28 lutego 2010

… kolorowe szaleństwo …

Oj strasznie mi się chce wiosny, a w związku z tym próbuję jak mogę używam kolorów w swoim stroju i swoim otoczeniu. Żeby odetchnąć od tej szarości, brudu i brakiem słońca. Dzisiaj przy porannej kawie oglądając Wasze blogi natknęłam się na wianek Marysi. I to on mnie zainspirował do zupełnie spontanicznego zrobienia swojego wiosennego wianuszka na drzwi. Zajrzałam też na tutorial Kasiorki no i poszło. Miałam niewielkie gazety (katalog pewnego sklepu wysyłkowego ubraniowego) z którego zrobiłam podstawę, wg. zaleceń wszystko wzmocniłam taśmą malarską i owinęłam jakąś marna białą tkaniną żeby wyrównać kolor. Następnie przejrzałam pudło z nowymi materiałami i zdecydowałam że podstawową bazą kolorystyczną będzie materiał w szalone koty, do niego dobrałam jeszcze kilka innych tkanin, pocięłam je na cieniutkie paseczki i na kółka. Kółka to właśnie Marysina inspiracja, aczkolwiek ja zamiast różnej wielkości kółek albo je marszczyłam albo wycinałam „płatki”. Środki kwiatków stanowiły koraliki (obiecany pokaz mojej kolekcji niżej), które przy okazji zakrywały nitkę ściągającą płatki i mocującą do wianka. Całość prac zajęła ponad godzinę. Efekt mi się bardzo podoba bo ożywia mój przedpokój i przypomina że to już tuż tuż i wiosna będzie (oby…).
Koraliki które tu pokazuję, to efekt maniackiego zbieractwa jakieś dwa, a może i trzy lata temu, kiedy to koraliki były potrzebne przede wszystkim do frywolitek. Nadmienić należy że w większości przypadków potrzeby te zostały jedynie w sferze wizji, no ale chomikowanie sobótkowe jest nieuleczalne jak same wiecie i wcale nie boli więc … koraliki mam : ). Aby koraliki mogły być używane do frywolitek (przeze mnie) musiały mieć odpowiednio duże oczka tak aby najcieńsze szydełko dostępne w Polsce wraz z nitką przeszło przez ten koralik. Na idealne natknęłam się w warszawskim empiku, gdzie kiedyś były takie super stoiska z akcesoriami do robótek ręcznych (to te w okrągłych pojemniczkach) pozostałe to efekt wymianek, innych zakupów czy też odzysku ze starych ubrań (zwłaszcza zagramanicznych, czytaj amełykańskich, które z uporem maniaka były kiedyś ozdabiane tonami koralików). I tak oto mam niezłą kolekcję, którą nadal mogę używać do frywolitek tak jak to miało miejsce kiedyś, albo do innych szychowych wizji. I jaki z tego wniosek – na wszystko przyjedzie czas – więc chomikowanie jest super!!

p.s. Aniu chciałam Ci powiedzieć ze ja robię myszy …

M.

