30 sierpnia 2011

… być w szoku …

Fajnie czasami być w szoku, zwłaszcza w takim estetycznym szoku. Łażąc po sieci natknęłam się na stronę, która któregoś dnia wciągnęła mnie na kilka godzin. Więc uprzedzam lojalnie – uważajcie – to jest to miejsce.
Dla większego zniechęcenia pokażę kilka fotek, które pochodzą właśnie z tej strony. Nie znam się zupełnie na zdjęciach, więc nie wiem czy takie widoki występują rzeczywiście w przyrodzie, czy jest to efekt szopka niezastąpionego … tak czy siak moje estetyczne zapotrzebowania zostały zaspokojone, no i napatrzyłam się namarzyłam achhhhh. Zobaczcie


Teraz już trzeba zejść na ziemię …
Pamiętacie puzzle mojego mężusia?? Tu pisałam o początkach, a tu o kolejnej części. Była dłuższa bo chyba nawet 6 miesięcy albo i więcej … już straciłam wszelką nadzieję, że cokolwiek kiedykolwiek z tego wyjdzie. Było trzeba armagedonu każdego puzzlisty - czyli 1,5 rocznego siostrzeńca, który wparował radośnie w te pozostawione sobie samym klocki. Mąż wykazał się stoickim wręcz spokojem, moja siostra dostała zawału, winowajca wpadł w histerię – no jak to nie można biegać po tych fajnych kawałkach …
Pełna mobilizacja i medytacyjne wręcz ćwiczenie cierpliwości Tomka przyniosło niesamowite efekty – bo w ciągu miesiąca progres nieprzeciętny. A ja nadal nie wiem jak On to robi że rozróżnia te klocki … szacuneczek publicznie deklaruję :).


W związku z tym, że dzisiejszy wpis jest misz – maszowy (czyli taki jaki lubię najbardziej) to zobaczcie jakie śliczne guziki dostałam od Ani – takie niespodziankowe pozaokazyjne prezenty, a w dodatku wykonane własnoręcznie – są boskie!!!


A na koniec na prośbę Agi pokazuję drutowanie moje. Niestety to historyczne zdjęcia są, ponieważ ten kawałek został już spruty :( Nie posiadałam takich pięknych znaczników jak Ty i Ania. I co - i się myliłam na maksa, aż w końcu nie dało się już tego akceptować bo wzór przestał wychodzić … cóż więc potraktowałam to jako wprawkę i zaczynam od nowa. Na razie za znaczniki będą mi robić agrafki. Z napotkanych trudności – nie wychodzą mi ładnie brzegi – każde oczko inne – pewnie to kwestia wprawy. Zobaczymy czy przypadkiem nie zabraknie mi cierpliwości hihi


M.

22 sierpnia 2011

… pozytywnie zakręcone …

Dlaczego dlaczego dlaczego wszystko co dobre szybko się kończy i zdarza się tak rzadko … może po to żebyśmy lepiej doceniali te fajne momenty naszego życia? Ale koniec filozofowania. Jola, Ania i Agnieszka już napisały o naszym sabacie, który odznaczał się prawdziwymi czarownymi artefaktami i postaciami – bo przecież 5 wiedźm (bo dołączyła do nas mama Ani), miotły, kociołki pełne smakołyków, eliksiry, dużo dziam dziania i robótki – czyż to nie sabat?? A no i prawie Łysa Góra tylko że nie w górach i nad jeziorem ale to tylko szczegół :).


Dziewczyny (linki wyżej) już wszystko właściwie napisały na temat naszego spotkania, ale żeby nie było że się opindalam to napiszę też od siebie.

My z Jolą miałyśmy wielką wyprawę – ponieważ dojazd do Warszawy patatajem, czyli pociągiem bez przedziałów z twardymi siedzeniami, który bujał ostro więc nasze żołądki przeżyły ciężkie próby, potem jeszcze droga ze stolicy na łono natury więc cały dzień w drodze wytrzęsione dojechałyśmy na kolację do miejsca zlotu.
Tak patrzę na swoje zdjęcia to wyglądam na nich niespecjalnie wypoczęta – choć przysięgam że to zmęczenie było bardzo miłe i spowodowane niekończącymi się tematami do gadania, bo zupełnie inaczej jest kiedy wymieniamy się mailami a zupełnie inaczej kiedy można zobaczyć twarz, poczuć emocje … . Bardzo lubię i bardzo cenię takie chwile.

