecież kilka szpikulców, których używałam w zamierzchłych czasach do pergaminowych prac. I okazało się, że jako laying tool sprawdza się znakomicie. Polecam.



M.