30 kwietnia 2011

… morze nasze morze …

Moja przyjaciółka zna niewybredną kontynuację powyższego wersu, ale cytować nie będę :).


Morze jakie jest każdy wie, ale nie mogłam się powstrzymać, żeby nie pokazać tu kilku zdjęć.

W tym roku mąż szanowny bawił się aparatem i poniżej są tego efekty. Widoki były zasadniczo nudne – oczywiście absolutnie nie narzekam – nudne ponieważ niebo cały czas było bezchmurne a więc i widoki takie same.

Wiosnę było czuć wszędzie, choć jak zawiało z północy to za mało ciuchów było w walizce żeby długi spacer przetrzymać. Tak czy siak jestem bardzo zadowolona dopieściłam swój organizm jodem, nasłuchałam się mruczenia fal, podładowałam akumulatory.
Dokonaliśmy też pewnego odkrycia – otóż okazało się że słońce nie jest okrągłe – wszystko się wydało w czasie jednego z, wydawałoby się, nudnych zachodów kiedy to na niebie zaczęły pokazywać się ciekawe oblicza naszego słonka :), zobaczcie:


A że wyjazd był czysto relaksacyjny to i relaksowałam się jak należy – czyli wyszywałam. Zgodnie z planami całą pociągową drogę trzaskałam różyczkę na miejscu natomiast hodowałam dalszą część kwiatów do wianka. Na chwilę obecną mam tyle i świerzbi mnie żeby wyszywać dalej. Jak zwykle DIM bardzo dobrze się wyszywa, nitki mają piękne kolory, wzorek wychodzi przepięknie. I tak bardzo chciałam zobaczyć, jak to wygląda, że postanowiłam trochę pokonturować, choć jest to uciążliwe kiedy potem wyszywając obok, krzyżykami muszę kontury omijać. Wyszywam na aidzie 18stce dwoma nikami mulinki.


Konkurencja nie lada bo i Nova i szycie i … kolejna moja miłostka (jeszcze nie wiem czy nie przelotna) blackwork. Przed samym wyjazdem moja chęć poznania tej techniki w praktyce sięgnęła szczytów więc wydrukowałam kilka dostępnych na szybko schematów i już w Ustce zaczęłam działać. Zdecydowałam się na geometryczny schemat, który zawiera w sobie dużą różnorodność wzorów – bo ja przecież nie lubię nudy. Wyszywam na belfaście Zweigerta 32 count w kolorze linen raw linen, używam satynowej nitki DMC którą traktuję specjalnym woskiem do nitek (dziękuję Aniu).

Także ja nie wiem jak to będzie, bo przecież czas wolny nie jest z gumy … . Ale myślę że jakoś sobie z tym „problemem” poradzę hi hi.

M.

18 kwietnia 2011

… dogonić …

Gonić tego króliczka czy sobie odpuścić … to pytanie pojawiające się w moim życiu od czasu do czasu i wbrew pozorom nie ma nic wspólnego ze zbliżającymi się świętami. Jestem zmęczona. Nie mam chęci na szycie bo to wymaga dużego zaangażowania … potrzebuję odpocząć, co zamierzam niebawem zrobić nad naszym rodzimym morzem – juhuuuuu.
Za oknem na szczęście zaczęło się już robić wiosennie, o czym oprócz zieleniących się łąk widać po zachodach słońca za oknem, które są coraz piękniejsze :).


W między czasie, jak się uporam z masą roboty zawodowej wyszywam Novą. Ona nie wymaga myślenia, zbyt wielkiej aktywności – na nic więcej nie mam siły.

Bardzo mi się podoba skojarzenie Novej z patchworkiem, rzeczywiście tak właśnie wygląda, zwłaszcza jak się pokrywa nią coraz większą przestrzeń. Skończyłam właśnie 95 kwadracik co daje mi prawie 24% z głowy. Wyszywa się trudno z tą dużą ciężką ramą, którą niewygodnie się trzyma … no ale może po urlopie złożę sobie lżejszą ramę.
Ostatni robiony przeze mnie fragment nie był wyszywany po kolei od lewej do prawej. Skakałam sobie troszkę (tak tak Aploszku – ja nie dam rady tak porządnie jak Ty), choć w efekcie wyszyłam pewny zamknięty obszar. Machnęłam się w kolejności jednego kwadratu - więc żeby nie próć zmieniłam lekko jego kolorystykę żeby pasował do reszty, w innym miejscu pomyliłam kolory nitki, co absolutnie nie zaszkodziło kwadracikowi - tak więc praca zaczyna być coraz bardziej autorska hihi. Trochę mam dosyć granatowych nitek. Chyba muszę się przerzucić gdzieś na jakieś fiolety czy róże.
W czasie urlopu oraz w czasie drogi na niego (9h w pociągu) zamierzam wrócić do krzyżyków, strasznie się za nimi zatęskniłam. Ostatnio tylko szycie i needlpoint. Tak więc zamierzam wyszyć ten wieniec, który to wzór wraz z kitem dostałam od Ani (kochana jesteś!!). Zakochałam się też w blacwork`u i chcę spróbować czegoś prostego – także plan zacne na wypoczynek.

p.s. odkryłam ostatnio fajną polską pisarkę - Aleksandrę Tyl, ale o tym pewnie kiedyś indziej :)

M.

