20 czerwca 2010

… truskawkowo …

Ten tydzień miał być krzyżykowy a wyszedł truskawkowy, natomiast za krzyżykowe myszy zabrałam się dopiero w sobotę po południu i pewnie w związku z tym pewnie przeciągnie mi się ten krzyżykowy czas na tydzień następny – bo jeszcze kociak na leżaku miałczy słonecznie. Jakoś tak się znowu zabiegałam w tym tygodniu, a jak już padłam na kanapę to chciałoby się nadrobić zaległości blogowe i pograć w gierki logiczne. No właśnie po prostu wsiąkłam, w kilka gierek między innymi w patchworkowe puzzle :) i kulki i inne myśleniowo – sprawnościowe łamigłówki – jakby ktoś był zainteresowany to polecam tą stroną.
Teraz truskawki – to między innymi one (i jeszcze czereśnie i arbuzy) są powodem zaniechania planów dietowych w najbliższym czasie. Jak wiadomo truskawki bywają w różnym stanie fizycznym i nie zawsze da się od razu wszystkich zjeść. Ze dwa lata temu zatęskniwszy za kremogenem – smakiem dzieciństwa – postanowiłam zrobić na zimę taki kremogen. Zblendowane truskawki z niewielką ilością cukru wlewałam w duże pojemniki po lodach. Ale niestety ciężko było wydobyć z nich potem odpowiednie porcje – bo kurde truskawki zamrożone są twarde, a na naleśniki nie zawsze potrzeba całe opakowanie. Moja mama w tym roku unowocześniła patent przechowywania kremogenu – otóż wymyśliła żeby ten kremogen pakować do woreczków na kostki lodu. Bo i małe porcje, które można zapakować bezpośrednio do buzi – taka większa zimna landrynka, łatwiej wyjąć porcje do naleśników, makaronu czy innych takich . I moim zdaniem pomysł jest w dechę, no może nie jest prosty do realizacji, ale cierpliwość zawsze jest nagradzana fajnym kremogenem :). Mama pakuje kremogen do woreczków rękawem do nakładania kremu na ciastka (nie wiem jak to się fachowo nazywa), ja na początku wlewałam za pomocą lejka, potrząchając lub przeciskając krwistą mazię z miejsca na miejsce, ale unowocześniłam ten proceder i wstrzykuję strzykawką (zarówno małą 5 jak i dużą 20). I jest to najlepszy sposób bo ciśnienie przesuwa truskawki do kolejnych woreczków.
Jak nie kremogenowo to truskawki oczywiście uwielbiam ze śmietaną i cukrem, aczkolwiek ostatnio odkryłam do truskawek serek wiejski odrobinę posłodzony płynnym słodzikiem. Mniamu mniam – a jutro będę próbowała z ricottą.
Tak zupełnie z innej kulinarnej bajki – robiłyśmy z Ulą suszi w domciu, eksperymentalnie zapakowałyśmy do nich oprócz łososia też śledzie (taki w płatach solony) – i to był strzał w dziesiątkę, dały wyrazistości temu orientalnemu specjałowi. Taki jeden przypadkowcem nam się udał:
Jeszcze uprzejmie chciałam donieść o moich książkowych przygodach. Czytam i czytam ostatnio i napalam się na kolejne książki, i nie mogę się zdecydować co czytać – wiec jednocześnie czytam 4 książki – olaboga chyba przesadzam :)
Pierwsza przeczytana to Marina Carlosa Ruiza Zafona, podobno pierwsza jego książka, choć wydana dopiero niedawno. Mhhh i jak moja refleksja? Marina to dziwna powieść, naszpikowana dziwactwami i trochę horrorowymi elementami, które nie za bardzo przypadły mi do gustu. Wprawdzie książkę czyta się bardzo szybko i w miarę interesująco, jednak moim zdaniem nie jest żadną rewelacją.
Druga – to książka, którą połknęłam dosłownie – ale pierwsza autorki bardzo pozytywnie ocenianej na wszelakich książkowych blogach – Jodi Picoult – przeczytałam Bez mojej zgody. Książka niezwykle poruszająca, bo dotycząca bardzo delikatnej, życiowej kwestii. Narracja prowadzona wielopłaszczyznowo – z punktu widzenia wszystkich głównych bohaterów – co bardzo wzbogaca obraz przedstawianej sytuacji i pozwala czytelnikowi wyrobić osobiste zdanie na temat poruszanego przez autorkę tematu. Po przeczytaniu tej pozycji wstąpiłam w poczet wielbicieli autorki, i mam już na półce koleje 5 jej tytułów.
Właściwie w dniu zakończenia, książki obejrzałam film na jej podstawie – no i kolejny raz film był spłycony, niepokazujący bardzo wielu ważnych rzeczy, niestety nie oddający książki.
M.