14 lutego 2010

… co za dużo … to bosko …

A właśnie, ze tak! Mam taki czas ostatnio, iż mogę robić to na co nie miałam czasu i siły robić jeszcze do niedawna. Oczywiście, nie ma tak różowo, ponieważ pojawił się inny problemik jakby tu w dobie zmieścić wszystkie rzeczy, które chciałoby się porobić … czyli od przybytku głowa boli parafrazując słowa naszych babć. Ale ja się nieźle bawię, kiedy dzielę sobie czas tylko na rzeczy które sprawiają mi przyjemność i nic nie muszę, i kiedy okazuje się że to czy tamto leży odłogiem bo ja akurat pochłonęłam się projektowaniem i szyciem (nieudolnym) nowej lalki :) to wcale mnie to nie denerwuje hi hi bo wiem że będę miała na wszystko czas. Tak więc czasem sytuacje nieciekawe – choróbsko – zmuszające nas do zatrzymania się (w moim przypadku dłuższego urlopu) daje również wiele innych boskich możliwości… więc wbrew wszystkiemu jest dobrze!!
Dzięki temu że jestem wypoczęta mam też chęć częściej bywać w kuchni i coś upitrasić. Ostatnio doszłam do wniosku, że w poprzednim wcieleniu musiałam być kucharzem, ponieważ mam pewne „odruchy” czy też zachowania związane z tworzeniem potrawy zupełnie mi niezrozumiałe – nie wiem skąd ja to wiem – a dania wychodzą wyśmienite : ). Dodam, że na przekór różnym trendom używam tylko podstawowych przypraw – sól i pieprz i świeży czosnek, bardzo rzadko zdarza mi się wegeta, sos sojowy czy cebulka w kostce.
I tak w ostatnim tygodniu była sałatka krewetkowa, w skład której weszły następujące składniki (dawkowanie składników w zależności od gustu i potrzeb): makaron ryżowy (ten takie biało przeźroczysty, którego się nie gotuje tylko zalewa gorącą wodą), krewetki (ja po sparzeniu krewetek wrzucam je na patelnię przy niewielkiej ilości oliwy z oliwek i zasypuję albo wegetą,a albo jeśli takowej nie ma jak u mnie ostatnio to kostką pokruszoną cebulkową i pietruszkową knora i do tego solę i pieprzę, krewetki robią się chwila moment – jak zaczynają za mocno przywierać do patelni znaczy że im starczy), cebula pokrojona w kostkę (ja ze względu na swój delikatny żołądek ostatnio używam tylko i wyłącznie cebuli białej inaczej zwanej u mnie w sklepie cukrową – jest delikatniejsza), jajka na twardo, majonez. (myślę że ogórek kiszony w drobną kostkę też by nie pogardził takim towarzystwem ale akurat wyszedł gdzieś z lodówki więc się nie załapał).
Inne danie którym chciałam się pochwalić to roladki. W oryginale powinny być robione z karkówki (fuj), ja robię z piersi kurczaka, ale uważam ze schabu też by nieźle się komponowały. A roladki w środku mają podsmażoną kapustę kiszoną (ja nie zmywam jej bo lubię jak ma trochę kwaskawości) jak już zmięknie trochę na końcówkę smażenia dodaje śliwek kalifornijskich pokrojonych na połówki i tak się to jeszcze dusi jakiś czas. Kapustę podlewam wodą i oliwą z oliwek. Jeśli chodzi o przyprawy to solę i pieprzę jedynie piersi. Długość pieczenia zależy od mięcha, ja pod przykrywką piekę aż do całkowitego ścięcia się piersi potem jeszcze na 10-15 minut odkrywam żeby od góry się zarumieniły deko. A jak wszystko ułożyć w naczyniu widać na zdjęciu. Niestety nie spociłam dania gotowego, bo byłyśmy z Jolą już tak głodne że nie czas był myśleć o zdjęciach a o napełnieniu brzuchów :).
Jeśli chodzi o robótki to szyję, Krzysia – kochana kobieta mówię Wam – nauczyła mnie szyć metodą PP pokazaną przez koroneczkę i przynajmniej przy nauczycielce kumałam o co chodzi, zobaczymy czy po kilkudniowej przerwie nadal tak dobrze będę kumać hi hi. Na razie nie pokażę efektów bo … nie pokażę ;).
Uszyłam natomiast podusię na igły, zainspirowana wieloma blogami. Kwiatek spotykany do różnych zastosowań wzbudził moją sympatię od pierwszego wrażenia, nie wiedziałam za bardzo jak się go robi więc intuicyjnie odrysowałam od kubka okrąg zszyłam, ściągnęłam nitkami, potem poprawiłam wstążką i doszyłam koraliki, efektem jestem zauroczona i jest moją miłością – bo to jakby pierwsze skończone szyciowe dziełko. Przy okazji wygrzebałam swoje zapasy tasiemek – dostane od przeuroczej koleżanki (producentki staników), która ze swojej szwalni wyciągnęłam kilka takich ładnych kolorów. Oraz pudełko z koralikami (kiedyś przy okazji sfoce je lepiej), koraliki zakupione kilka lat temu specjalnie pod frywolitkę (oczka tych koralików są dosyć duże i przechodzi przez nie najcieńsze szydełko z nitką (najczęściej przechodzi)), a że frywolitka czeka na swoją kolejkę to mogę powykorzystywać ich trochę do szycia :).

M.

6 lutego 2010

… kto by pomyślał …

Kto by pomyślał, że wolna sobota może być przy okazji tak miło pracowity. Aż się sama zdziwiłam, przeglądając zdjęcia, że tyle się dzisiaj wydarzyło : ). Głównym punktem dzisiejszego dnia było szycie – ale o tym chwilę potem …
Strasznie od kilku dni chodziło za mną pewne śniadanie, którego przepis znalazłam na jakimś blogu (ale kurde nie mogę na niego trafić – jak tylko będę miała na niego namiar to oczywiście podam źródło). A więc śniadanie bez pieczywa oczywiście na które składało się : jajko na twardo, paluszki krabowe (które pewnie nawet przy krabach nie leżały), cebula cukrowa, groszek z puszki, pieprz i sól, majonez (miałam dodać pomidorów suszonych ze słoika ale zapomniałam – następnym razem). To było przepyszne – polecam serdecznie.
Jak wspominałam dzisiaj był dzień pod hasłem – szycie eksperymentalne. Krew i pot się lały, na szczęście bez łez się obeszło uff. A palucha to sobie nożem moim obrotowym zacięłam – jejku jaki on ostry. No to postanowiłam że zainspirowana Marysi bloczkiem najpierw z godzinę liczyłam i rozrysowywałam moją wizję. Potem kolejną godzinę wycinałam te kawałki ze szmatek, a potem zszywałam, prasowałam i zszywałam i tak dalej. W sumie wszystko zajęło mi coś około 5 godzin. Krzysia zdalnie poinstruowała, żebym koniecznie przyszpilała ze sobą kawałki żeby się nie suwały – byłam zdziwiona że można przeszywać po szpileczkach i nic się z igłą nie dzieje hi hi ale rzeczywiście przynajmniej prosto się zszywa – w miarę oczywiście. Mimo iż miałam odliczony odstęp stopki, że tak powiem to i tak używałam powiedzmy uproszczonego PP czyli nakładałam papier z narysowaną linią po której mam jechać maszyną. Wyszło co wyszło, zachwycona nie jestem, ale za to kolejne doświadczenie mam za sobą. I już wiem na pewno że moje bloczki nie będą takie skomplikowane, bo coś czuję że jakbym musiała całą narzutę z takich uszyć, to szybko straciłabym cierpliwość i rzuciła ją w kąt, a szkoda by mi było takich ładnych szmatek. A właśnie przyszło kolejne boskie zamówienie materiałowe. Zobaczcie jakie piękne czerwienie i borda nabyłam drogą kupna, a do tego kilka innych szalenie kolorowych, nie wiem jeszcze do czego :).
Wracając do mojego bloczka – materiały nie sprzyjają błędom początkującej – widać od razu krzywizny a i błąd popełniłam zaprasowując niektóre szwy do środka (i przebijają) a nie na zewnątrz. Kurcze jeszcze chyba jutro jakiegoś pośredniego spróbuję zaprojektować miedzy tym prostym a tym ostatnim. A poza tym nie wiem jak się zabrać za wycinanie pasków, jak zaplanować te paski. Są na to jakieś sprytne patenty?? No i dzisiaj zaczęłam mnie ta odziedziczona maszyna wkurzać – ze sto razy musiałam wyjmować bębenek bo mi się ta górna nitka tam wplątywała – starość maszyny to nie radość ; ). Może bym kupiła sobie nową – jakie są fajne maszyny (jakimi szyjecie dziewczyny) ??
W tak zwanym między czasie zaleciała do mnie moja mała siostrzyczka na makijaż wieczorowy – bo na bal Walentynowy się wybrała. No to trzasnełyśmy szybciutko twarzyczkę i naprawdę fajnie wyszło i taki smołki fiolet : ). Ja jednak lubię te oczne malowanki, szkoda że nie umiem swoich oczu dobrze sfocić, bo przynajmniej by była częściej okazja do pokazywania moich pomysłów na oko. Ostatnio siłą powstrzymałam się od zakupu takiej palety kilkudziesięciu cieni na allegro, bo chomik ze mnie straszny a i tak wszystkich tych kosmetyków co mam nie jestem w stanie przerobić hi hi.