2 kwietnia 2011

… obiecana …

Zdrowsza już stanowczo mogę zrobić kolejny wpis o obiecywanej Novej. Dawno był ostatni konkretny wpis na temat tegoż projektu, bo i rama z pracą została odstawiona na dobrych kilka miesięcy (ostatni wpis o Novej był we wrześniu 2010). Powodem odwyku była niejaka Aploch, która długo zbierała się do rozpoczęcia swojej Novej – bo od samego początku miał być to wzór który będziemy pokonywać we trójkę – ja Aploch i Yenulka (ta ostatnia już już już prawie zaczyna nasz gonić – prawda Aga?). Kiedy Ania zaczęła pędzić do przodu ze swoimi kwadratami to i mnie ogarnęła chęć wielka i poszło.


Mam już 73 kwadraty (na 396) to chyba coś koło 18% całej pracy. Jak widać na początku postanowiłam nie trzymać się żadnego logicznego porządku prac, bo nudno mi było wyszywać tak od początku do końca, a poza tym chciałam zobaczyć jak się kolory rozkładają to tu to tam.

Po powrocie do projektu postanowiłam, że częściej będę trochę bardziej usystematyzowana, choć nie oznacza to że robię od 1 – 18 w każdym rzędzie – nudzi mi się najnormalniej w świecie używanie ciągle tych samych kolorów więc troszkę skaczę.


Nie mam pojęcia dlaczego (choć teorię swoją mam – autorce nie chciało się więcej wymyślać ściegów) we wzorze moim zdaniem za często występują jednolite kwadraty które trzeba wyszyć diagonal tent stitch. Nie byłabym sobą, gdybym nie pozmieniała po swojemu i tak moją pracę będzie odróżniało od oryginału wiele kwadratów – nie powiem żeby były super ekstra wymyślne moje rozwiązania – ale przynajmniej nie jest tak nudno przy wyszywaniu : (moje kwadraty oznaczone są motylkami).


Przy Novej czasami mam potrzebę używania dwóch igieł, no i dwóch nitek. Czasami ścieg ładniej wygląda kiedy tiedown`y robię na bieżąco a nie przebijam się na samym końcu.


Instrumentami używanymi do tego projektu, oprócz zasadniczych czyli igły i ramy, mam też narzędzie do układania nitek (wtedy ćwicząc dwie półkule posługiwać się musze również lewą ręką) oraz balonik do przeciągania igły przy kończeniu ściegu z lewej strony. Do radości pełnej brakuje mi profesjonalnego trzymadełka do ramy (takiego jakie mają Amerykanki ahhhh) bo wyszywanie tego na kolanie nie jest zbyt wygodne, a wyszywanie przy stole byłoby jeszcze większą męczarnią :(.

Dziękuję Wszystkim za życzenia zdrowia i trzymanie kciuków. To bardzo bardzo ważne dla mnie.
M.

27 marca 2011

… czerowno – koci wpis …

Dobrze, że miałam wcześniej zrobione i obrobione fotki bo dzisiaj to mam siłę jedynie na kilka słów i wklejenie fotki. Dopadło mnie takie choróbsko, że dogorywam w wyrku choć pozycja horyzontalna też nie jest najbardziej wygodną jak wszystko boli. Więc walam się to tu to tam nadrabiając telewizyjne zaległości. Wyszywanie też nie za bardzo idzie bo z nosa kapie a korki z chusteczki nie do końca się sprawdzają. Także … tak o mnie dopadło na wiosnę.
Poduszki uszyte kochanej szwagierce. Pomysł na nie miał kilka źródeł, otóż Ona lubi koty, ma kota więc poduszka z kotem, a że przy okazji chciałam wziąć udział w marcowym wyzwaniu na Patchworkowej Gwieździe więc tak oto się złożyło :). Do samego wyglądu poduszki zainspirowała mnie ta stworzona przez Julkę.
To tyle tytułem wstępu czas przedstawić poduszki :). Powstały z pasków, które przygotowywałam do mojej narzuty, ale nie wykorzystałam z powodu ich nadmiaru (ale lepiej mieć więcej niż mniej prawda?). W założeniu dwie poduszki miały być z kotem, ale to było pierwsze moje zetknięcie z aplikacją, wydaje mi się że nie do końca odpowiednio ją przymocowałam niestety, no ale człowiek się uczy (wydaje mi się że nie było potrzeby robić to tak gęstym i tak szerokim ściegiem). W każdym razie kosztowała mnie trochę nerwów, których postanowiłam sobie oszczędzić przy kolejnej podusi. A że Beata ma jednego Pana Kota więc nie jest jakiś sens :).