12 czerwca 2010

… przydział tygodniowy …

Mam problem, problem męczący mnie od lat – a mianowicie – zbyt dużo różnych zainteresować robótkowych żeby mieć czas wszystkie je ogarnąć. No i znowu rozpoczęłam przydziały tygodniowe, bo i frywolitki znowu kocham, i krzyżyki, i hardanger, i needlpoint no i przede wszystkim szycie.
Jutro kończy się weekend frywolny – jejku jak fajowo znowu było wrócić do czółenek i eksperymentować, przypominać sobie to i owo. Powstało masę prototypów, sporo zaczętych pociętych kawałków frywolitek ale i kilka fajnych kolczyków, niektóre już sparowane, niektóre na razie pojedyncze – aczkolwiek jutro na pewno doparuję bo potem wiecie – nie wiadomo który tydzień na frywolitki mi przypadnie hi hi.
Co jest fajne w tym moim powrocie do frywolenia to to że oprócz eksperymentów z wzorami, eksperymentuję też z nitkami.
I tak tutaj chciałam zobaczyć jak układają się kolory we wzorze używając ręcznie malowanej multikolorowej muliny Threadworx. Używałam trzech jej nitek. W związku z tym, iż była już przycięta na pasma to się trochę nagimnastykowałam w dowijania i doczepiania kolejnych pasemek. W związku z tym, iż nitka nie jest skręcona – jak to na mulinkę przystało – na pikotkach zwłaszcza widać rozdwajanie się – ale wydaje mi się, że nie przeszkadza to za bardzo a nawet daje taki fajny efekt miękkości. No i przy biżuterii trzeba ją będzie wykrochmalić w przeciwieństwie do rzeczy robionych z Aidy.
Jak już pewnie wiecie kocham miłością wielką wszelkiego rodzaju cieniowane, multikolorowe, tęczowe nitki. No i oczywiście nie mogłam się powstrzymać, żeby nie porobić właśnie takich kolczyków :). Następne zrobione wg własnego wzoru, a pomysłu zaczerpniętego gdzieś z sieci, perłówką anchora ósemką. Robi się nią nieźle, aczkolwiek dosyć szybko się mechaci jak przystało na perłówki. A dzięki temu że nitka jest skręcona kolczyki są jakby bardziej mięsiste, wypukłe w przeciwieństwie do tych wyżej opisanych.
Miałam też wielką ochotę na rombowe jakieś kolce w dodatku z koralikami. Zainspirowana tym wisiorem, a wyposażona w zasadniczo inne rodzaje koralików, niż ten na zdjęciu, zrobiłam taki oto:Użyłam nitki zakupionej kiedyś przez Krzysię na moje konto – YaronAt – jest to nitka do szydełka i drutów grubości mniej więcej ósemki perłówki. Wyszły takie dosyć wieczorowe te kolczyki – nie wiem czy się spodobają koleżance, której mają być te jak i większość pozostałych. Nitką robi się bardzo dobrze, jednak podobnie jak w przypadku mulinki będzie trzeba je wykrochmalić żeby się trzymały w kształcie przeze mnie pożądanym.
Wszystkie pozostałe zrobione są cieniowani zrobione są z floretty10 bądź też aidy10:
Tutaj łabędzie zwane przez moich domowników żurawiami … jak kto woli … może jutro uda mi się dorobić do zwierzyńca ważkę i żółwia :).
Na koniec zakładka – prosta bo zrobiona łuczkiem długim i skręconym – ale jakże użyteczna i moim nieskromnym zdaniem bardzo fajna. Pomysł zaczerpnęłam o koleżanki, która posiada tego typu zakładkę rzemykową (przywiozła ją sobie zza wielkiej wody), taką rzemykową też chciałam sobie zrobić, ale w trakcie szału frywolnego doszłam do wniosku że takie moje są fajniejsze o!

