20 lipca 2012

... bo polskie ...

Nie jestem odosobniona w dorzucaniu zgryźliwych komentarzy w stylu "oto Polska właśnie". Jednak dzisiaj będzie zupełnie z innej perspektywy bo chwalebnie i książkowo (co to za słowo chwalebnie?? - ale jakoś mi pasowało).
Muszę się Wam przyznać, stali goście tego miejsca to pewnie wiedzą - uwielbiam czytać polskich autorów, a autorki szczególnie. Michalak, Szwaja, Kalicińska, Kosin, Tyl, Stec, Witkiewicz i jeszcze kilka innych to Pisarki, które dają mi to czego od książki wymagam - dają mi przyjemność, radość, mądrość, odprężenie, oderwanie ...
Ostatni na tapecie oczywiście oprócz Tej Michalak, Renata Kosin i Aleksandra Tyl.
Renatę Kosin poznałam osobiście w zupełnie nieksiążkowym otoczeniu, a mianowicie poznałyśmy się biegając półnago po pomieszczeniu, ponieważ Renata i jej mama Danusia (pani Danusiu tęsknię!!) to moje pierwsze brafitterki. Nie muszę już chyba dzisiaj nikomu mówić, że dobrze dobrany stanik to niezbędnik każdej kobiety. Moje zaskoczenie było duże, kiedy dotarło do mnie, że Renata napisała książkę. Już z czystej sympatii do Niej sięgnęłabym po jej książkę, ale zajawki pojawiające się w sieci przyciągnęły jak silny magnes. I tak nie zważając na ustawioną wcześniej kolejkę zasiadłam do "Mimo wszystko Wiktoria".
źródło: www.lubimyczytac.pl
Nie będę pisała tutaj streszczenia, bo już masę osób przede mną to zrobiły, jednak muszę wspomnieć, że to kawał dobrej polskiej literatury, takiej jak lubię. Nie przerysowanej, osadzonej w rzeczywistości, z elementami humoru i tematami dającymi do myślenia, a przede wszystkim z robótkami ręcznymi!! Tak właśnie jedna z głównych bohaterek prowadzi działalność jaką ja zamierzam prowadzić jak tylko wygram w totka - czyli sklep z przydasiami robótkowymi + miejsce na swobodne i spontaniczne i zorganizowane spotkania robótkowe, czyli fotele dobra kawusia i święty spokój. Ohh jak ja o tym marzę (zaraz po założeniu wymarzonego liceum ale o tym może kiedy indziej). Co mi się jeszcze podobało w książce - podobali mi się faceci. Ale nie dlatego że byli przystojni (bo nawet nie pamiętam jak wyglądali), podobali mi się bo byli dobrzy dla swoich kobiet, a jak nie dla swoich to byli dobrzy dla kobiet po prostu.

Z książkami Aleksandry Tyl zetknęłam się dzięki Sabinie (która zgodziła się świadczyć usługi mojej prywatnej wypożyczalni książek, mieszkając na drugim krańcu Polski - dziękuję Ci bardzo), która ma bardzo podobny do mojego gust czytelniczy, i dzięki której dowiaduję się o wielu ciekawych i wartych przeczytania pozycjach. Ale wracając do książki "Szczęście pachnie bzem", to kontynuacja losów bohaterów "Alei bzów".
źródło: www.lubimyczytac.pl
I znowu bez streszczeń, chciałam powiedzieć tylko o jednym z aspektów poruszonych przez autorkę - aspektów iście kobiecych, a mianowicie kręcenia sobie filmów. Kręceniem filmów nazywam stan umysłu kobiety (bo faceci zazwyczaj nie są aż tak skomplikowani emocjonalnie), kiedy na podstawie pojedynczych sytuacji, wydarzeń jesteśmy w stanie dośpiewać sobie całą historię - nakręcić film o tym jak "na pewno" było, co ktoś "miał na myśli" i "jak się dalej potoczą sprawy". Zamiast zapytać, pogadać i wyjaśnić. Wszystko to piszę ze swojego doświadczenia i wiem że to wcale nie jest takie proste i nie jest często łatwo odezwać się, zagadać wyjaśnić ale wiem, że to w perspektywie wychodzi na lepsze.
Wspomniana wyżej książka jest dowodem na to do czego dochodziłam latami. Poza tym jest fajnie poprowadzoną historią, przy której i łzy i uśmiech i złość i zrozumienie się pojawiały. Także zachęcam najpierw do przeczytania Alei a potem Szczęścia.