Bardzo mi się podoba pikowanie ozdobnymi ściegami, tak więc na tych poduszkach delektowałam się właśnie takimi pikowankami. Były to również pierwsze poduszki, które mają zakrytą ocieplinę warstwą materiału – wcześniej jakoś bałam się grubości szwów i jakieś miałam ogólne lęki – ale jak widać w żaden sposób nie ujmuje poduszkom dodatkowa warstwa.
Poduszki są już w Dojczlandzie i mam nadzieję, że od czasu do czasu poprawiają właścicielce humor.
Obiecywałam, że napiszę o Novej ale nie mam dzisiaj siły, także o tym następnym razem.
M.

20 marca 2011

… czasu brak …

To widać między innymi po częstotliwości wpisów. Tego w tym dorosłym życiu nie lubię, trzeba mieć priorytety, rzeczy ważne i ważniejsze oficjalnie na rzecz tych naprawdę ważnych od serca. Może kiedyś jak wygram w totka hierarchia priorytetów się zmieni :).
Podkładki uszyłam już jakiś czas temu. Są zupełnymi scapkami, ponieważ po uszyciu tych poduszek zostały dosłownie dwa wąskie paski materiałów, które postanowiłam wykorzystać do uszycia podkładek płytkowych (tych ze starym CD w środku).

Krzywizna, wszelkich części zaplanowana. Przy jednej z podkładek wyszła znowu moja słaba wyobraźnia – otóż w przypadku nieelastycznych płytek CD nie można robić zbyt dużych zakładek materiału po lewej stronie podkładki bo płytki nie wejdą, no i musiałam ciąć. Szycie uczy pokory … .
Jola stosując swoją technikę ozdabiania drewna stworzyła mi piękne przewieszki w zamówionych kolorach. I ozdobiła moje nowe ręcznie robione czółenka też w moich kolorach. I jak je zobaczyłam to aż mi się zachciało frywolitkowa, tylko w między czasie zechciało mi się też wrócić do Novej (o czym w następnym wpisie pewnie), chce mi się szyć i takie tam różne :).

M.

6 marca 2011

… nie nie to pozory …

To pozory, że mam więcej czasu niż przeciętny człowiek pracujący dużo zawodowo. Jednak kiedy nadarzyła się okazja, żeby odbyć pewien kurs to nie mogłam go sobie domówić. Zwłaszcza, że prowadzony miał być przez Anię – guru techniki w moich oczach. Mówię tu o sutaszu, a dokładnie hafcie sutaszowym. W technice zakochałam się już jakiś czas temu, zakupiłam kolorowe sznurki no i leżały sobie i leżały, bo nie miałam sama odwagi zacząć. No i dzisiaj przełamałam swoją nieśmiałość do materii. Co krok po kroku pod fachowym okiem to nie rozgryzanie wszystkiego samemu. W 3,5 godziny zrobiłam przewieszkę, którą zamierzam jutro założyć do pracy – a co!! Sama widzę niedociągnięcia i niedoróbki, ale i tak jestem dumna i jestem pewna że nie był to mój ostatni wyrób w tej technice :).


W ubiegłym tygodniu udało mi się też uszyć swoje pierwsze literki, przy okazji uczyłam się panować nad maszyną, coby jak najładniej wyszły zaokrąglenia literkowe. Te uszyte wyszły mniej więcej ¾ wysokości strony A4, choć ja bym następnym razem spróbowała trochę większe uszyć (ale to wymagać będzie zaangażowania mężusia do Corela bo literki trzeba będzie na dwóch kartkach wydrukować i zesztukować). Tu literki podziwiane przez milusińskiego kochanego – siostrzeńca Eryka.

Tu natomiast w miejscu docelowym przypięte na razie na słowo honoru tak żebym mogła uwiecznić :).


Refleksje politerkowe są takie, że to wcale nie łatwe w wykonaniu. Odkryłam też iż trzeba po zszyciu a przed wywróceniem na prawą stronę dobrze ponacinać materiał żeby zwłaszcza na zaokrągleniach wklęsłych materiał się nie zciągał i dobrze wyglądał. Kolejne doświadczenie wiązało się z wypychaniem, mój wypychacz (z poduszki) jest chyba za mocno kulkowany i robi celulitis przedmiotom wypychanym – a w związku z tym literkom też. „E” wyszła mniejsza niż pozostałe – znaczy wizualnie tak się zdaje – choć jest tą samą wielkością czcionki co reszta (to nadal dla mnie zagadka). No i odkrycie dosyć bolesne – na 4 literki idzie dużo materiału (praktycznie cała duża męska koszula z krótkim rękawem) i mimo iż był to materiał ze szmateksowego odzysku to ciężko było mi się z nim rozstawać – ale to normalne, że żal d…ściska w takich sytuacjach, a mózg prowadzi dyskusję ze swoim alter ego o tym, że nie należy się przywiązywać do szmatek, bo one są po to żeby z nich szyć a nie żeby leżały w szafce.

M.

27 lutego 2011

… turkusowe wnioski …

Jakiś czas temu kumpela postawiła przede mną wyzwanie (choć pewnie nie miała wcale tego świadomości) uszycia jej poduszek i to w dodatku w niemo ich kolorach bo turkusie i brązie. Jak się okazało szmateksy nie były wcale łaskawe w zakresie wymienionych kolorów, aczkolwiek zadziałało prawo Murphy`ego i jak już zakupiłam materiał nowy to trafiłam na ciekawe rzeczy w ciuchlandzie (ale przydadzą się na kiedyś indziej).