M.

4 czerwca 2010

… frywolitkowo dzisiaj …

Niesamowite jest to jak do dawnych miłości łatwo jest wrócić – nie nie, nie piszę tutaj o facetach, choć pewnie ta „mądrość” w przypadku kilku życiowych historii też by się sprawdziła. Drugą moją miłością sobótkową była frywolitka, o swoich pierwszych krokach pisałam już wcześniej tutaj.
Ostatnio znowu mnie naszło, ponieważ miałam potrzebę zrobienia komuś prezentu od serca – czasu mało na większe pomysły, a zakładka frywolitkowa nie dość, że serce pomieści to jeszcze jest w miarę szybka i praktycznie przydatna. Tak więc zabrałam się za próby. Najpierw popełniłam z Aidy 20 jedną bordową (ta na zdjęciu na dole), ale jakaś wydała mi się taka mała i …mała, wiec wygrzebałam inny wzór i zaczęłam tą samą nitką robić coś większego (górna część zdjęcia), ale że ten kawałek robiłam w dużej mierze w miejscu gdzie miałam za zadanie również zwracać uwagę na to co robi prowadzący, więc skupienie na kilku rzeczach spowodowało, iż na początku łuczki szły innym wzorem a na końcu jak widać innym. A czas uciekał. Więc, żeby się w dwa dni wyrobić postanowiłam zaprząc na czółenka Aidę 10 w kolorze ecri i dołożyć ciemnoczerwone koralki. Jak postanowiłam tak się też stało. Wykończyłam zakładkę z dwóch stron – bo ostatnio bardzo mi się podoba motyw wystawania od dołu i od góry książki zakładek :). I tak powstała ta oto:
Ale, że zatęskniłam za frywolitką to na jednej zakładce się nie skończy, bo kocham tą technikę bardzo, a poza tym już dawno obiecałam pewnej sympatycznej koleżance kolczyki, a że ta sympatyczna wyżej wspomniana poprosiła mnie jeszcze na termin kolczyki dla kumpeli więc … latam po stronach i po swoich zbiorach w poszukiwaniu inspiracji :). I już powiem Wam jestem gotowa wziąć byka za rogi hi hi. W między czasie zaczęłam się zastanawiać jak to kurde jest możliwe żeby robić różne zawijarce i przechodzące między łuczkami kółkami i te sprawy … i doszłam do wniosku że chyba tylko wtedy kiedy nie operuje się nitką na czółenku tylko na czymś innym (pomijając frywolitkę igłową – bo tej nie używam) i spróbowałam ponawijać nitki na zapałki – i … owszem dało się przechodzić nitką tu i tam, ale zapałki niestety się łamały, a nitka się rozwijała :( wiec już nie wiem jak się to robi – może miszczynie coś podpowiedzą – jakie mają na takie wzory pomysły?
A na koniec jeszcze wspomnę co widać na pierwszym zdjęciu w dolnej jego części – mój przybornik – zrobiony z pudełka na bransoletki z Apartu – wybebeszyłam wszystkie te gumki i inne takie, które powodowały iż pudełko było płytkie i teraz jest super mieści się w nim i szydełko i kilka czółenek i mała robótka. A w przyszłości wykleję pudełko jakimś ładnym materiałem żeby nie było smutno i już – i co jest jeszcze ważne przy frywolitkach – pudełko nie jest metalowe a więc w torebce nie stukają nieprzyzwoicie czółenka i szydełko i nożyczki o pudełko od środka : ) Polecam wszystkie pudełka tej firmy na przydasie i inne takie.
M.