M.

4 lutego 2010

… jeśli chcesz być szczęśliwy – to bądź …

Bardzo proste a jakże trudne do realizacji na co dzień jest to hasło…

Ja dążąc w stronę szczęścia, robię to sprawia mi przyjemność (mimo kilku ostatnich chorobowych dni) a mianowicie czytam – skończyłam drugą część Millenium Larssona i powiem, że mimo dużej objętości (tym razem dobrze ponad 600 str) i niewygody w trzymaniu takiej książki to wciąga wciąga, dlatego też szybciutko za trzecią część się zajęłam. A w między czasie sukcesywnie powiększam kolejkę książek do przeczytania zarówno tych na półce jak i listę książek które muszę jakoś dorwać (i niewykluczone że może się zdecyduję wreszcie na zapisanie się do biblioteki – aczkolwiek obowiązek przeczytania książek w ciągu miesiąca powoduje stres i taki przymus czytania – a to już nietajne).

Poza tym szyję … choć to pewnie za dużo powiedziane. Niestety kot jest na razie dla mnie nie do przejścia, choć liczę na to że po korepetycjach u Krzysi jakoś opanuję to rozumienie przestrzenne co jak odwrócić i co jak zszyć żeby wyszło wszystko na prawej stronie i pasowało do siebie … mówię Wam masakra. Ale nie poddając się, rozrysowałam sobie „wzór” bloczka i uszyłam taki jeden z mojego testowego materiału (który nie nadaje się za bardzo do niczego innego), nie mam pojęcia jakie są standardy wielkości takiego jednego bloczku – ten mój pierwszy ma 20x20cm, aczkolwiek będę próbować mniejszy taki 15x15cm.

Dzisiaj znalazłam na blogu Marysi inny bardzo ciekawy pomysł, który zamierzam jutro zmałpować lub się przynajmniej mocno zainspirować :)
Powoli robię jakikolwiek zbiór czerwono – bordowych tkanin i pierwsze moje zamówienie już do mnie przyszło (kolejne w drodze trlalalala) no to pomyślałam że się pochwalę bo są przecudnej urody, zwłaszcza ten materiał z motylkami (one są lekkim złotym kolorem obramowane) jest cudny (prawda Krzysiu?). Ciekawa jestem tylko czy nie zadrży mi ręka kiedy przyjdzie do pocięcia tych piękności :).
No i oczywiście needlepoint – wiecie to dla mnie jest haft, który jak się zacznie to zanim się nie skończy nie da się odłożyć na bok (RR kwiczą, fairy czeka cichutko już nic nie wspominając o tulipanach) dlatego też mogę pokazać kolejne etapy. Nadal wkurza mnie strasznie że zostają wolne miejsca pod nitki, których jeszcze nie mam ehhh no ale jak to się mówi wyżej dupy nie podskoczę bo nitki daleko za wielką wodą. Ale będę dzielna i cierpliwa a co … przecież chcę być szczęśliwa więc nie mogę masochistycznie się wkurzać!
*******************
A na koniec sprawa, o której przybierałam się napisać od dawna. Dotyczy ona wyróżnień przyznawanych mojemu blogowi. Są one niezmiernie sympatyczne, jednak mam do Was wielką prośbę – nie przyznwajcie mi więcej wyróżnień, ponieważ największym dla mnie wyróżnieniem jest Wasza obecność na moim blogu i Wasz głos w komentarzach czy jakikolwiek inny odzew, tego nie da się niczym zastąpić, ponieważ w moim odczuciu świadczy o prawdziwym zainteresowaniu i chęci kontaktów blogowych. Dziękuję za zrozumienie :)

M.