Wiecie co mi stosunkowo najgorzej idzie wykonanie planu centymetrowego – to znaczy to co zaplanowałam i wyliczyłam na kartce żeby mi wyszło również po uszyciu całości … podejrzewam iż przyczyną jest przybliżone jedynie ustawienie igły do 1 cm bo przecież nawet +/- pół milimetra przy kilkunastu ściegach daje nawet kilka centymetrów … nie wiem jeszcze co z tym zrobię, choć myślę że po prostu przyzwyczaję się z tym żyć i szyć :)

Innym wnioskiem, który wyszedł przy okazji poduszkowego doświadczenia, jest nieumiejętność przewidzenia, wyliczenia, ogarnięcia ile materiału powinnam kupić, żeby starczyło na zamierzony projekt. Fakt, że kupując szmatki nie byłam zdecydowana jaki wzór będę szyła, ale jak już się zdecydowałam to liczyłam i wydawało mi się, że wszystko ogarnęłam a okazało się, że niekoniecznie i jak widać jedna poduszka jest kombinowana że tak powiem. I wszystko co wydaje się być nie tak (to do Jolci i Krzysi) jest z premedytacją zaplanowane hi hi.
Nie wiem jak to jest, i tu może moje doświadczone koleżanki mi podpowiedzą, dlaczego lepiej mi się pikuje (przynajmniej poduszki) normalną stopką a nie tą do pikowania, przy której igła skacze jakby żyła własnym życiem i nie wychodzi zbyt równo.
Tak czy siak kolejne doświadczenie do przodu, już wiem co zrobię inaczej przy następnych poduchach, a te i tak mi się podobają.

M.

21 lutego 2011

… to takie fajne uczucie …

To takie fajne uczucie kiedy można skończyć wymarzoną robótkę. Ja ostatnio mam czas finiszów i z tego właśnie powodu jestem bardzo zadowolona.
Nie miałam ostatnimi czasu na to, żeby na bieżąco pokazywać Wam co się dzieje w moich robótkach wszelakich. Bo o ile przynajmniej pół godziny na dwa dni próbowałam przeznaczyć na przyjemności o tyle już na pisanie o tym nie miałam ani czasu ani siły. (ostatnio dziwne rzeczy się ze mną dzieją – do godziny 20 jestem w stanie myśleć a spać doczołguję się w granicach 21.30 – jakaś masakra po prostu bo z jednej strony złość bo szkoda czasu tak wcześnie się składać, a z drugiej jak ani ręką ani nogą ani mózgiem nie idzie to trzeba spać … ehhh mam nadzieję że to tylko przesilenie, zaraz wiosna i do przodu). Koniec tłumaczenia się czas do konkretów :).
Skończyłam swoją pierwszą miłość needlpointową czyli Jewel Box Laury Perin.

Uczucie rozpoczęło się w momencie przekazywania prezentu w postaci wzoru z rąk Ani do rąk Krzysi :). Wprawdzie zaczęłam wtedy od innego wzoru tej autorki (bo bardziej dostępne były nitki) jednak to Box zawsze zachwycał mnie bardziej. I powiem Wam że na różnych etapach pracy nad tym haftem poziom emocji był różny. Na początku nudne do bólu ramki, które w dodatku w części są tak skonstruowane że – moim zdaniem – za bardzo prześwituje kanwa spod nitek, a robię według instrukcji. Tak więc następnym razem pochyliłabym stanowczo bardziej ścieg w środkowych ramkach żeby było większe krycie materiału.


Wielką radość w planowaniu przejść sprawiła mi cieniowana, przepiękna nitka – uwielbiam zawarte w niej kolory. Zachwyt i zakochanie pojawiło się na nowo w momencie kiedy zastosowałam metalizowane nici (które wytrwale kilka miesięcy płynęły do mnie zza wielkiej wody). Mówię Wam zdjęcia nie oddają uroku Boxa nawet w 50%, próbowałam na wszelkie sposoby żeby choć odrobinę więcej wydobyć z fotki – ni jak się nie dało – więc trzeba mi uwierzyć na słowa po prostu.


Ze swoich dotychczasowych robótek najbardziej lubię a wręcz uwielbiam mojego czerwonego potwora. Tak jak zaplanowałam w niedzielę przyszyłam lamówkę. Ale zanim co to ja się tej lamówki napróbowałam na różne sposoby i możliwości. Nie lada wyobraźni wymagało ode mnie (bo języka obcego aż tak dobrze nie znam) żeby zastosować, fajną swoją drogą i sprawdzającą się, instrukcję zszywania lamówki – tej tutaj. miałam taką sobie próbkę do pikowania i lamówkowania.


Lamówka zajęła o wiele mniej czasu, choć sztywny kark i zmęczenie po ubiegło dniowym pikowaniu dawały się we znaki. Wszystko się udało i narzuta zdobi teraz sypialnię.