M.

10 lipca 2012

… Antosiowa poduszka …

Jeszcze przed wyjazdem, w wirze kociokwiku przedwyjazdowego uszyłam pościel z satynowej bawełny i podusie dwie dla nowego obywatela ziemi – Antosia – znaczy syna Renaty i Adama (pozdrowienia dla młodych rodziców).
Z braku czasu i nie posiadania pod ręką palety wzorów, wybrałam rybę PP. Jak się okazało rybka jest mało rybna bo oprócz tego że nie ma oka i ości Renia nie rozpoznała stwora i spociła zdjęcia z deka nietypowo – bo stawiając rybę na ogonie. No ale niech jej będzie na pewno wszystko przez te hormony hi hi.
Starałam się użyć jaskrawych kolorów żeby młodzieniec jarzył jak najwcześniej o co biega (w pierwszej wersji miałam uszyć czarno białą bo tak dzieciaki widzą na początku ale czasu nie było na dobieranie materiałów). Na tył poduszki, żeby była przyjemna dla małego ciałka jakby się jej chciało użyć na drugiej stronie zastosowałam polarkowo włochatą tkaninę z której była uszyta poszewka (tak tak pocięłam wzięłam – czego się nie robi dla przystojniaków) kupiona w Home&you.
Owa poduszka stała się też nie lada bohaterem w mojej przygodzie maszynowej, ponieważ zgięłam swoją pierwszą igłę, a co za tym idzie pierwszy też raz dokonałam sama, tymi ręcymi, wymiany igły – jestem z siebie dumna :).


Przy okazji podzielę się z Wami wiekopomnym odkryciem, zwłaszcza dla początkujących wszywaczy zamków – takich jak ja (pomysł z sieci, ale nie pamiętam niestety strony). Otóż najpierw zszywam dwie tkaniny robiąc większy zapas na szew, następnie od spodu przyszywa się zamek tak żeby zszycie wychodziło po środku zamka, zabezpiecza się końce otworu zamkowego, następnie spruwaczką rozcina się szew i jest!!! Pięknie równo i bez stresu i bez zmieniania stopki – na specjalną.



**********************************************************

I jeszcze jedna ważna sprawa. Założyłyśmy z Nailą wspólny blog Zakosmetykowane. Wprawdzie tematyka kosmetyków, ich stosowania testowania i innych eksperymentów wchodzi w „czas relaksu” jednak doszłam do wniosku, że miałabym tu za duży misz masz. Bardzo lubię oglądać na yt kanały i czytać blogi urodowe, mam też swoje przemyślenia i doświadczenia. A, że Jola jest kusicielką i sprawczynią wielu moich „chorób” i „manii” kosmetycznych, to pomyślałyśmy że może uda nam się stworzyć coś wspólnego w tym temacie. Wspólne moczenie się w basenie i wycieczki po saunach tylko utwierdzały nas coraz bardziej w tym przekonaniu (bo urlop rozpoczęłyśmy wspólnie w Druskiennikch).
Zapraszamy więc serdecznie

M.