to tylko część wiedźm sabatowych

Moje plany i założenia na ten weekend były zacne, otóż wzięłam wieniec, żeby w dobrym towarzystwie jakoś przeżyć ten nudny fragment wzoru, zaplanowałam również bransoletkę koralikową i ewentualnie sześciokąty moje. Jak to z planami bywa czasem są elastycznie realizowalne hi hi. Bo w rzeczywistości było tak … zasiadłam do robienia bransoletki (nie udało się jej na miejscu sfocić, bo oczywiście nie przyszło to nikomu do głowy hi hi) a Aga i Jola w tym czasie przewijały włóczkę na kłębek i gadały o tym drutowaniu i gadały i robiły taki boski klimacik a ja słaba jeśli chodzi o uzależnienia sobótkowe słuchałam i słuchałam i zaczynałam się zarażać. Jak już przyszło co do czego – a mianowicie Jola zaczęła nauki drutowe ja już nie wytrzymałam rzuciłam bransoletkę, wyprosiłam o jakieś zapasowe druty i kawałek jakiejkolwiek nitki i zaczęłam nabierać oczka i robić prawe i lewe i ogarniać wzór który każda z nas robiła.

I to była jak magia, wzięłam druty w rękę (pierwszy raz od jakichś 20 paru lat kiedy to na ztp w podstawówce) i tak jakbym miała w genach te drutowanie – po prostu zaczęłam robić, układ palców trzymanie nitki operowanie drutami – normalnie czary. Zrobiłam kawałek zakończyłam i myślałam że to tyle z nowej choroby. Wzięłam się za wyszywanie, ale po kilku godzinach znowu mnie naszło i zaczęłam inny wzór w którym myliłam się namiętnie tworząc zupełnie inny wzór niż nakazywał schemat, ale nic to wzięłam się w garść przerobiłam ściągacz i zaczęłam od nowa, tym razem wychodziło jak należy i to już było ugruntowane zarażenie. Po powrocie do domu zamówiłam włóczki i druty z obietnicą że drutowanie będzie tylko incydentalnym hobby – znaczy się zrobię 3 – 4, szale bo tylko szale mnie interesują (zamierzam je nosić po pracy zamiast swetra).

W każdym razie to o czym piszę jest ewidentnym dowodem na to, że nie powinnam się zarzekać iż czegoś robić nie będę, coś mnie nigdy nie wciągnie i nie zainteresuje. Bo jeszcze tydzień temu byłam przekonana i wręcz mogłam sobie dać rękę odciąć że nie będę drutować, a dziewczyny i nastrój jaki stworzyły spowodowało że się zauroczyłam i zapragnęłam. I tak o to czuję dobitnie że mam adhd robótkowe – nie wiem gdzie z dupą siąść i za co się w danym momencie zabrać – o maj got.
Obecnie robię szal przyjaciółce, szal bordowy i nie dla mnie ponieważ po pierwsze na monitorze wydawało mi się iż jest to nitka czerwona, a wyszła bordowa więc zupełnie nie w moich zamiarach, a po drugie Ula też kocha szale i akurat bordowy jej bardzo leży.

W sabatowej łazience spotkałam interesującego gościa – otóż najpierw myślałam że to płatek hortensji się zaplątał na glazurze, ale potem doszłam do wniosku że to chyba żywe stworzenie ćmą zwane – czyż nie piękna??

M.

11 sierpnia 2011

… krzyżyki moja miłości …

Oczywiście jedna z wielu miłości … bo jakby inaczej :). A w dodatku obserwuję z niepokojem w ostatnim czasie zawiązywanie się nowego uczucia do kolejnego hobby robótkowego jakim są koraliki i biżuteria koralikowa. Jestem zafascynowana i bardziej traktuję koralikową biżu jako wyzwanie, które zawsze wydawało mi się nieosiągalne, a dzięki Jolom dwóm, zaczynam wierzyć w to, że jednak jestem w stanie ogarnąć i tą kuwetę juhuuu. Ale na razie poza czerwoną bransoletką z poprzedniego posta nic nie powstało ale jest za to plan zacny ozdobienia skórzanej torby listonoszki naszywką koralikową w kolorach moich ulubionych czyli czerwono – fioletowo – zielonym z dodatkiem czerni.
Robótki na ziemi królowej Elki to krzyżyki – bo najłatwiej je było przewieść, a i przed wyjazdem trzasnęłam troszkę przecież, tylko zdziwiłam się bardzo że jeszcze o tym nie napisałam – oj z pamięcią coś nieteges. Tak więc pokazuję postępy wieńcowe – słoneczniki wyszywało się bardzo sympatycznie i szybko – bardzo szybko – bo różnorodność kolorów duża i nie nudziło się wyszywając. Teraz przebijam się przez zboże i zbożową wstążkę – nudy takie że aż boli bo mimo iż kilka różnych beżów się używa to wszystko wygląda tak samo … no ale już już widzę koniec tego fragmentu.