27 stycznia 2010

… tu i teraz …

Kiedy odchodzą młodzi ludzie (zwłaszcza ludzie których znam) burzy się we mnie, ale też pojawia się przeświadczenie, że warto o siebie dbać tu i teraz nie odkładając niczego na później bo później może nie być … cieszę się że dbam ostatnio o siebie, a może dokładnie uczę się tego sukcesywnie.
A najlepszy sposób na dbanie o siebie to oczywiście wszelakie hobby, dobra książka, muzyka w tle … i tak to właśnie wygląda. Tak jak podejrzewałam, odkąd zaczęłam nowy obrazek needlepointowy tak i się od niego oderwać nie mogę, choć nadal wkurza mnie to że nie mam jeszcze wszystkich nitek.

Uwielbiam te kolorowe cieniowane nitki, jak by się dało to tylko takimi bym wyszywała :).
Na życzenie Agi pokazuję jak wygląda moje wyszywanie w akcji – czyli jak trzymam i używam ramy :) dodam tylko iż w związku z tym że needlepoint jest haftem policzalnym i geometrycznym można obrazek odwracać jak się tylko chce i jak jest wygodnie (z której strony zabrać się za wzorek). A i przy okazji (ale to pewnie tak samo jak na krośnie) ćwiczę na dwie ręce – lewą wbijam od góry prawą od dołu – oczywiście jak mam ochotę się dosyć intensywnie skupić (żeby lewą ręką trafić w splot).
Bardzo fajnym sposobem na przytrzymywanie wzoru okazało się użycie wykorzystywanej do obramowania kanwy – papierowej taśmy malarskiej. Wprawdzie odkleja się co jakiś czas, ale nie jest to aż tak uciążliwe bo i tak trzeba zmieniać miejsce tych kartek bo wzór przecież „chodzi po kanwie”.
Powiem jeszcze o pewnych zmianach, które oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie wprowadziła do wzoru :). Otóż w instrukcji należało użyć dwóch nitek tej częściowo metalizowanej różowej nitki (na fotce na mniejszej bobince) jednak jest to bardzo cienka nitka i postanowiłam że połączę ją z perłówką o podobnej barwie i tonacji i okazało się po wyszyciu kawałeczka, iż był to rewelacyjny pomysł przede wszystkim dlatego, że tam metalizowana nitka jest makabryczna w użyciu (efekty matowienia i generalnie rozwalania nitki na kolejnych fotkach). Więc należy pamiętać żeby ucinać naprawdę krótkie kawałki do wyszywania no i w miarę możliwości łączyć z normalna perłówką.



A na koniec obiecywane szycie – a dokładnie początek do pierwszego mojego PP. Oczywiście jak to zwykle też u mnie bywa – co tam będę rozpoczynać od prostych rzeczy – od razu na wysoką wodę, przygotowałam się do szycia kota patchworkowego metodą PP. Na zdjęciu wydrukowana super czytelna instrukcja napisana przez Ewę (tu ją znalazłam). Teraz jeszcze opanowanie zmiany nitki w bębenku.
M.

24 stycznia 2010

… kolejna zaczęta …

A co jak szaleć to szaleć, zaczęłam kolejną pracę w moim ukochanym ostatnio needlpoicie. A zostałam dodatkowo zmotywowana przez Krzysię, która uknuła, żebym została moderatorem działu tego haftu na Babskim Hobby. No to jak zaczynać jakiś dział to dobrze by było pokazać od początku jak przygoda ze wzorem tego haftu wygląda. I tak zaczęłam kolejny wzór Laury Perin – Jewel Box.
W związku z tym, iż tym razem postanowiłam zrobić obrazek wg. całego wzoru (w przeciwieństwie do swojego poprzedniego gdzie powybierałam fragmenty, które chciałam wyszyć) musiałam kupić większą ramę – tym razem 40x40 cm i mam nadzieję że to już największa rama na jakiej będę haftować. Wbrew pozorom jest bardzo wygodna w użyciu. Odkryłam również tym razem, w jakim celu amerykanki oklejają taśmą brzegi kanwy. Otóż pinezki wbite przez taki papier o wiele lepiej i stabilniej się trzymają, czyli nie poluzowuje się napięcie materiału przy wyszywaniu (bo niestety przeciskanie się igłą z dosyć grubą bądź co bądź nitką powoduje iż szarpiemy się z tą naszą kanwą niejednokrotnie i wtedy pinezki bez oklejenia zaczynają rozpierać materiał i się zwiotcza). Także oklejanie polecam :).
Nie mam jeszcze wszystkich nitek, bo Krenika nie dorwałam u Anglików i powiem szczerze strasznie nie lubię takiej sytuacji, kiedy muszę omijać pewne miejsca bo nie mam czym wyszywać. Ehhh – no ale jakoś przeżyję. Poza tym tu na w tym wzorze dobrze widać, że monokanwa 18stka jest jednak za duża do perłówki 5, tzn. widać prześwity między nitkami które są wyszywane równolegle. No ale nie wygląda to tak źle jak w przypadku krzyżyków, w tym wypadku po prostu cały obrazek wydaje się jaśniejszy, więc za mocno się nie przejmuję.

********

A tak tytułem wstępu do następnego wpisu – szyję – choć to zapewne za dużo powiedziane, ale przede wszystkim poluję na szmatki – bo tego mam straszny niedosyt, rozglądam się po sklepach i planuję co by tu upolować. I jeśli, któraś z Was miałaby szmatki bawełniane w kolorach czerwonych i bordowych (lub z przewagą tych kolorów) i poczułaby, iż nie są jej one potrzebne to ja chętnie przyjmę. Bo nie wiem czy wspominałam – mam plan uszycia narzuty w takich kolorach, materiałów nie mam w takich kolorów jeszcze wcale. Jak coś proszę o kontakt mailowy :).
M.