29 czerwca 2012

… nauki nigdy dość …


Zarówno dla nauczyciela – co by nie wypadł z rytmu nauczania w szkole i dalej nauczał poza szkołą (hi hi żart niezły co??) jak i dla uczniów moich, czyli następnej partii maniaczek pragnących nauczyć się sutaszu. Kasia towarzyszyła nam kończąc swój wisior.
Tym razem gościła u mnie Basta (która od niedawna prowadzi bloga) i Małgosia.
Obie uczennice poruszały się w zbliżonych do siebie kolorach – kolorach ziemi. Basia szła jak burza skracając momentami drogę i dobrze kombinując po swojemu. Małgosia natomiast powoli i dokładnie poznawała nowe ścieżki szycia sutaszu. Jestem ciekawa dalszych ciągów prac dziewczyn, które mam nadzieję zobaczę w niedzielę.
Bo w niedzielę spotkanie maniaczkowe tym razem początek o 12.00 u Małgosi w sklepie.
Właśnie policzyłam ile książek trzasnęłam przez mijające pół roku. I jestem pod wrażeniem bo jest to 19 książek w tym jedynie 4 wysłuchane. Jestem w trakcie czytania trzech … ale super!! Jestem z siebie dumna. Postanowiłam też ostatnio zająć się trochę książkami ze swoich półek tak, żebym mogła przeczytane powynosić do szkoły, a półki zapełniać nowymi juhuuuu (no bo teraz to już nie mam miejsca :().
Powyżej wakacyjne plany minimum – kilku pożyczonych książek nie ma w tym stosiku co nie znaczy, że jak tylko podejdzie klimat nie sięgnę po nie. Jak widać tematyka przeróżna, ale to dobrze bo przynajmniej monotonnie nie będzie.

M.

20 czerwca 2012

… koralikowo …


Kurcze nie wiem jak to jest, że czas tak przyspieszył. Niby nic konkretnego się nie dzieje, nie mam niby więcej pracy, nie dzieje się nic wyjątkowego, a trzy tygodnie strzeliło mi strasznie szybko. Jak zobaczyłam na nadrywaczu 3 tygodnie nieobejrzanych programów to się zdziwiłam, ale kiedy to poszło … no nic z drugiej strony dzięki temu bliżej urlopu hi hi hi
U mnie ostatnio znowu koralikowo, ja nie wiem dlaczego tak jest … ale te koraliki mnie fascynują a poza tym wszyscy dookoła chcą mieć a że ja chcę robić to koralikuję :)
Marzy mi się tęczówka i chciałam ją zrobić z większych koralików, ale jakoś efekt nie jest zadowalający więc jeszcze muszę pokombinować. Na szczęście dobrze się pruje takie coś.

Ania dostała w brązach moją ulubioną szóstkę (znaczy na 6 koralików w okręgu i pierwszym wzorem który ukochałam).

Kolejna jeszcze nie skończona i coś mi się wydaje, że po ostatniej wizycie u Jolinki też ją spruję – bo moja mistrzyni nauczyła i uświadomiła mi pewne techniczne aspekty robienia bransoletek – tak że jeszcze pomyślę czy wstawić w niej końcówki czy zrobić od nowa.

Jakiś czas temu razem z Nailą prowadziłyśmy mini szkolenie z sutaszu dla Kasi i Marty. Jedna i druga to pojętne uczennice, choć ta pierwsza objawiła się jako choleryczka hi hi – igły trzaskały w palcach że hoho. Tak czy siak dziewczyny dzielnie robiły swoje biżu sutaszowi.
Kasia w akcji:

Marta w akcji:

A dzięki temu że one robiły ja mogłam skończyć (rok temu rozpoczęty) wisiorek w kontrowersyjnym zestawieniu kolorystycznym – pomarańczowo różowy. Jestem z niego dumna. A jutro następna tura uczennic więc może powstanie coś nowego :)


A w sobotę był publiczny dzień dziergania, więc my białostoczanki nie omieszkałyśmy się spotkać. W kawiarni pod parasolami dawałyśmy czadu dobre 5 godzin. Gęby się oczywiście nie zamykały, każda z nas coś dziergała. I w związku z tym, że koło mnie Ania krzyżykowała znowu zatęskniłam za haftem więc coś czuję że wakacje pod znakiem krzyżyka będą.