Kurcze jakoś po powrocie z uk-ja nie mogę się ogarnąć, żeby zabrać się za szycie – nie wiem o co chodzi ale niepokoi mnie to bo … zobowiązania przecież są …. A przecież to przyjemne zobowiązania.

Dzisiaj jeszcze książkowo – jestem w szoku że czytam książki fantasy – bo do tej pory nie za bardzo szło mi czytanie tego typu literatury. Ale zachwyty Naili na temat serii Trudi Canavan spowodowały, że chciałam spróbować i … wsiąkłam, w dodatku zaraziłam tymi książkami również męża, który też był zadowolony, że dał się namówić.



Wprawdzie dzisiaj zaczynam dopiero trzecią część, ale dawno tak dobrze mi się nie czytało i nie czekało na czas kiedy znowu będę mogła poczytać co dalej w książce. Zastanawiam się czy inne książki tej autorki też tak fajnie się czyta.

M.

2 sierpnia 2011

… cofnijmy się …

Cofnijmy się bynajmniej nie w rozwoju … spokojnie :). Wakacje wakacjami a nie mam zbyt wiele czasu na wpisy tutaj, bardzo przepraszam i obiecuję poprawę. Teraz nadaję z obcej ziemi i wspomnienia tego co działo się przed moim wyjazdem są fajowe. A działo się towarzysko – robótkowo.

Otóż najpierw u mnie zrobiłyśmy maraton biżuteryjny … Każda z nas robiła coś innego – Kasia plątała srebrne druciki z koralikami, Jola trzaskała miętowy sutasz a ja … jakoś na sutasz nie miałam natchnienia więc wzięłam się za coś zupełnie dla mnie nowego - za koralikową bransoletkę. Kilka dni wcześniej Jolinka pokazała Naili jak zrobić taki sznurek koralikowy, a ta dzielnie przekazała mi tą wiedzę i trzasnęłam sobie bransoletkę – robiło się super szybko i sprawnie, używałam do tego nici Ariadny do skór i koralików – jakichś niemiecki otrzymanych w spadku.

Także po kilkugodzinnym spotkaniu wisiorek Kasi został prawie skończony, Jola trzasnęła prawie ¾ kolczyków a ja zrobiłam ozdobę w moim ulubionym kolorze – którą Jola dokończyła przymocowując zapięcie – i tak oto mam ulubioną wakacyjną bransoletkę.

Jak wiadomo spotkań nigdy dość i trzeba nasycić się kiedy jest więcej wolnego i logistycznie można się zgrać, więc po kilku dniach w tym samym składzie ale za to w innym miejscu spotkałyśmy się na kontynuowanie dzieła twórczego. I tym razem miałam cel – skończyć sutaszową przewieszkę, co by ją jeszcze tego lata założyć. Ponieważ któż to wie czy w przyszłym roku zestawienie fuksji z pomarańczą będzie zjadliwe :). Jak postanowiłam tak prawie uczyniłam – prawie (ja wiem że robi wielką różnicę - ale trzeba być dla siebie dobrym przecież) skończyłam!! Wisior (bo na przewieszkę jest za duży) będzie fajny jeszcze nie wiem tylko na co go zaczepię … może zmajstruję jakiś sznurek makramowy no zobaczę …


Na pasku bocznym zaktualizowałam postępy w Novej – mam około 133 kwadracików. I powiem szczerze, iż zmiana ramy na mniejszą i stojak/trzymadełko spowodowały, iż z wielką chęcią pracuję nad nią w każdej wolnej chwili :). Choć na myśl o tym żeby za połową odwrócić obrazek i wzory i wyszywać do góry nogami napawa mnie lękiem, no ale z dziewczynami (Aploch i Yenulką) nie zginę.

Na obcej ziemi oprócz zwiedzania (o tym w którymś następnym wpisie) i wydawania nie wiadomo, kiedy i nie wiadomo, na co pieniędzy, czasem wyszywam swój wieniec. Jest nudnawo – chyba najgorsza dla mnie część wzoru – ta z kłosami zbóż – bo nudne kolory są :) ale oby do przodu przecież.

p.s. urlop w UK rozpoczęłam od anginy, która coś czuję będzie mi towarzyszyć do powrotu do domu – ale trzymam się dzielnie.

M.

16 lipca 2011

…niezły trening…

Zakończyłam kolejną przygodę patchworkową. Tym razem w zielono fioletowej tonacji. Przygoda ta była bardzo bardzo fajna no i uczyła mnie pokory na każdym kroku.