23 maja 2010

… a tak przypadkiem …

Weekend spędziłam bardzo przyjemnie i niezmiernie towarzysko w stolicy naszej zacnej. I pobyt był bardzo odkrywczy botanicznie – ponieważ pierwszy raz w życiu widziałam kasztanowca kwitnącego na różowo. Czy to jest norma u Was? bo w moim mieście nie zdarzyło mi się w takich kolorach te drzewa oglądać.Był również w planie wyjazd na Targi rękodzieła do Łodzi, ale w samą porę doinformowałyśmy się że nie ma sensu pokonywać tyle kilkosów bo frekwencja marniutka jeśli chodzi o wystawców i zwiedzających też. Ale my kobitki absolutnie nieprzejęte wymyśliłyśmy na prędce inne rozwiązanie na spędzenie czasu wolnego i było bosko :). I co spotkania z maniaczkami robótkowymi zawsze kończą się masą nowych pomysłów i masą napaleń na nowe dziełka – a czasu jakby coraz mniej w tej naszej dobie :(

Dzisiaj, kiedy wstałam bladym świtem koło 12 w południe okazało się że mam możliwość jechać na targi książki – mhhh sobie myślę targi były tydzień temu coś się popiepszyło kumpeli i jej tłumaczę że na pewno tygodnie się pomyliły, no ale na wszelki wypadek zapytałam wszechwiedzącego googla co o tym myśli – i co – musiałam się pokajać bo i owszem w tamtym były targi i w tym tygodniu też są targi. Nie za bardzo jest to dla mnie logiczne no ale cóż … Przejrzałam program i nic ciekawego nie rzucało się w oczy niestety. Na szczęście w ostatniej chwili w planach dostrzegłam nazwisko mojego ulubionego pisarza (no dobra dobra jednego z wielu ulubionych przecież) – czyli Marcina Szczygielskiego, który miał w idealnym dla mnie czasie podpisywać swoje książki. A że ja akurat z najnowszym jego tytułem podróżowałam … no to na azymut dosłownie na stoisko Latarnika, gdzie w towarzystwie niejakiego Raczka Tomasza siedział i ziewał Szczygielski :) – przesympatyczny facet – wydał się stanowczo fajniejszy od swojego partnera. W trakcie podpisywania „Bierek” zdecydowałam się na zakup nowego wydania PLBoya i Wiosny PLBoya = PLBoya² (stare wydanie będzie tylko do pożyczania znajomym) i tym sposobem mam dwa autografy autora :) Cieszyłam się jak dziecko i nawet ośmieliłam się poprosić o wspólną fotkę a co!! Więcej może się nie powtórzyć taka okazja. Więc nie zrobiłam zakupów i fotek w Łodzi, ale mam inne łupy wielce satysfakcjonujące.
M.