M.

16 czerwca 2012

... nadzieja ...

Przeczytałam „Nadzieję” Katarzyny Michalak.

Kasia ma niesamowity dar wzbudzania różnych emocji i uczuć. Może nie w takiej kolejności ale pojawiły się w czasie lektury: podekscytowanie, radość, wkurzenie, złość, wzruszenie, żal, strach, ulgę, zwątpienie, przerażenie, tęsknotę  … i tak dalej. Tak, tak autorka ma niesamowite umiejętności co?
Nie będę streszczać tu książki, bo już tyle osób przede mną to zrobiło, że szkoda literek … no dobra nie umiem tego robić więc napiszę bez streszczenia.
Na początku, kiedy akcja rozgrywała się na wsi, gdzie bohaterowie dorastali, abstrahując od dramatów opisywanych, wspominałam swoje dzieciństwo. Zupełnie inne, ale momentami równie beztroskie, na wsi, kiedy spędzając wakacje odkrywało się nieodkryte, walało się po sianie, rozwalało nogi, a blizny są do tej pory.
Wkurzała mnie Lilka, jak ona mnie wkurzała … jej zachowanie, jej myślenie, jej tchórzliwość oj jakbym mogła to bym ciskała piorunami. Ale z drugiej strony (tej mądrej i nieemocjonalnej) doskonale ją rozumiałam, bo Lilka to postać tragiczna, w której skórze nie chciałabym się nigdy znaleźć.
Przez całą przygodę z „Nadzieją” ekscytowałam się i przeżywałam relacje między głównymi bohaterami. Rozwój uczucia, niepewność co do kontaktu z mężczyzną, pierwszy raz … o kurcze jakie wspomnienia … Nie powiem rozmarzyłam się również o takim boskim mężczyźnie jakim był Aleks. Taka miłość i oddanie ... (ale tu nie za bardzo będę się rozpisywać co by nie było dowodów przy sprawie rozwodowej hi hi).
No cóż napiszę jeszcze o zakończeniu … nie, nie powiem o co chodzi – ale Kasia będzie wiedziała – jestem kochana na Ciebie zła – jak mogłaś … ja się pytam??
Jestem fanką Kasinych książek, wszystkich razem i każdej z osobna. W żaden sposób nie mogę ocenić czy „Nadzieja” jest najlepsza … bo wiem że autorka jeszcze kilka książek dla nas szykuje i byłoby nie fer to oceniać hi hi. Na pewno jest to jedna z książek, która najbardziej zamieszała w moich emocjach. A w związku z tym nie obejrzałam się kiedy się przeczytała i skończyła. Uwielbiam takie książki!!

 p.s. dzisiaj gramy o wszystko a więc mój manicure w barwach narodowych, a co ;) 
M.

30 maja 2012

… patchworkfitness …


Radosne słowotwórstwo wynika z mojego ostatniego doświadczenia, kiedy to po przepikowaniu ¾ brązowej narzuty spociłam się jak przy ostrym biegu, wieczorem byłam głodna jak wilk (mimo iż wszystkie posiłki zostały zaliczone w ciągu dnia), a następnego dnia miałam zakwasy od pasa w górę.

Pikowanie wielkiej narzuty nie należy do najprzyjemniejszych bo utrzymanie tego w maszynie, obracanie tego kawała materii w tę i powrotem powoduje, że się można zmachać ostro. I tu już po raz kolejny doznałam potrzeby posiadania maszyny z szyciem do tyłu. Znaczy moja elna ma taką opcję ale muszę cały czas przycisk trzymać żeby tak szyć a jak wiadomo trzech rąk nie mam, a posiadane dwie są potrzebne do prowadzenia i naciągania materiału.
W związku z tym, że moje umiejętności pikowania i manewrowania narzutą są niewielkie więc środek postanowiłam przepikować tylko po szwach kwadratów (choć miałam chrapkę na popikowanie słoneczek – ale bym nie przeżyła tego raczej). Pojawił się problem co zrobić z beżowym i czekoladowym pasem materiału. Burza mózgów z udziałem małżonka szanownego (za co serdecznie mu dziękuję) zakończyła się półkolami na pasku beżowym i zygzakiem na pasku czekoladowym.