Powoli kształtują się we mnie sympatie i antypatie do poszczególnych etapów szycia quiltów. Najbardziej lubię zszywać wierzchy – całkiem nieźle idzie mi już stykanie rogów poszczególnych elementów. I w tej materii mogę już zacząć ryzykować bardziej skomplikowane elementy aniżeli tylko kwadraty czy prostokąty. Kanapkowanie idzie mi nieźle.

Ale pikowanie to moja zmora. Kurde nie wychodzi mi nic ciekawego poza prostym pikowaniem po szwach czy po przekątnych. Ehhh muszę koniecznie nad opanowaniem igły przy pikowaniu popracować … .

Wiem też, że koce włochate i elastyczne nie są przyjaznym materiałem do pracy dla początkujących. Dlatego też … cóż mój pled idealny nie jest, ale jest za do przemiły w dotyku – czyli tak jak chciałam. Ze względu na koc tym razem też nie za bardzo mi się lamówkowało – choć lubię ten etap szycia. A więc przyszycie lamówki maszynowo z dwóch stron skończyło się załamką, napadem nerwu numer 5 objawiającego się warczeniem do mężusia oraz finałowo godzinnym pruciem jednej części lamówki. A następnie jakieś 3 godzinne (ponad 6,5 metra lamówki) przyszycie jej ręcznie, nabawiając się przy okazji bólu opuszka palca fakjuwego, bo nie zawsze było mi wygodnie z za dużym naparstkiem (czy istnieją małe trzymające się palca naparstki??).


Dla podsumowania całego projektu – pled w liczbach:
- pled ma 35 bloków
- każdy blok składa się z 24 kawałków różnej wielkości
- co daje 840 kawałków plus lamówka, która ma około 6,6 m
- środkowy kwadrat przepikowany jest gwieździście, pozostałe kwadraty po krzyżu i przekątnych na najcieńszej ocieplinię (Basta poradziła ocieklinę żeby wzmocnić całą konstrukcję więc posłuchałam)
- spód stanowi lekko włochaty, ciepło śliwkowy koc z mikrofibry, zakupiony w osiedlowym sklepie makro
- zużyłam dwie szpulki nici, z czego przynajmniej 1/7 została spruta i wyrzucona :) (marnotrawstwo to się nazywa)
- zawiązałam około 280 supełków z lewej strony pikowania, aby zakończyć to pikowanie

Reasumując – kocham patchworkować!!!

p.s. A na deser niebo wypatrzone przez mężusia.


M.

10 lipca 2011

… jak nie ma to nie ma …

Jak nie ma to nie ma, ale jak już się pojawi to bez tego żyć ciężko … Tajemniczo brzmi, ale pewnie każdy z nas mógłby to zdanie odnieść do kilku uproszczaczy życia czy przydasi, z którymi spotykamy się w swoim zakupowym szaleństwie. Za rekomendacją Yenulki i z jej pomocą stałam się posiadaczką stojaka/stelażu do ram i innych takich jak się okazało.


Wyszywanie Novej już nie było przyjemne, ponieważ duża rama była bardzo niewygodna w trzymaniu a wyszywanie bez oparcia pleców było możliwe na krótką chwilkę (nawet niecały kwadracik). Tak więc odleżała dobre kilka tygodni zanim nie zdecydowałam się na stojak. Nie jest on tym wymarzonym, bo wymarzony kosztuje około 300 dolców. Sprawdza się bez przeróbek, o których Agnieszka wspominała u siebie.
Dzisiaj już kilka kwadracików w Novej przybyło, a przybywające kwadraciki można obserwować na bocznym pasku (pomysł ściągnięty od Yenulki). Ze stojakiem wyszywa się znacznie przyjemniej i chętniej stanowczo.
Nowy zakup przydał się też jak się okazało do podtrzymywania magnetycznej podkładki, na której trzymam wzory krzyżykowe. Do tej pory trzymałam tą podkładkę opierając ją o zgięte kolana. Niestety niezbyt to było dobre dla moich kończyn, kolana bolały coraz częściej. Dlatego z wielką radością odkryłam, że stojak da się wykorzystać również do wyszywanek :). Także wieniec też poszedł do przodu – co widać na bocznej palecie i pewnie pokażę go w kolejnym poście.


W między czasie szyję oczywiście i jestem przeszczęśliwa ponieważ góra zielonego pledu jest gotowa juhuuuuuu. Niestety jest większa niż koc, mam ją naszyć – ale to nic jakoś sobie z tym poradzę – w końcu posiadam nożyczki :). Dzisiaj tylko jedno zdjęcie, kiedyś na pewno będzie więcej.