17 stycznia 2010

… powroty do przeszłości …

Tak zatytułowany będzie cykl wpisów o tym co się działo w moim sobótkowym świecie przed tym blogiem a czym chcę się z Wami podzielić no i też chcę żeby zostało tu zarchiwizowane (nie nie jestem na normalny poziomie samozachywtu robótkowego) :)
Dzisiaj pod wpływem wpisów HAEDowych Ani, chciałam pokazać moje wieloletnie już teraz zmagania z pięknym obrazem tulipanowym.
Zaczęłam wyszywanie w połowie marca 2008! roku (tak tak ślimaczę się niezmiernie). Zakochałam się w tych tulipanach od pierwszego wejrzenia – wymiary obrazka, który powstaje to około 50 na 60 cm, a wyszywam na aidzie 16tce. Wyszywam 65 czystymi kolorami plus mieszanki.
Przy tym obrazu powzięłam decyzje, iż będę liczyć czas wyszywania i o tym na kolejnych zdjęciach informuję. Jest to fajne doświadczenie obserwacji takiej czasoprzestrzeni robótkowej. W między czasie dowiedziałam się, iż ten żółty motylek który fajnie wygląda na obrazku to fragment logo firmy tworzącej obrazek – więc cóż trzeba będzie obejść się smakiem i wyszywać bez motylka.
Czerwony mi się znudził bardzo więc dalej walczę z zieleniami żeby nie było wątpliwości to w tym fragmencie który wyszyłam ostatnio jest 10 odcieni zieleni + brąz + ze dwie szarości i czarny :)
Poniżej dwa etapy w odstępie 20 godzin. Wyszywało mi się fajnie, mimo iż czasami siekanka pojedynczych krzyżyków duża. Ale co mnie niepokoi i widać to na drugim zdjęciu to to że oddziela się jakby jedna część od drugiej haftu (horyzontalnie). Jest to miejsce gdzie była zmieniana kartka ze wzorem. Bo ja wyszywam kartkami - nie wiem jak Wy? I mam zagwostkę bo nie chcę żeby cała praca była poszatkowana takimi liniami. Będę musiała chyba nieregularnie łączyć dwie kartki wzoru a nie tak jak teraz od linijki.
Dlaczego nie wracam do nich? Zaangażowałam się w 2009 roku w dwa RR, które kradły mi cały czas wolny na wyszywanie, a potem jeszcze moje serce ukradł needlepoint i takie tam inne różne. Ale ja go na pewno skończę kiedyś : ).
M.

15 stycznia 2010

… zakochałam się i poszło …

Tak tak koty i myszy poszły w kąt z którego piszczą i miałczą namiętnie (odnośnie kotów zachęcam poczytanie kociej listy na blogu u Naili), a ja wyszywam – wolno to wolno – ale do przodu – makową fairy. We wzorze zakochałam się oglądając postępy hafciarskie Kasi. Sprezentowała mi wzór no i nie mógł przecież leżeć i czekać. Tym bardziej, że kolorystycznie idealnie będzie mi pasował do łazienki, a po 6 latach trzeba trochę look odmłodzić. Na razie mam jedynie skromny jeden kwiatek i dużymi krokami zmierzam ku nogom fairy.
Na stronie Marty (jak się okazało mojej Ziomaki) pojawił się swojego czasu link do sklepu z puzzlami. A że mój mąż od jakiegoś dłuższego czasu choruje na duuuużżżee puzzle to rozejrzałam się i zaszalałam i kupiliśmy 2 sztuki – dla męża Bitwe o Algier – 9000 kawałków, a dla mnie reprodukcja obrazu J. Wall – Angel of Earth. W związku z tym iż wielkość naszego mieszkania nie pozwala na układanie od razu całości – nawet pod dywanem – więc zaczęliśmy od lewej strony (na szczęście lewa i prawa połówki były podzielone na worki). Mój wkład na razie to segregowanie na jasne i ciemne kawałki – więc nie za wielki wyczyn – one mnie przerażają na razie :).
Oprócz miłości od pierwszego wejrzenia do makowej fairy, zakochałam się też ostatnio w Larssonie. Stieg Laesson to autor trylogii kryminalnej osadzonej w Szwecji, czasy obecne. Autor niestety nie dożuł wielkiego sukcesu swoich książek, mimo iż miał chyba coś lekko ponad trzydzieści lat. Co mnie uwiodło? Otóż po pierwsze bardzo dobrze się czyta, a poza tym to że to nie Ameryka (jak zwykle w czytanych do tej pory kryminałach) a Szwecja – inna kultura inna społeczność. Poza tym to co najpierw trochę mnie wkurzało a teraz po przeczytaniu pierwszej części widzę to jako wielką zaletę pozwalającą naprawdę wczuć się w klimat - mówię tu o opisach, rozległych prezentacjach bohaterów i sytuacji pobocznych. Język zastosowany przez autora sprawia iż przechodzenie przez opisy nie jest bolesne. No może jedynie powoduje to iż książki trylogii mają grupo ponad 600 stron i ciężko się taką książkę trzyma hi hi. Polecam serdecznie bardzo fajny czas relaksu i ciężko się oderwać od tej pierwszej części. Jestem na etapie drugiej pewnie za jakiś czas też o niej wspomnę.