16 maja 2010

… wspomnień czar …

Ata zaprosiła mnie do zabawy w dziesiątkę. Mhh zabawa jest moim zdaniem z założenie niemożliwa do wykonania „uczciwie” bo kto udowodni że to to zdjęcie jest dziesiąte i tak dalej. Ja założyłam sobie (jak zwykle swoje pięć groszy muszę wcisnąć) że wygrzebię najstarsze ciekawe zdjęcie o którym chcę po prostu napisać.
A dokładnie będą to dwa zdjęcia z urodzin koleżanki. Było to dawno dawno temu koło 1999 roku. W moim towarzystwie od lat mamy taki zwyczaj, że urodziny nie są robione przez solenizanta a dla niego. I na zdjęciach jedna taka impreza, gdzie byliśmy podzieleni na dwie grupy – aniołów i diabłów – i każda grupa miała różne prezenty dla solenizantki, często o których marzyła, żeby ją przekupić do przejścia na stronę aniołów albo diabłów. Pokój też był podzielony na dwie różne scenografie. Dzisiaj już nie wiem kto wygrał diabły cz anioły – na pewno zabawa była przednia … :)
Ja byłam w grupie aniołów (czy poznajecie, która to ja?) – ahhh było to kilkadziesiąt kilogramów temu …
A tu z jubilatką, której jednym z marzeń – zrealizowane w dniu jej urodzin – to ponoszenie sukni do tańców standardowych – takiej z piórami strusimi na halce. Właśnie mi się przypomniało ze ja też nie omieszkałam przed tą imprezką ją zmierzyć – niesamowite wrażenie kiedy zaczyna się w niej człowiek kręcić to ta piórowa halka jakby wprowadza dodatkową siłę obrotu i ma się wrażenie że jest się w stanie ulecieć :).

Dzisiaj jeszcze książkowo, ponieważ ostatnio jakieś małe przyspieszenie w czytaniu u mnie nastąpiło. A przy okazji chciałam powiedzieć o portalu, który odkryłam dzięki obserwowanej przeze mnie blogerce -> lubię czytać.

Taniec czarownic

Książka, której pewnie nie wybrałabym do czytania, gdyby nie to że dostałam ją do ręki z tekstem „warto przeczytać”. No i przeczytałam najpierw oczywiście to co było napisane na okładce, a potem to co w środku – i się zdziwiłam. Okładkowy opis sugeruje, iż książka jest pełna czarów, zabobonów, magii, a w rzeczywistości wyżej wymienionych jest niewiele. Książka osadzona na początku XX wieku w węgierskiej wsi, przedstawiająca fragmenty życia tejże wsi z punktu widzenia Sari, która nie jest osobą lubianą we wsi, choć w pewnym momencie akceptowaną. Przedstawione są w niej: samotność, dylematy które targają ludźmi przy ciężkich wyborach, ale również pokazuje jak egoizm i zadufanie w sobie powoduje zatarcie się ważności życia, a granica między życiem a śmiercią drugiej osoby jest prosta do przekroczenia. Książka w końcu pokazuje różne oblicza miłości: tej utęsknionej, tej podszytej pożądaniem, tej spaczonej wojennymi przeżyciami, tej nieograniczonej miłości do dziecka.

Kuźnia głupców

Kontynuacja "Kuźni na rozdrożu" - literatura, którą ja nazywam codzienną - czyli akcja toczy się w teraźniejszości i porusza codzienne tematy. Autorka w lekki sposób porusza bardzo ważne tematy będące często tematami tabu w życiu wielu ludzi: niedobrane małżeństwo, uwięzienie w takim małżeństwie, poddawanie się niezrozumiałej woli rodziców, strach przed szukaniem szczęścia mimo wszystko, nieumiejętność zaufania mężczyźnie bo ... i tak dalej i tak dalej. A przy tym wiele humoru. Mam nadzieję że autorka nie skończy na tych dwóch książkach tego typu. polecam!

M.