Chciałam dodać, że za patchworkiem dzielnie stoi mój mężuś.

Aaaaaa chciałam się jeszcze podzielić pewnym doświadczeniem. Otóż, pewnie jak i wszystkim szyjącym patchworki, serce staje kiedy trzeba coś co się uszyło z kolorowych szmatek wyprać. Bo niby się dekatyzowało, niby nie powinno pofarbować ale … stresie jest. Na zagranicznych blogach podejrzałam kiedyś, że dziewczyny używają absorbentem do prania. Ja robiąc niemieckie zakupy na allegro natknęłam się na coś takiego.

Wprawdzie nie są to jednorazowe chusteczki, jakich szukałam, a mały bawełniany ręczniczek, ale cóż aby działał. Przed używaniem na patchworkach postanowiłam przetestować owy ręcznik w ekstremalnym jak dla mnie praniu – uprałam pościel czarną, czerwoną i żółtą, plus kolorowa bielizna – wszystko razem – wyszłam z założenia, że najwyżej będę miała pościel w innych kolorach niż do tej pory – a co :). Wrzuciłam absorbujący ręczniczek razem i …. szok – ręcznik kolorowy jak widać, a pranie w swoich starych kolorach – więc działa! To dopiero pierwsze pranie ale już z pewną dozą nieśmiałości polecam.

M.

4 lipca 2011

… wyprawa wystawowa …

Ostatni weekend upłynął pod hasłem przesympatycznego spotkania z Anią i Agnieszką, z którymi w towarzystwie Mai odwiedziłyśmy w sobotni, iście nieletni dzień, łódzką wystawę haftu w Muzeum Włókiennictwa.


Cóż wystawa gdyby nie była wystawą pokonkursową – byłaby bardzo fajna. Jednak kiedy miałam świadomość, iż oglądam prace zakwalifikowaną do konkursu a tym samym i wystawy, to już perspektywa patrzenia na pracę jest zupełnie inna. Piję do tego, że na wystawie były prace, które nie powinny się moim zdaniem w takim miejscu znaleźć. I ja wiem, że każda praca dla jego autora jest dziełem sztuki, i ja szanuję wszystkich którzy tworzą cokolwiek i jak kolwiek, ale … . Ale moim zdaniem wystawa to pewien poziom, który powinien być utrzymany, a zdarzały się pokratkowane ołówkiem i niewyprane tła, podłożenia obrusów, z których prześwitywały fabryczne wszywki materiałowe, kulfony półkrzyżykowe czy krzyżykowe, gdzie każdy znaczek stanowił oddzielny byt nie tworzący z pozostałymi elementami całości.
W związku z tym, że na wielu już blogach pełne relacje były z wieloma zdjęciami, ja pokażę tylko te, które mnie w jakiś sposób przyciągnęły, zauroczyły, zachwyciły są lub stały się moimi wish pracami.


Najpiękniejszym moim zdaniem obrazem był storczyk, który wyglądał jak zdjęcie. Wykonany był w sposób mistrzowski, tak małymi krzyżykami, że ja upośledzona ocznie miałam problem z dostrzeżeniem pojedynczego krzyżyka. Wow!! Na zdjęciu wstawiłam fragmencik ze zbliżeniem tychże krzyżyków – sfociłam z danymi autorki napisanymi czcionką 14stką – tak żebyście mieli odniesienie jakie maluśkie są krzyżyki. Szacuneczek!!


Wzory Mirabila od lat są na mojej liście przyszłych prac. Taka jedna była też na wystawie, pozwoliłam sobie na kilka szczegółów.


Reasumując, bardzo bardzo się cieszę, że dziewczyny zaproponowały mi łódzką wycieczkę. I mimo, iż było zimno a strój nie był dostosowany i miałam napad migreny, to fajnie że mogłam tam być i spędzić fantastyczny czas z Anią i Agnieszką.


Aaaa i dżem rabarbarowo - truskawkowy Yenulki jest przepyszny … najgorsze, że słoiki mają dno i dżemolajda się kończy …

M.

26 czerwca 2011

… nie to że …

Ja się wcale nie opierdzielam, jak budu dudu. Od jakiegoś już czasu trwają przecież pracę nad moim nowym pledem. Jeszcze wprawdzie nie dojrzałam do tego co będzie na spodzie – choć coraz bliżej jestem kocyka takiego z makro, ale to się jeszcze okaże. Na razie tworzę bloki. Znaczy się układam, przekładam zszywam, prasuję i tak oto mam już 15/35 bloków. Na zdjęciu zasymulowałam mniej więcej zamysł ułożenia: na przemian będą ułożone bloki o obramowaniu fioletowym i zielonym jednolitym.