A na koniec informacja dla scrabowiczek. Namierzyłam wczoraj w Rossmanie fajną przecenioną rzecz – zestaw stempelków i dwa tusze – z 16,99 na 4,99 więc myślę że warto zapolować.


M.

13 stycznia 2010

… szycie …

Znowu nazbierało się masę rzeczy o których chciałabym tu napisać i już sobie daruję obiecanki : ). Dzisiaj postanowiłam zacząć od stosunkowo nowego mojego zajęcia – może nawet przyszłego hobby – a mianowicie pokażę moje szycie.
To co widać na zdjęciach to pierwsze moje próby zaprzyjaźniania się z maszyną do szycia. A w związku z tym, iż nie zamierzam być krawcową ubraniową, a ograniczę się do patchworków : ) to i na narysowanych na oko wzorkach bloczków sobie szyłam. Pierwszy to ten brązowo – biały – który był pierwszy i w związku z niedokładnym wycięciem elementów (brak dobrych nożyczek i szpileczek) z deka koślawy wyszedł. Drugi ten niebiesko – biały już wycięty dokładniej i szwy coraz równiej wychodziły. Nie szyłam metodą PP, tak po prostu na oko chciałam spróbować jak to wychodzi, no i sama z siebie jestem dumna. W ogóle miałam wrażenie jak przy tej maszynie siedziałam, że ja się z umiejętnością szycia urodziłam – jakoś tak naturalnie mi to przychodziło (proszę nie myśleć że zadzieram nosa – bo daleko mi do tego). Już mam maszynę w domu, mam też materiały na których mogę próbować i będę dalej trenować, tym razem spróbuję metodą PP.
I tu mam do szyjących dziewczyn kilka pytań:
- czy to prawda, że nie można ciąć materiałów nie z nitką – znaczy na skos? Mama twierdzi ze nie można a mi czasami ze względu na układ wzoru by się podobało pociąć nie zwracając na to jak idzie nitka.
- czy szwy rozkłada się na dwa boki czy na jeden przy zaprasowywaniu?
Jeszcze o coś miałam zapytać ale zapomniałam …

Jak widać zaopatrzyłam się też w podstawowe gadżety szyciowe – mata, linijka i nóż krążkowy – którym jestem zachwycona, bosko się nim kroi i paluchy nie bolą ahhh.

No i przy okazji pochwalę się posiadaniem książki – dosyć kultowej, bo w tej chwili wydanej dopiero w kilkudziesięciu egzemplarzach nakładu, podpisaną kochanym nazwiskiem autorki (bo niestety normalnie musi z przyczyn marketingowych posługiwać się znienawidzonym nazwiskiem po mężu z którym to nazwiskiem zaczynała karierę – mowa to o Kasi Michalak), a w dodatku jest z autografem. Super uczucie posiadając taki unikatowy egzemplarz (ten nietypowy nakład to inicjatywa autorki skierowany do najwierniejszych fanek, które pomogły sfinansować ten nakład). Jak poczytam to oczywiście dam znać (i innych książkach Kasi też pewnie przy okazji napiszę).

M.

2 stycznia 2010

… odziedziczone …


Przychodzi taki czas w życiu, że bliscy zaczynają przenosić się na inne planety. I wtedy ci, którzy zostają tu i teraz mają szansę odziedziczyć co nieco. Jedni dziedziczą fortuny inni długi a ja odziedziczyłam kilka książek i maszynę do szycia ha! Za maszynowe próby – bo przecież ja nie potrafię w ogóle szyć –zamierzam się zabrać od razu na początku roku, i tu uprzedzam będę molestować wszystkie szyjące prosząc o pomoc rady i porady i wzory of kors bo nic nie mam, a szyć dużych rzeczy na razie nie planuję, jedynie małe zabawy patchworkowe. Oczywiście mam też szczytne plany – kapa na łóżko, czy torebek kilka sztuk różnej maści – wyjdzie w praniu czy ja prosto potrafię podstawowy ścieg wykonać hi hi.
Odziedziczyłam też kilka starych – starszych ode mnie – olaboga bo ja już pierwszej młodości nie jestem – książek instruktażowych robótkowych.
I ku mojemu zdziwieniu znalazłam w jednej z nich podstawy frywolitki nawet. Pewnie nie będę z nich korzystała, ale dla sentymentu niech będą. Odziedziczyłam też dwie bardzo leciwe książki, które pamiętam z dzieciństwa. Jedną bardzo chciałam mieć, ponieważ wspominam, że babcia na każdych wakacjach, feriach czy czasie kiedy byłam u niej terroryzowała mnie żebym przeczytała ją : „Kapelusz za 100 tysięcy”. A ja trwając w swoim oporze do dnia dzisiejszego nie wiem o czym ta książka traktuje. A druga to z sentymentu, bo po pierwsze starusieńkie wydanie, a po drugie wakacje u tej babci zawsze jakoś kojarzą mi się z Anią z Zielonego Wzgórza bo właśnie u niej na film ten zazwyczaj trafiałam.
A na koniec ku osłodzeniu życia przepis, z którym spotkałam się kilkakrotnie, ale chyba do samego zrobienia natchnęła mnie moja szwagierka Beata. Otóż mowa tutaj o ciasteczkach kukurydziano migdałowych. Powiem tak – traktuje je jako rarytas i wyskok bo generalnie tanie nie są w produkcji ;). Przepis:
2 czekolady (ja dałam mleczną milke) rozpuszczone na gorącej wodzie. Wymieszane z płatkami kukurydzianymi i uprażonymi wcześniej płatkami migdałów (dwa ostatnie składniki na oko ile wlezie). Po zrobieniu układam łyżeczką na papierze do pieczenia i odstawiam na kilkanaście minut do lodówki żeby stężały. Pychotka. Następnym razem żeby wyszło więcej i taniej zamiast czekolady zrobię moją masę szyszkową a zamiast prażonego ryżu dam płatki kukurydziane i migdałowe o! Albo też ryżu dosypię o! i będzie słodziuchny kogel mogel o!