I powiem Wam w sekrecie że (przynajmniej na razie) jest sporym motywatorem do tego żeby zaściełać łóżko rano – no bo jak takie cudo ma się marnować nieużywane tak jak należy hi hi.

Dziękuję Wam bardzo za słowa otuchy, wielki doping i całą masę pozytywnej energii, która od Was do mnie docierała i która pozwalała opanować nerwy i strach przed każdym właściwie etapem szycia takiego dużego patchworku. DZIĘKUJĘ :)

Wykorzystując falę dobrej sobótkowej energii postanowiłam wczoraj zrobić pseudo kartonaż. Wcześniej skonsultowałam się z moją mistrzynią Krzysią i zabrałam się za poskromienie pudełka, które kiedyś było elementem kalendarza, potem było podstawką pod inny kalendarz i schowkiem na przydasie pracowe (bo to pudełko z pracowego biurka). Tylko się zjechało w czasie tych kilku lat użytkowania. Więc postanowiłam renowiren zrobić (jakby powiedziała moja ulubiona szwagierka). No nie było to łatwe moja wyobraźnia nie ogarnęła jak dobrze zrobić rogi i inne takie więc wyszło jak wyszło a i tak mi się podoba i działa i dalej funkcjonuje na moim biurku.

M.

19 lutego 2011

… historia dobiega powoli końca …

Nadszedł czas gdy wszystkie wymówki przestały mieć rację bytu … . Postanowiłam, że ten weekend będzie czasem bez pracy zawodowej, przyszła stopka do pikowania, w dodatku z pomocą męża udało mi się ją założyć. No i tak oto chciałam czy nie chciałam trzeba było rozpocząć akcję finałową – poskramianie czerwonego potwora.

Przygód, zwłaszcza technicznych było kilka, no bo niestety tak to jest kiedy człowiek skazany jest na uczenie się na własnych błędach. Najpierw dwa przebiegi (bo pikowałam po szwach – więc przebieg to jeden szew) męczyłam się z wyłączonym dolnym transportem – bo gdzieś kiedyś obiło mi się o świadomość że przy pikowaniu powinno się go wyłączyć (tak tak teraz już wiem że jedynie przy pijanych trzmielach czy innych takich nieosiągalnych dla mnie na razie pikowankach). Te dwa przebiegi bez transportu dały mi popalić bo szew wychodził strasznie gęsty a poza tym dużo siły musiałam włożyć w to żeby potwora przesuwać i pilnować żeby swoim ciężarem nie uciekała spod igły. No ale potem jak już zajarzyłam że jednak dolny transport ułatwi sprawę, było trochę prościej choć mój nadgarstek zaczął krzyczeć że mu się pikowanie bardzo nie podoba. Cała dzisiejsza „zabawa” trwała 5 godzin i jestem prawie pewna, że jutro oprócz nadal panującej wielkiej satysfakcji będę miała równie duże zakwasy. No ale czego się nie robi … dla ukochanej i wymarzonej narzuty :).
Żeby nie zwariować przy każdym zeskoczeniu igły z planowanego przeze mnie toru jej drogi, założyłam na samym początku, że nie musi mi wyjść idealnie bo to jest pierwszy mój raz, że i tak uwielbiam tą narzutę bo jest moja i pierwsza i wymarzona i że nic ani nikt nie sprawi że będę się źle czuła w związku z tą pracą o!
Oczywiście od razu musiałam przymierzyć jak będzie wyglądało łoże z taką narzutą i jak mi na niej będzie hi hi. Tomi z pełnym poświęceniem ze swoim lękiem wysokości wdrapał się na parapet żeby większość mnie i narzuty objąć. (przy okazji wyszło że obiektyw jest brudny :()

Na jutro zostało przyszyć lamówkę czyli już czysta przyjemność w porównaniu do wszystkich katuszy (psychicznych i fizycznych) które miały miejsce do tej pory. Także w następnym wpisie zamelduję zakończenie misji pod kryptonimem „czerwony potwór”.

M.

4 lutego 2011

… historia pewnej narzuty …

Było by super gdyby uszycie narzuty kończyło się wraz z uszyciem jej wierzchu … rozmarzyłam się. Po uszyciu wierzchu przychodzi czas na kanapkowanie - i jak się okazało nie taki diabeł straszny … na tym etapie. Zwołałam fachową pomoc w postaci Basi (Basty) i Krzysi na podłogi mojego miejsca pracy – duża gładka i czysta powierzchnia była niezbędna.
Pierwszy etap - kanapkowanie - to rozłożenie spodu potwora i przymocowanie go taśmą malarską do podłogi. Na tak rozłożoną spodnią część kładziemy ocieplinę. Jak widać musiałam ją sztukować przeszywając na maszynie ściegiem zygzakowym potrójnym (już to było wyzwaniem ze względu na wielkość ociepliny).