To co na zdjęciu wydaje się niebieskawe jest stanowczo fioletowym. Znowu nachodzi mnie refleksja, że stanowczo przyjemniej szyje się z nowego materiału a nie takiej szmateksowej koszuli – kurde. Choć czasami te szmateksowe materiały są przecież śliczne i przydatne, choć jednak nie ten komfort pracy.
Kolejna refleksja (coś refleksyjna jestem ostatnio) następna narzuta nie będzie już taka kwadratowa mam nadzieję bo ile można :)

Uprzejmie melduję, że nawóz na moje kwiaty ma opatentowany skład, którego nie mogę zdradzić. Jednak działa wyśmienicie i powoli wchodzę w późnoletnie zboża, czyli słoneczniki wyszyte :).

M.

22 czerwca 2011

… pierwszy dzień wakacji …

Pierwszy dzień wakacji okraszony ulewnym deszczem – żeby nie było za różowo :). Ale nie żebym narzekała, co to to nie.


Ostatni czas był zakręcony nieźle, a w związku z tym nie było zbyt wiele czasu na robótkowanie – do maszyny nie siadłam w ogóle, tylko od czasu do czasu krzyżyków kilka postawiłam na swoim wieńcu. Urosły mi na nim piękne hortensje, bez i soczyste wisienki :). Czyli idę łeb w łeb z tym co się dzieje w przyrodzie za oknem. Następny będzie słonecznik – więc wybiegnę z deka do przodu.

Wyszywa mi się bardzo przyjemnie i jak już wcześniej pisałam – krzyżykowanie to super sprawa i mement kiedy przy konturowaniu wyłaniają się z kolorowych plam konkretne elementy – cud, miód i orzeszki :).

Ania z Agnieszką wcisnęły gaz przy Novej więc i jak chyba nie powinnam zostawać w tyle, dlatego też pewnie niebawem znowu będę próbowała poskromić dużą i ciężką ramę, żeby podgonić trochę mój needlpointowy patchwork (bo kto by nie zobaczył Novej twierdzi, że to taki właśnie patchwork).

Klarują się niecne plany wyprawy na wystawę w Łodzi. Jak się zrealizują to na pewno o tym uprzejmie doniosę :).

edit:
o maj got, właśnie zobaczyłam, że prawie miesiąc nic nie pisałam - jejku to karygodne!!! Przepraszam - postanawiam poprawę :)

M.

27 maja 2011

… czas stanowczo za szybko popiernika …

Chociaż, jakby na to spojrzeć okiem optymisty to coraz bliżej wakacje :).
Ostatni tydzień, kurcze to były dwa tygodnie raczej … w kwestii sobótkowej królował wieniec. Udało mi się wyhodować konwalie (szkoda że nie pachną tak jak te leśne…) oraz jakieś niebieskie kwiatki bliżej mi nie znane – bo i taki ze mnie botanik.

Wyszywa mi się nieźle – lubię wzory dimensions ponieważ nie są mocno upierdliwe (jeden krzyżyk danego koloru to tu to tam) a bardzo urokliwe i dobrze skonstruowane. Wyszywając zielone elementy użyłam 11 kolorów, dlatego wzór wychodzi taki naturalny.
Przy tej robótce mam podwójny pierwszy raz ;). Otóż po pierwsze w miarę na bieżąco robię backstistche – żeby zobaczyć wyraźniej poszczególne roślinki. A po drugie pierwszy raz używam drewnianego tamborka i … jestem zachwycona. Do tej pory używałam tylko plastikowo – gumowych tamborków lub plastikowo – metalowego. Drewniany taki jak ten zakręcany na śrubkę jawił mi się niewygodnym w zakładaniu i w ogóle. A tu proszę wyszywa się świetnie bo jest lekki, bardzo łatwo się na nim naciąga materiał, więc po raz kolejny sprawdziło się, że uprzedzenia nie wiadomo dlaczego, nie są adekwatne do rzeczywistości – trzeba testować i przekonywać się organoleptycznie.

Ale żeby nie było, że nie szyję to zdecydowałam się w końcu zacząć zielono – fioletowy pled. No i no i rozrysowałam, przeliczyłam i uszyłam pierwszy bloczek żeby zobaczyć co ja tam sobie nawyobrażałam.