M.

31 grudnia 2009

...niech ten rok będzie kolorowy...


Niech ten rok będzie kolorowy w optymistyczne i szczęśliwe dla Was chwile, pełne cudownych pasji, porywających uczuć i grona dobrych ludzi dookoła.


Uściski wszystkim czytaczom moich wpisów :)


M.

30 grudnia 2009

…no i gdzie te moje wpisy…

No właśnie gdzie? Obiecanki cacanki … nie wiem dlaczego sama to sobie robię hi hi, ale ale jeszcze trochę poobiecuję i na pewno w końcu dojdę do systematyczności w tymże właśnie – we wpisach. Nazbierało się opowiadania na kilka postów, więc zrobię z tego dwa J żeby weselej było.
Zacznę od czasów świątecznych, choć już dawno każdy o nich zapomniał, a tu wspominki. Dostałam od sympatycznych dziewczyn z mojej klasy super prezent taki mikołajowo -pożegnalny (bo z powodów zdrowotnych jestem na urlopie). Sama idea i to że o mnie pomyślały już mnie z deka uzdrowiło. Zobaczcie sami – koniecznie proszę powiększyć zdjęcie żeby przeczytać ulotkę.


Ostatnio udało mi się przeczytać „ PS Kocham Cię” Cecelii Ahern. Dlaczego akurat tą, bo po pierwsze był film na jej podstawie nakręcony, którego jeszcze nie obejrzałam, a po drugie napatoczyła mi się w dosyć dobrej cenie – jeszcze taniej niż na okładce ponieważ za 8 zł. A przy okazji polecam wszystkim zakupy książkowe tutaj, naprawdę mają bardzo atrakcyjne ceny książek. A jeśli chodzi o film, to zawsze wolę najpierw przeczytać książkę, żeby potem nie wzorować się tym co było na filmie, a już tym bardziej nie znać szczegółów. Poza tym wydaje mi się, że książki są bardziej szczegółowe i fajnie potem jest oglądając ekranizację dostrzegać rzeczy, o których nie powiedzieli albo które zmienili. Ale powracając do samej książki – na pierwszy rzut oka - ot tak prosta historia roku życia młodej kobiety, mieszkanki Irlandii, dla której ten rok łatwy nie jest bo pochowała właśnie ukochanego męża. Ale w drugim rzucie, pokazany jest mechanizm, pewnie często spotykany w życiu codziennym wielu kobiet, „uwieszenia” się na mężczyźnie i życia tylko i wyłącznie dla niego, zatracenie gdzieś przy tym wszystkim siebie i swojego życia. I jest pięknie jak jest pięknie, ale kiedy umiera osoba, która była „żywicielem” (do którego jest się przyssanym) to życie zaczyna wyglądać zupełnie inaczej, są inne okoliczności, inne potrzeby, inne decyzje, które trzeba podjąć samodzielnie… . Więc nie taka ta książka lekka (choć i tak można ją traktować), a bardziej przystępnie przemycająca ważne rzeczy właśnie dla nas kobiet. Polecam.

Pamiętacie jak pokazywałam tutaj motki dziwnej włóczki? Otóż mojej mamie udało się wreszcie dojść z nią do porozumienia i zrobiła mi cudny puchaty i cieplusi szalik. Wprawdzie nie mam fotki mnie w szaliku (nie samym oczywiście) ale to się da nadrobić bo zima w pełni. Mama robiła go na bardzo grubych drutach więc jest rzadki ale bąble powodują, że wicher zły nie hula dziurami. I wspominała, że to takie pioruństwo, że jak tylko spadnie z druta to pruje się samo w mgnieniu oka – mam nadzieję w związku z tym, że dobrze go wykończyła hi hi.

A wracając do zimy – natknęłam się przypadkiem na optymistyczne zdjęcie, które pozwala wierzyć że wiosna coraz bliżej hi hi.
A na koniec moje szaleństwa wizażowe. Oczywiście zrobić samej sobie dobre zdjęcie przy sztucznym świetle graniczy z cudem więc proszę wybaczcie ich jakość i włączcie swoją wyobraźnię. To co jest na powiece to kolor czerwony nie bordowy :) połączony z bardzo ciemnym grafitem, w kącikach wewnętrznych rozświetlone złamaną bielą. Wydawałoby się dosyć mocny makijaż – jednak przy okularach wcale nie wyglądał mocno i jest zupełnie inny niż zazwyczaj.
M.