I tu kolejna niespodzianka. Zygzak postanowiłam przepikować cieniowaną nitką gutermanna. No i cóż spodziewałam się czegoś więcej po niciach za które płaci się ponad 3 funty, a już na pewno tego że będą trwalsze. A tu proszę państwa zonk – nici są jak mocniejsza wata rozłażą się i zrywają z igły w czasie szycia. Co powoduje poprawki i kolejne nitki do zakończenia, których i tak jest tysiące…

Nie mogłam się powstrzymać i sfociłam to co wyszło do tej pory. Wygląda cudnie przestrzennie.
Tak, tak wiem że to nie skromnie, a mamusia mówiła że skromnym trzeba być – ale kurcze nie zawsze trzeba się słuchać no nie ;)

p.s. mam nadzieję że spieralne mazaki z mojej narzuty rzeczywiście się spiorą …

M.

26 maja 2012

… truskawkowo …

                                                                                                                     źródło



Sezon truskawkowy uważam za otwarty i oby trwał i trwał …

Ja przede wszystkim nadal w temacie koralikowym (jak to z nowymi maniami bywa) dwie nowe bransoletki w robocie, bardziej i mniej postępującej. No i cóż odkryłam (co pewnie dla niektórych jest oczywistą oczywistością), że najlepiej kolory koralików podbija biała nitka. Używam za radą bardziej doświadczonych nici do szycia dżinsów i jest to najlepsza nitka jaką do tej pory robiłam (a robiłam na perłówce multikolorowej).

Zgodnie z postanowieniem (Ania wyzdrowieje będziemy kanapkowa nasze narzuty) po kilku miesiącach czekania nasze dzieła patchworkowe doczekały się skanapkowania. Jedynym znanym mi miejscem o dużej, wolnej i płaskiej powierzchni niezbędnej do powyższego procederu była moja szkoła.


Do agrafkowania używałyśmy zwykłych płaskich śrubokrętów. Znaczy ja używałam, a Ania twierdziła że woli jedynie palcyma. I tak w dwie godziny strzeliłyśmy dwie kanapki. Teraz musimy znaleźć w sobie odpowiednią determinację żeby je przepikować. Dla mnie to już nie nowość, za to Ania będzie debiutowała w takiej wielkości.
Maturzystki mają wolne, a więc zapragnęły nauczyć się sutaszu. I tak oto czwartkowego popołudnia 4 osoby zaraziły się sutaszem (3 uczennice i kumpela z pracy). Dziewczyny pojętne na maksa. A niebawem następne spotkanie naukowe :)

Dziewczyny macie jakieś metody na systematyczne blogowanie po dłuższej przerwie. Bo ja z jednej strony bardzo tęsknię do systematyczności pisania, a z drugiej strony jakoś mi ciężko się zabrać. Pomożecie??
M.

15 maja 2012

… zazieleniło się …

Wiosna za oknem nie zawsze działa również na wiosnę w głowie, ale ale nie ma co narzekać – jest o wiele lepiej niż zimową porą. Na dzień dobry trochę mazurskiej zieleni. Lubię patrzeć na takie zdjęcia … dają ukojenie i relaksują.