No i się spodobało i jeszcze tylko zaprojektowałam całość – układ kolorystyczny bloczków, policzyłam ile jakich elementów potrzebuję i zaczęłam ciąć. Po doświadczeniu z czerwoną narzutą, tym razem chciałam uniknąć nadliczbowych pociętych kawałków. Więc policzyłam dokładnie – będę potrzebowała 540 kwadratów (w dwóch wielkościach) oraz 140 pasków (w 4 rozmiarach). Każdy blok będzie miał 28 cm /28 cm i będzie ich 35 sztuk. W trakcie cięcia okazało się, że zabraknie mi jednolitych zielonych materiałów - ale na szczęcie w jednym z moich ulubionych sklepów 3 zielenie się znalazły – więc w tygodniu dotnę i będę miała już komplet kawałków.


Nie mam niestety nic na spód i to mi nie daje spokoju. Ponieważ pled ma służyć mi na codzie do okrywania się przy komputerowaniu i robótkach, powinien być miękki i ciepły. Jak to uzyskać … macie jakieś doświadczenie? Myślałam żeby może kupić cienki polar i z ociepliną albo i bez przyszyć na spód i wszystko przepikować? Kurcze nie wiem …

17 maja 2011

… to jak jazda na rowerze …

W związku z zaistniałym, jawnym ADHD robótkowym, postanowiłam podzielić na tygodnie poszczególne techniki (poza szyciem do którego siadam z doskoku jak na razie). Ostatni tydzień należał do frywolitki, której jak się okazało nie zapomniałam (jak jazdy na rowerze) mimo, iż dosyć długo nie frywoliłam.


Do zaprzęgnięcia czółenek do roboty zmotywowała mnie prośba Hilmy (kochanej pani, która mimo iż mnie nie zna, w ramach przyjaźni polsko – niemieckiej podrzuca mi co jakiś czas skarby patchworkowe). Hilma poprosiła mnie o zrobienie 10 cm czerwonej serwetki (dowolną techniką). A, że w moim przypadku jak serwetka to tylko frywolitkowa. Wprawdzie nie mają dokładnie 10 cm bo trudno było trafić ze wzorem w punkt, ale są zbliżone. Dwie powstały z floretty 10, jedna z floretty 20.

Pierwsza była robiona na podstawie wzoru pewnego znanego z niektórych kręgów pana, no i zawierzyłam mu za bardzo, jak widać niepotrzebnie – trzeba było być bardziej czujnym. Środek serwetki robił się wypukły i przy zaprasowaniu niestety kółeczka nierównomiernie nachodzą na siebie. No ale mam nadzieję że nie będzie to zbytnio przeszkadzać Hilmie. Przy pozostałych przygód nie było. Pod koniec robótki, nie chcąc już nawijać nitki na czółenko spróbowałam sposobu „z kłębka” pierwszy raz, choć to podobno sposób początkujących hi hi. W każdym razie to na tyle frywolitek na parę miesięcy pewnie … bo jakoś robienia serwetek sobie a muzom mnie nie rusza ostatnio.

Postanowiłam ostatnio sprawdzić, czy może już mi się nazbierały zielone szmatki na następny planowany patchwork. Wiecie jak to jest z zakupoholizmem robótkowym, człowiek kupuje i kupuje i jeszcze to kupuje i czasami trzeba sprawdzić co się nazbierało.

No i wydaje mi się że stanowczo wystarczająco się już nazbierało tych zieloności, a dodatkowo zielenie będą urozmaicone fioletami, bo ja tak lubię o!! Obecnie medytuję nad wzorem który chciałabym zastosować. Nie jest to łatwe … ale kto powiedział że proces twórczy jest prosty.

Ten tydzień hoduję kwiatki w moim wieńcu.

M.

10 maja 2011

… w grupie raźniej …

Bo jak niektóre źródła naukowe donoszą dwie osoby to już grupa :).
Mam taką jedną miłą koleżankę, która tworzy cudowne rzeczy. A że należy Ją stanowczo zaliczyć do grupy adehadowców robótkowych, to i dostarcza od czasu do czasu nowych wrażeń wizualnych. Mowa tu o Jolince, która ostatnio zafascynowana światem koralików uczy się nowych technik. A poproszona jednej z nich nauczyła i mnie, bo ja jestem oporna na kursy internetowe – znaczy wyobraźnia przestrzenna zawodzi momentami – a zawsze lepiej, szybciej no i o ile przyjemniej jest uczyć się od kogoś. Tak więc powstało coś co jest rekwizytem naukowym, a przede wszystkim wprawką obszywania kaboszona koralikami.

ta sama praca w różnych perspektywach
Jolu jeszcze raz dziękuję!