19 grudnia 2009

…nie ma jak…

Nie ma jak wrócić do dziecięcych lat (czy to przypadkiem nie słowa piosenki?) i dać się ponieść szaleństwom od tak po prostu ale też żeby dać sobie i znajomym masę radości i powodów do śmiechu. Z okazji pewnego jubileuszu mojej koleżanki postanowiliśmy zaszaleć uprawiając nic innego jak malowanki – które jak najbardziej robótkami ręcznymi były. Najpierw zajęłam się moim mężem, który zażyczył sobie być clownem – no i był.
Potem pomogłam koledze stać się jokerem, ubaw przy wszystkich tych malowankach był naprawdę przedni.
Już kilka dni wcześniej na youtubie oglądałam filmiki jak malować twarze i wydawało się to takie proste – taaaakkk a w rzeczywistości wcale nie było tak prosto namalować sobie pięknego motyla – przede wszystkim dlatego, że farby którymi dysponowałyśmy były badziewie w porównaniu do tych które prezentowano na filmikach, ale to wcale nie przeszkadzało w dobrej zabawie. Najpierw zaczęłam sama próbować namalować jakiegoś motyla, ale średnio mi szło i za poprawki zabrała się specjalistka – artystka malarka, która szast prast upasła na mej facjacie piękny okaz – wręcz królewski hi hi. I tak oprócz clowna, jokera, motyla, byli też: Afrykanka, czarna plama, Czesio, kotek czy inny zwierzak i jeszcze jeden bliżej niezidentyfikowana groźna komiksowa twarz.
W takim stanie fizycznym i psychicznym hi hi wybraliśmy się na lodowisko, żeby sobie inni też na nas popatrzyli – wzbudzaliśmy zainteresowanie, czasem bezpośredni opad szczeny, czasami ukrywane i że niby się na nas nie gapią, były pytania czy my aby nie z cyrku się urwaliśmy, i gdzie można się tak pomalować. Jednym słowem było zarombiście o!!. (przy okazji na zdjęciu dzisiaj z pomocą mojego kochanego męża nauczyłam się nowego efektu w PS)

Robótkowego nie robię nic, bo siły fizycznej nie mam ostatnio po powrocie z pracy zbyt wiele, ale za to planów na to co zrobię od następnego tygodnia mam taki - jak stąd do Ciebie przynajmniej. Będę robótkować, czytać, podróżować i odchamiać się teatralnie.
Mela zasypała mnie myszorami RR, mam jeszcze koty na tamborku, wzór do wyszycia dostany od Kasi a który to obrazek całkiem niedawno Ta popełniła, no i oczywiście nowy needlepoint.
M.

6 grudnia 2009

… księżycowo …

Dawno, dawno temu – licząc w sekundach ewentualnie minutach – wyszłam na podwórko i zobaczyłam piękne niebo, widok stanowiły nagie gałęzie na tle księżycowego nieba. Cudo, nie mając aparatu poprosiłam o zrobienie fotki kolegę - właśnie z takiej a nie innej perspektywy. Piotrek ma super aparat a więc i zdjęcia wyszły super. Za jego zgodą pokazuję tu moją idee zrealizowaną przez Pitera. Dziękuję.







Ciąg dalszy mojego grudniowego serialu, po tygodniu kwiaty się rozbujały, jak widać na załączonym obrazku. Poznałam jego zwyczaje jakiś już czas temu (kosztowało mnie to zmarnowanie jednego okazu), że te kaktusy latem nie mogą stać na parapecie w bardzo nasłonecznionym miejscu – chyba im tam za ciepło, dlatego też na lato przestawiam go na półkę na której za dużo światła nie ma. I latem też nie podlewam go za mocno. Za to jak tylko przestają palić słoneczne promienie – pod koniec września – przestawiam go na parapet i obserwuję jak mu się to bardzo podoba ; ). No powiedzcie – tak wygląda przecież zadowolony kwiatek. A swoją drogą przy tych sesjach fotograficznych rzuciły mi się w oczy zakurzone jego listki, kurcze z duszą na ramieniu dzisiaj wycierałam gdzie się tylko dało wilgotną ściereczką jeden za drugim uważając, żeby nie zerwać ani żadnego listka ani tym bardziej pąka.
Ostatnią książką, którą pochłonęłam była „Kuźnia na rozdrożu” Ewy Siarkiewicz – współczesna książka z wróżkami i wróżbami w tle. Bardzo fajnie i lekko się czyta, a przy okazji pokazuje jak przyzwyczajenia, lęki, zaniżony poziom własnej wartości wpędzić może człowieka w kiepski związek. I jak trudno to zauważyć, nazwać i wyrwać się macek takiego toksycznego związku. Książkę polecam, nawet dla tych sceptycznych wróżbom.
A swoją drogą ja kilka razy w życiu myślałam o pójściu do wróżki – zawsze się bałam i do tej pory takowej nie odwiedziłam. A Wy??

Cały tydzień nie miałam absolutnie ani czasu ani siły zająć się choiną moją, za to w weekend ją podgoniłam no i skończyłam. Poniżej zdjęcia w dwóch oświetleniach i zbliżeniach. Jeszcze przed praniem i prasowaniem, a może i przed jakimiś koralikami. Nie mam jeszcze zielonego pojęcia jakie będzie jej przeznaczenie. Podejrzewam niestety, że jak zwykle pójdzie do szuflady. Skorzystałam tym razem z rady Jolinki i nawilżałam nitkę przy wyszywaniu, rzeczywiście troszkę lepiej mi się wyszywało, ale niestety tylko troszkę! Mimo ciężkiej pracy z tą nitką i tak bardzo mi się podoba efekt jaki daje jedwabna nitka – dlatego pewnie jeszcze nie raz użyję jej do swoich prac.


M.