Na warsztacie posucha. Moje UFOki już nawet nie piszczą, tylko patrzą na mnie takimi zapłakanymi oczami … (nie nie, nie moje wizje nie mają nic wspólnego z maryśką tudzież innymi ziołami). Ale ja się nie poddaję w wierze w siebie, że niebawem nadejdzie czas że będę i wyszywać i needlpointować i szyć i wiele innych rzeczy z wish listy.
Nie jest tak, że nic nie robię, bo na razie oddaję się koralikowo mani umiarkowanej (staram się być świadoma i nie popadać w skrajności, czyt. kupuję boskie koraliki które kolekcjonuję w szufladzie). Na szczęście i na nieszczęście mam u siebie w mieście Jolinkę, która cierpliwie tłumaczy i pokazuje jak zrobić cuda na które chwilowo jestem napalana. Jolu dziękuję Ci!! Nieszczęście polega na tym, że jak się zachodzi do jolinego sklepu to jest się narażonym na masę różnokolorowych pokus. 

Wyhodowałam gąsienicę, którą robiłam z koralików Taho w dwóch wielkościach. W związku z tym że nie przekonują mnie na razie metalowe zapięcia to znowu bransoletkę zszyłam, dzięki czemu jest wygodna w noszeniu i nie przeszkadza przy pisaniu. Na pewno jeszcze inne tego typu ozdoby letnie powstaną. 

Cały problem z tymi bransoletkami jest taki, że trzeba mieć dużo dużo cierpliwości żeby ponawlekać koraliki w odpowiedniej sekwencji. Muszę się też zaopatrzyć w dobrą nitkę, bo teraz dłubię z kordonków multikolorowych anchora, kupionych za duże pieniądze do needlpointa. 


Mimo, iż robótki są lekko opóźnione za to książki – moja miłości, na które mam wyjątkowe chęci. Dominują szwedzkie kryminały i lekkie SF (jak nie wampiry to podróże w czasie).


Właśnie zbliżam się, NIESTETY, do połowy ostatniej części Trylogii czasu. Jestem bardzo wdzięczna Nailii za to, że kupiła wszystkie trzy części od razu i że nie muszę cierpieć czekając na kolejne tomy tylko czytam historię ciurkiem. Trylogia z tych łatwych i przyjemnych, a wręcz bardziej literatura młodzieżowa, ale co mi tam mogę sobie pozwolić, kiedy się naprawdę świetnie z nią relaksuję.
M.

17 kwietnia 2012

… dawno, dawno temu …


Chciałoby się napisać zielono mi … i robię wszystko żeby wejść w ten właśnie nastrój. Nie będę się powtarzała, że czas pędzi, że życie się rozkręca i nie wiadomo gdzie jest hamulec i że wiosna wbrew pozorom nie działa super energetycznie. Oczywiście jak zwykle są plusy dodatnie i plusy ujemne wyrabiania 300% normy w pracy – na szczęście.
To, że nie pisałam nie znaczy, iż nie oddawałam się małym radościom robótkowym ;) Jakiś czas temu … jeszcze był śnieg i mróz ... Jolinka nauczyła mnie sztuki dziergania koralików na szydełku. Sama próbowałam się uczyć, ale jakoś mój zmysł przestrzenny jakoś się zagubił i nie wychodziło. Dopiero kiedy Jola jak krowie na miedzy wytłumaczyła, poszło szybko.

Zaczęłam od jednokolorowych transparentnych, koralików i multikolorowej perłówki anchora (zakupiona raczej w celach needlpointowych) Okazało się że ścieg jest lekko elastyczny dzięki czemu nie musiałam używać żadnych ciężkich metalowcyh zapięć tylko po prostu ją zszyłam.

W robocie mam następną tego samego typu tylko w innej kolorystyce.

W planach mam też wzorzystą, ale najpierw muszę się zebrać żeby w odpowiednim skupieniu nawlec w odpowiedniej sekwencji kolorystycznej koraliki … duuuużo koralików.

Dzisiaj będzie nadrabianie zaległości więc i mieszanka technik będzie – uprzedzam lojalnie :). Dzisiaj postanowiłam politerkować i uszyłam kilka literek na zamówienie Ani (o ile jej się spodobają).

Pierwsze literki szyłam Erykowi jakiś czas temu. Dzisiaj szło mi o wiele szybciej i sprawniej, no i kurcze potrafię już coraz lepiej szyć po łukach juhuu.