Dół i ocieplina są dużo większe niż wierzch – to dlatego że nie wiedziałam ile najlepiej zostawić zapasu, a wiadomo że łatwiej uciąć niż sztukować. Po ułożeniu wierzchniej części przyszedł czas właściwego kanapkowania (jak mniemam) czyli spięcia wszystkich warstw agrafkami. Zaczęłyśmy od środka po krzyżu, następnie po przekątnych (też od środka), a potem już praktycznie każdy kwadrat został jeszcze przypięty. Do tego celu potrzebne są przyrządy, które są zdeformowanymi śrubokrętami, dzięki którym można agrafkę spiąć z warstwami które przecież są rozpięte na sztywno.


Na koniec aby nie przeszkadzał w szyciu zapas ociepliny, brzegi zostały zawinięte i przyagrafkowane – dzięki temu widać jak będzie wyglądała mniej więcej wykończona lamówką narzuta.


I tak oto stoję przed zadaniem które mnie przeraża – przed pikowaniem. Nie wiem dlaczego ale boję się tej czynności strasznie. Może dlatego że to pierwszy raz i przeraża mnie zepsucie/zmarnowanie tego co już wytworzyłam. Pewnie do tego dołożyć należy mało miejsca do szycia. Tak więc po skanapkowaniu czym prędzej potwora zwinęłam i upchnęłam do szafy żeby nie było słychać jak do mnie krzyczy :).
Zmieniając temat – założyłam sobie, iż do końca tego tygodnia skończę Box Laury P. No i no i powiem, że jest duże prawdopodobieństwo iż zrealizuję swój cel juhu :). A tu jak zainspirowały mnie „nieudane zdjęcia” tejże pracy.


Przy tym needlpoicie spotkałam się po raz pierwszy z „nicią” wstążeczkową, czyli taką, której ułożenie w ściegu jest bardzo ważne. Na początku próbowałam układać wstążkę palcami, ale nie było to zbyt efektywne. Kiedy na naszym blogu Polski Needlpoint Żania napisała o narzędziu zwanym laying tool było to moje pierwsze zetknięcie z tym zjawiskiem. Na szczęście wujek Google potrafił opowiedzieć mi to i owo o narzędziu i olśniło mnie. Posiadam przecież kilka szpikulców, których używałam w zamierzchłych czasach do pergaminowych prac. I okazało się, że jako laying tool sprawdza się znakomicie. Polecam.



M.

30 stycznia 2011

… nie ma jak dostać kopa …

Oj różne posunięcia znajomych internetowych daje super pozytywnego kopa do kończenia UFOków tudzież realizacji projektów w ostatnim dniu możliwej realizacji hi hi.
To najpierw ufok. Ubiegłoroczny SAL needlpointowy skończony, obecny jeszcze się nie rozkręcił więc można było wrócić do Boxa Laury. Mira pokazała postępy swojej pracy (wg. tego samego wzoru) i dała mi takiej motywacji że poleciałam do przodu. I nawet nudna ramka nie uprzykrzyła mi życia – ehh te ramki są najnudniejsze i czasami mam ich dość, na szczęście w needlpoicie jak się jeden element pracy znudzi można przejść do innego a do tamtego wrócić potem. Dodatkową motywacją było dla mnie to, że zgromadziłam wreszcie wszystkie nitki, brakowało mi większości metalizowanych i jak ich użyłam okazało się że bez nich praca była smutna i smętna – bardzo ożywiły całą pracę uważam. Tak zerknęłam, kiedy ostatnio pokazywałam Laurę i było to prawie rok temu omg … i było wtedy bardzo niewiele. Więc dałam czadu ostatnio oj dałam :).


Są już następne plany (a właściwie cała masa planów needlpointowych) które żeby zacząć postanowiłam skończyć Laurę … no dobra a przynajmniej zaawansować ją w pracach :).
Na Patchworkowej Gwieździe dziewczyny na początku miesiąca rozpoczęły wspólne szycie czegoś wg. jednego wzoru – tym razem Log Cabin. No i oczywiście chodziłam myślałam miałam różne pomysły dotyczące tego co ja mam uszyć z zastosowaniem tego wzoru i jakoś na myśleniu się kończyło. Dzisiaj – ostatniego dnia wyzwania – mnie oświeciło.
Przełamując tradycję tego wzoru zamiast stosować połączenia materiałów jednolitych i wzorzystych, połączyłam materiał w paski z materiałem w kwiatki (ale w tej samej tonacji kolorystycznej).


Z takiego bloku wyszła podstawka pod kubek. Ale nie taka standardowa z ociepliną, a taka poszewka na płytę kompaktową. Bo ja zasadniczo zużytych płyt kompaktowych używam jako podkładki – bo po pierwsze sporo ich jest i warto je wykorzystać a poza tym mając swoje „biurko” na kanapie, na której poza kompem stawiam też kubki z wszelakimi napojami – podstawka musi być sztywna. Więc poszewka na płytę jest idealnym rozwiązaniem połączenia mojego kochanego szycia z praktyką podstawki.

Na zdjęciu poniżej widać jak jest zapakowany do środka krążek.


Takim oto sposobem spróbowałam Log Cabin, wzięłam udział we wspólnej inicjatywie a przy okazji mam super podstawkę.

M.