Nadal w nastroju koralikowo – biżuteryjnym odbyło się inne spotkanie na szczycie … stołu kuchennego, przywleczonego do dużego pokoju żeby wygodniej było działać. Postanowiłyśmy z Nailą posutaszować wspólnie. Jola już wprawiona, ja jeszcze niekoniecznie, ponieważ po odbytym kilka tygodni temu kursie nie miałam za bardzo czasu i chęci na szycie biżu, a poza tym jakoś sutasz kojarzy mi się z dobrym towarzystwem, tak więc samej nie szło. Jola przybyła ze sporym asortymentem swoich koralikowych skarbów, ja wyciągnęłam co miałam i zaczęłyśmy działać.


Ja wymyśliłam sobie szalone połączenie pomarańczu z fuksją, Jola pozostała przy swoich oswojonych tonacjach :). Wstępnie chciałam duży szklany koral ubrać, nowo poznaną metodą, w koralikową koronę – ale jak widać koraliki były za duże, koral w środku za bardzo wypukły – jednym słowem jakoś nie pasowało.

Więc nastąpiło ulubione zajęcie każdej robótkującej – prucie. Cóż było robić – trzeba było zacząć oprawiać koral sutaszem. A że klasyka sutaszu to niekoniecznie mój styl poszłam w szaleństwo. W czasie kilku godzin szycia (przerywanego oczywiście jedzeniem i gadaniem) udało mi się zrobić jedynie fragment wisiora – ale i tak jestem z siebie dumna.

Niestety nie mam jeszcze wprawy i szycie idzie wolno i mozolnie, używam do tego zwykłej maszynowej nitki – bo tą widzę to raz, a poza tym nie plącze się tak jak żyłka. Nie wiem kiedy skończę … mam nadzieję że skończę w ogóle. Jola popełniła fragment kolczyka, który równie dobrze mógłby stać się moją przewieszką … no ale … to Joli kolczyki przecież będą hi hi.

Reasumując, życzyłabym sobie częstszych możliwości spotykania się na wspólnym robótkowaniu ehhhh rozmarzyłam się … ale kto powiedział, że nie można marzyć prawda??

M.

30 kwietnia 2011

… morze nasze morze …

Moja przyjaciółka zna niewybredną kontynuację powyższego wersu, ale cytować nie będę :).


Morze jakie jest każdy wie, ale nie mogłam się powstrzymać, żeby nie pokazać tu kilku zdjęć.

W tym roku mąż szanowny bawił się aparatem i poniżej są tego efekty. Widoki były zasadniczo nudne – oczywiście absolutnie nie narzekam – nudne ponieważ niebo cały czas było bezchmurne a więc i widoki takie same.

Wiosnę było czuć wszędzie, choć jak zawiało z północy to za mało ciuchów było w walizce żeby długi spacer przetrzymać. Tak czy siak jestem bardzo zadowolona dopieściłam swój organizm jodem, nasłuchałam się mruczenia fal, podładowałam akumulatory.
Dokonaliśmy też pewnego odkrycia – otóż okazało się że słońce nie jest okrągłe – wszystko się wydało w czasie jednego z, wydawałoby się, nudnych zachodów kiedy to na niebie zaczęły pokazywać się ciekawe oblicza naszego słonka :), zobaczcie:


A że wyjazd był czysto relaksacyjny to i relaksowałam się jak należy – czyli wyszywałam. Zgodnie z planami całą pociągową drogę trzaskałam różyczkę na miejscu natomiast hodowałam dalszą część kwiatów do wianka. Na chwilę obecną mam tyle i świerzbi mnie żeby wyszywać dalej. Jak zwykle DIM bardzo dobrze się wyszywa, nitki mają piękne kolory, wzorek wychodzi przepięknie. I tak bardzo chciałam zobaczyć, jak to wygląda, że postanowiłam trochę pokonturować, choć jest to uciążliwe kiedy potem wyszywając obok, krzyżykami muszę kontury omijać. Wyszywam na aidzie 18stce dwoma nikami mulinki.


Konkurencja nie lada bo i Nova i szycie i … kolejna moja miłostka (jeszcze nie wiem czy nie przelotna) blackwork. Przed samym wyjazdem moja chęć poznania tej techniki w praktyce sięgnęła szczytów więc wydrukowałam kilka dostępnych na szybko schematów i już w Ustce zaczęłam działać. Zdecydowałam się na geometryczny schemat, który zawiera w sobie dużą różnorodność wzorów – bo ja przecież nie lubię nudy. Wyszywam na belfaście Zweigerta 32 count w kolorze linen raw linen, używam satynowej nitki DMC którą traktuję specjalnym woskiem do nitek (dziękuję Aniu).

Także ja nie wiem jak to będzie, bo przecież czas wolny nie jest z gumy … . Ale myślę że jakoś sobie z tym „problemem” poradzę hi hi.

M.