Literki pozostało wypchać i zszyć gdzie trzeba. W ramach rozpędu uszyję jeszcze kilka zestawów dla dziewczynek i chłopców.

Krzyżyki, no przecież moja pierwsza miłość, też do przodu lekko. Przedostatni wyszyty przeze mnie kot (z niesławnego RR, o którym wolałabym nie pamiętać – Mela jeszcze troszkę i skończymy).

Mając na uwadze, że to już prawie prawie koniec (bo mimo iż grudzień to sobie kolejność lekko z Anią zmieniłyśmy) dosyć szybko mi poszedł ten zmarzlak.
No i kontynuuje plecenie warkocza. Wchodzę właśnie w bożonarodzeniowe motywy, więc w sam raz na powitanie wiosny hi hi.


O ile robótki nie idą zbyt dobrze, UFOki leżą i jęczą po kątach o tyle książki i owszem czytają się i słuchają się i już się nie mogę doczekać jeżdżenia na rowerze i słuchania książek, których nie miałabym czasu przeczytać :) i tak oto będę mogła połączyć przyjemne z przyjemnym a przy okazji pożytecznym. Muszę tylko jakieś etui, sprytnie mocowane gdzieś, na komórkę zmontować żeby bezpiecznie słuchać tych audiobooków.

M.

24 lutego 2012

… tańcowała igła z …

Oj tańcowała, tańcowała i to nie tylko z nitką ale i z koralikami. Poprzedni weekend postanowiłam poświęcić koralikom i eksperymentom, które od dawna miałam na oku.

Wprawdzie na początku wystąpiła pewna porażka (i do tej pory nie nauczyłam się pleść sznurków koralikowych na szydełku – ale niebawem odwiedzę Jolinkę i mam nadzieję przekuć porażkę w sukces). Zabrałam się więc za coś innego, jak zwykle wcale nie najprostszego – postanowiłam spróbować zrobić kwadrat przestrzenny, który jest jednym z ogniw wymarzonej bransoletki. Nie wiem jak to jest ale kwadratowe elementy jakoś bardziej w biżu do mnie przemawiają niż okrągłe. Zmierzywszy się więc z tutorialem obrazkowym i opisanym w obcym wschodnim języku (ale od czego jest tłumacz guglowy) stworzyłam lekko kopnięty kwadrat (tak tak specjalnie tak zrobiłam zdjęcia żeby nie było widać, iż jeden róg nie wyszedł jak należy). Jeszcze nie wiem w jakiej kolorystyce zrobię właściwe ogniwa, ale zapewne będzie to czerwony z czarnym :), a może mój ulubiony ostatnio zestaw kolorystyczny -> czerwony – zielony – fioletowy??


Zmotywowana małym sukcesem zabrałam się za kolejną nowość – pejotową bransoletkę w puzzlowym wzorze. Najpierw próbowałam robić ją ze zdjęcia ale problemy z wyobraźnią przestrzenną oraz niewyraźność wydruku z fotografii spowodowało, że zamiast męczyć oczy postanowiłam przedłużyć pracę, przerysować wzór aby potem lepiej i szybciej się robiło. Szybko się zorientowałam, iż dla podwyższenia komfortu pracy powinnam narysować również odbicie lustrzane, bo jeden rząd odczytywałam z normalnej wersji a kolejny z wersji lustrzanej (żeby weekendem nie gimnastykować mózgu). Przechodząc z rzędu do rzędu wykreślałam te już zrobione, żeby nie zgubić się i nie liczyć za często gdzie się w danej chwili znajduję.

Marzyła mi się bardziej cieniowana i wesoła wersja, ale nie mam za dużej kolekcji równych koralików, a takie niewątpliwie lepiej sobie radzą przy pejocie.



p.s. Ania ma się lepiej choć jeszcze długa droga przed nią i nami wszystkim jej towarzyszącymi …

M.