21 stycznia 2011

… czasami jednak bywam obowiązkowa …

A może powinnam napisać raczej „czasami jednak bywam dobrze zmotywowana”, choć pewnie na dwoje babka wróżyła, bo i moje nastawienie i motywacja wszelaka ważna jest. Ale o czym ja tu ględzę … otóż skończyłam kolejną pracę, która właśnie powstała dzięki wsparciu kilku zakręconych w kierunku needlpointa dziewczyn.

Ponad rok temu postanowiłyśmy z Aploch i Yenulką, że fajnie zrobić wspólny blog i razem wyszywać ten sam projekt. Zabawa polegała na tym, iż chętne osoby wyszywały wzór nie wiedząc jak ma wyglądać efekt końcowy. Co miesiąc pokazuje się kolejna część schematu i tak w ciemno idzie się do przodu :). I pewnie jak się wyszywa oryginalnymi kolorami podanymi przez projektantkę to jeszcze pół biedy bo zaufanie że wyjdzie jakieś jest. Ale kiedy samemu dobiera się kolory – tak jak ja – i co miesiąc jest dyg co to będzie teraz i czy to się zgra z resztą – powoduje to już lekki stresik u mnie. Tak więc w ogólnym rozrachunku nie lubię takich wyszywanek (choć kolejny mistery SAL się szykuje), aczkolwiek towarzystwo wyborowe pozytywnie zakręconych, wsparcie pozwala jednak czerpać korzyści z needlpointa – tak jak być powinno.

Mój wybór kolorów wyszedł od multikolorowej perłówki anchorowej, i to do niej dobierałam kolejne barwy – róż fuksjowy, seledynowy, fiolet złamany granatem. I wyszło mi zestawienie, które mhhh zupełnie „moim kolorami” nie są. Ale to nie znaczy, że nie sprawiało mi przyjemności praca w takich barwach a w dodatku efekt mi się podoba bardzo i nawet już mam podejrzenia, gdzie będzie haft w przyszłości wisiał.

Wspomniany wcześniej niepokój związany z comiesięczną niespodzianką jaki kolor i w jakim układzie będzie wykorzystywany. Kulminacja, a właściwie pierwszy i ostatni zgrzyt nastąpił na szczęście pod koniec prac – w listopadzie (gdyby zdarzyło się to wcześniej to z dużym prawdopodobieństwem rzuciłabym pracę w kąt i dojrzewałby kolejny UFOk). Po kilkukrotnym pruciu i ćwiczeniu anielskiej wręcz cierpliwości (w moim odczuciu), zmianie proponowanego ściegi na inny i jakoś poszło :).


I jeszcze chcę podzielić się z Wami swoim szczęściem – zostałam doceniona i nagrodzona przez dziewczyny prowadzące Patchworkową Gwiazdę. Szczęście tym większe bo dziewczyny są mistrzyniami szyciowymi i to dodatkowo wielka radość i duma że przez znawczynie tematu zostałam doceniona (i moja czerwona narzuta też). Dziękuję

M.

15 stycznia 2011

… w między czasie …

Jazda w pracy na całego, a wbrew poglądom niektórych po pracy niestety też praca pracowa jest … wiec robótki trochę na bok poszły … no ale coś tam dłubałam, a jak nie miałam na to czasu to dużo myślałam o tym co bym porobótkowała … a to też się przecież liczy prawda? :).
Już jakiś czas temu skończyłam szyć wierzchnią część mojej boskiej narzuty (nie ma skromności w tym zakresie), nie pokazywałam do tej pory ponieważ nie miałam jak dobrze jej sfotografować, dopiero w pracy na korytarzowej podłodze się udało :).

Jestem przerażona jej pikowaniem, ale mam obiecaną pomoc w postaci Basi i Krzysi więc mam nadzieję że dam sobie radę.
Niesamowicie motywujące jest wspólne tworzenie czy to w ramach SALa czy w ramach Polskiego needlpointa czy w końcu poniekąd wspólne szycie w Patchworkowej Gwieździe. W tym ostatnim miejscu jestem już 10 tygodni (o maj got jak ten czas szybko leci) i praktycznie co tydzień miałam się tam czym pochwalić. Zobaczcie co przez te kilka tygodni dziewczyny uszyły. Kolejne plany szyciowe mam w głowie i mam nadzieję że całkiem niebawem zacznę je realizować.
Kiedy nie miałam siły na robótkowanie, wpadłam na pomysł a potem szybciutko (trzy dni to trwało) go zrealizowałam co by się nie rozszedł po kościach – postanowiłam swoje materiały przenieść z pudeł do szafki (a to z szafki do pudeł), żeby mieć do nich lepszy dostęp i nie wyjmować za każdym razem wszystkiego kiedy chciałam znaleźć jeden materiał. Chyba drugiego dnia Jednoiglec zaordynowała zabawę „układanką” zwaną. Niestety nie miałam wtedy już całego bałaganu a tylko jego część do sfocenia – ale kilka ujęć wyszło.

Aby ułatwić sobie porządkowanie wycięłam z pudełka po pizzy szablon na którym składałam materiały na takie kawałki żeby jak najwięcej zmieściło mi się na niewielkich półkach. I o ile z materiałami nowymi nie było większego problemu o tyle szmatki odzyskana z ciuchlandowych ubrań nie współpracowały już tak łatwo – co oczywiście nie oznacza że ich nie pokonałam (było: albo ja albo one).