7 lutego 2012

… złość …

Złość to uczucie, do którego często nie łatwo się przyznać, czasem nawet nie łatwo zidentyfikować. We mnie ostatnio jest złość spowodowana bezradnością, zaskoczeniem i takim nie wiadomo czymś jeszcze… a wszystko dlatego, że bliska mi, zdrowa, dbająca zasadniczo o siebie, młoda osoba nagle zachorowała … mózg jej się odłączył w pewnych aspektach … nie wiadomo dlaczego, nie wiadomo na jak długo, nie wiadomo czy się włączy ponownie w pełnym zakresie … dla mnie to jest taka emocjonalna masakra, że nie radząc z tym sobie mam w sobie złość. Taka sytuacja pokazuje jak życie jest nieprzewidywalne, jak kupa białka jakim jest nasz organizm może się zbuntować a ja nie znam ani dnia ani godziny … pojawiają się oczywiście wręcz egzystencjalne autopytania: czy warto cokolwiek odkładać na kiedyś, czy warto oszczędzać, jak ułożyć to zwykłe szybkie i ciężkie życie tak żeby zrobić wszystko co by się chciało dziś… mam mętlik w głowie …

Żeby odskoczyć trochę od tematu grubego kalibru – brązowe słoneczka. Góra już uszyta, czyli do pokazywanych w poprzednim poście słoneczek doszyłam kolejnych partii materiału oraz pasków (widać jakie tkaniny były używane):


A potem jeszcze czekolada na koniec (… i zasmażka) i górna część narzuty wygląda tak:

Kolory są prawie identyczne z tymi jakie widzi moje oko, nie widać brokatowych materiałów, które są perełką narzuty bo pięknie promieniście świecą. Z kanapkowaniem poczekam na Anię, która mam nadzieję szybko wróci …

A zdjęcie mogło powstać w sytuacji posiadania dwóch mężczyzn na podorędziu, za co im dziękuję :)

M.

31 stycznia 2012

… wbrew aurze …

Wbrew aurze ja pracuję nad promykami słonecznymi i nie mówię tu o afirmacji plaży ze słońcem i lazurową wodą. Szyję narzutę o której wspominałam tutaj. Już mam uszyte i zszyte wszystkie słoneczkowe ćwiartki. Każda jest inna w sensie powtarzalności tkanin, natomiast jeśli chodzi o powtarzalność wzoru kilka się dubluje. Z niepełnych słonek powstał już środek narzuty. Ale zanim o tym (w następnym pewnie wpisie) to chciałam Wam pokazać te moje promyki, tak żebyście też mogły z dobrej ich energii skorzystać. Nie bardzo widać że niektóre materiały są brokatowe - kupione przypadkiem, zauważone przy rozpakowywaniu koperty ze stresem, ale suma summarum super komponujące się z motywem.


Bardzo „fajna” kilkugodzinna zabawa z odrywaniem papieru. I dziękowałam sobie, że wpadłam na pomysł szycia na papierze śniadaniowym (nomen omen najtańszym) bo nie było tragedii w usuwaniu tego papieru, zwłaszcza na dużych płaszczyznach. Mniejsze płaszczyzny pokonywałam z użyciem mojej szychowej pęsety. Oczywiście dzielnie pomagał mi i znacznie przyśpieszył pracę mój monż. Za co niniejszym jeszcze raz mu dziękuję (jeśli jacyś menżowie jeszcze nie wiedzą że to fajnie pomagać swoim paniom w robótkowaniu niech się ogarną i dowiedzą).


Na chwilę obecną mam już uszyte 2/3 góry, może jutro między umysłowymi pracami zszyję resztę i będzie grupowe kanapkowanie (bo Ania też się szykuje przecież).

A dwa ostatnie dni frapuje mnie robienie sznurka koralikowego na szydełku … i nadal mnie frapuje bo nie wychodzi … ale na razie się nie poddaję. O!

M.