Taki sposób ich przechowywania na chwilę obecną mnie bardzo satysfakcjonuje – ciekawa jestem tylko jak długo utrzyma się taki porządek :). W drugiej szafce znalazły też miejsce mniejsze kawałki, jeszcze nie skrabki, ale też już nie kawałki nadające się do składania.

Wyżej na półce jest piękne płócienne pudełko na przydasie krawieckie oraz woreczek na brzegi tkanin (takie z kolorowymi kółeczkami pokazującymi jakie kolory na tkaninie zostały wykorzystane) jak mi się nazbiera tego odpowiednia ilość to coś zmajstruję z nich fajnego.

A na koniec Wyczesane Pingwiny, które podpatrzyłam u Elisse . Wprawdzie pierwowzory są o wiele bardziej szczupłe niż moje, no ale już wiem że ser podwójnie mielony sernikowy to nie najlepszy składnik do tychże pingwinów, ponieważ jest za rzadki i pingwiny wyglądają jak utuczone.

M.

31 grudnia 2010

… marzenia …

Dzisiaj o jednym z moich marzeń, które już bardzo mocno się materializuje … a dokładnie ja je materializuje. Kurcze jeszcze rok temu nie wierzyłam, że będę szyć z takim zapałem, nie myślałam że będę się łapała za wcale nie łatwe szyciowe sztuki, a jednak – chciałam, pracowałam nad tym mam. Myśląc o maszynie i patchworku zawsze w pierwszej chwili myślałam o swojej czerwonej narzucie. Najpierw były pierwsze schody – nazbieranie czerwonych materiałów. Oj nie było łatwo, bo w polskich sklepach internetowych akurat czerwonych jak na lekarstwo, no ale mając odpowiedni azymut materiały powoli się zbierały i oprócz rodzimych sklepów, poszły w ruch zakupy i w Anglii i w Niemczech, a i belgijskie (Beata wielkie buziole) się znalazły, ogołociłam z czerwonych zapasów Krzysię i Basię (dziękuję raz jeszcze dziewczyny). Zaczęłam również bacznie obserwować czerwone bawełny w ciuchlandach (dzięki temu mam kilka fajnych koszul męskich w szafie – bo szkoda mi było ich ciąć hi hi).

Zakupy to jedno (zwłaszcza te wirtualne) a zobaczenie na żywo zamówionego materiału to zupełnie coś innego … Wszystkie te materiały zostały zakupione jako czerwone i na takie w większości przypadków na monitorze i opisie wyglądały. Cóż wiele z nich wyszła bardziej brązowa niż bordowa, czasem różowa niż czerwona – no ale dzięki temu miałam wielką frajdę w łączeniu kolorów i odcieni, których nigdy wcześniej bym ze sobą nie połączyła :). Dobieranie materiałów okazało się ciężką jak pracą, kurcze nie tak łatwo wymyślić i dobrać ze sobą tyle różnych wariantów – z tego co mi się wydaje każdy prostokąt narzuty jest niepowtarzalny (jest ich 132, każdy z nich składa się z 9 elementów co daje w sumie 1188 kawałków materiału).

Po zszyciu kolejnym etapem było przycięcie każdego prostokąta do tych samych rozmiarów, o kurcze takie proste się wydaje ale jak się nie ma odpowiednich narzędzi – linijek – to już proste nie jest, najpierw zabrałam się za mierzenie każdego boku zarysowywanie gdzie przeciąć, ale bym do lata tego nie zrobiła z takim ogromem czynności. Zrobiłam więc szablony od których odrysowywałam – efekt w dwa dni wszystko przycięłam i dorobiłam się bólu nadgarstka od dociskania nożyka i zakwasów na plecach od dociskania linijki (tak tak zdechlak jestem).
Nie planowałam, że już dzisiaj będę układać w „odpowiednim” do zszycia porządku poszczególne prostokąty, ale jakoś mnie naszło i założyłam prawie cały dywan na czerwono. Niestety nie byłam w stanie zrobić zdjęcia całej podłogi – ten kawałek musi wystarczyć :). Ułożenie poszło wyjątkowo szybko (jakieś 1,5 godziny) i obyło się bez bólu niezdecydowania czy niepasowania. Potem każdy element został oznaczony za pomocą sklerotki i złożony powrotem w kupkę, którą pewnie jutro (bo nie wytrzymam) zacznę zszywać. A potem coś co mnie przeraża na chwilę obecną – kanapkowanie, pikowanie i lamówkowanie (bo o ile te czynności nie są mi już obce o tyle robić to na płaszczyźnie 220 x 250 (być może na długość zrobię trochę krótszą ale to już w praniu znaczy w szyciu wyjdzie.



W Nowym Roku życzę Nam abyśmy nie zapominali o sobie i swoich marzeniach, które w biegu życia zostają odkładane gdzieś na koniec naszych hierarchii. Dziękuję, że jesteście ze mną, a ja mogę być z Wami.

M.