11 maja 2010

… oj działo się działo …

Ubiegła sobota to bardzo ważny dzień był dla mnie i dla Krzysi. Ponieważ asystowałam tej ostatniej w organizacji wielkiego zjazdu maniaków sobótkowych z Podlasia i szeroko pojętych okolic (czyt. Warszawa – zwłaszcza jeśli świat traktujemy jak globalna wioskę hi hi). Krzysia od kilku dobrych lat wspominała o swoim marzeniu wielkiego spędu, no i w związku z tym, że czas odpowiedni się nadarzył to zaczęłyśmy przygotowania. Moja w nich rola, powiedziałabym była znikoma – ja tam tylko sprzątałam :). Choć mimo małego mojego wkładu przed spotkaniem śniło mi się ono po nocach, że coś nie wyjdzie (zwłaszcza w obszarze za który byłam odpowiedzialna) i będzie jedna wielka globalna kicha.
No ale na szczęście to były tylko niczym nieuzasadnione moje lęki. Spotkanie odbyło się bez najmniejszych żadnych przeszkadzających okoliczności – rzekłabym nawet dumnie że było świetne bez niedociągnięć większych. Na tyle fajne że od razu chciało nam się pogadać o następnym :).
Ja osobiście nie ogarnęłam wszystkich, znaczy nie miałam jakoś czasu na zatrzymanie się pogadanie bo trzeba było dopilnować tego czy tamtego, zrobić zdjęcia, zmyć filiżanki … wiecie takie standardowe czynności, i dopiero jak oglądałam fotki to sobie uświadomiłam że były różnie skonfigurowane grupki rozmawiające zawzięcie o tym i owym … no ale tak to już jest z byciem organizatorem. Udało mi się w wielkim przelocie i pewnie postawiona do pionu przez ból głowy zjeść kilka pyszności, które pojawiły się w „bufecie”: przepyszny tort śmietanowy Krzysi, soczewiaki pani Halinki spod litewskiej granicy, bułeczki serowo szczypiorkowe yenulki … i wiele innych pyszności.
Jeśli chodzi o prace było ich tyle, że nie sposób było w moim przypadku nad każdą zatrzymać. Moim zdaniem takie spotkania powinny trwać znacznie dłużej niż 10 godzin :).
Więcej fotek ze spotkania oczami dwóch paparazzi znajdziecie tu: cz.I (moja) i cz. II (naili)

A żeby nie było że nic nie robię to postępy majowe w moim SALowym needlpoincie poczynione.
A dzięki spotkaniu można było porównać obok siebie prace nas – założycielek bloga o polskim needlpoincie :) (jak coś banerek na bocznym pasku).
A to widok jaki musiałam uwiecznić buty Erysia (mojego siostrzeńca) i moje :)M.

2 maja 2010

… wszędzie dobrze ale …

Oj tak moje kwietniowe wojaże były super, mimo to zatęskniłam się za domem i za tym wszystkim co tu mam i co mogę tu robić. Pobyt na obcej angielskiej ziemi to przede wszystkich zachłystywanie się wiosną, cudownie kwitnącymi ogrodami, zielenią dookoła no i kwitnącymi magnoliami – pierwszy raz w życiu widziałam je w takiej krasie i byłam zachwycona. Mniejszy zachwyt budził wulkan buchający pyłami i straszący namiętnie przedłużeniem pobytu w siostry (wiecie fajnie fajnie ale co za dużo to nie zdrowo i dla tych co goszczą jak i dla gościa), no ale mąż wspierał przez kabelki dobrymi myślami twierdząc że wrócę o czasie – i wiecie kurcze wróżek z niego hi hi bo rzeczywiście udało mi się dolecieć tak jak planowałam.

Oprócz wyszywania, leniuchowania i ogarniania dwóch przecudnych łobuzów (siostrzeńców) miałam możliwość z przyjemnością wyszykować moją kochaną siostrę na wyjście. Kolorystyka taka jaką najbardziej lubię. Niestety wieczór już był więc światło lampy trochę złagodziło kolor i idee makijażu – ponieważ w rzeczywistości oczy były bardziej przydymione i ciemniejsze – jak na wieczorowe wyjście przystało.

Teraz już znacie obie moje siostry : )

Ostatnio na tapecie czytelniczej była książka „Żona podróżnika w czasie”. Najpierw na początku roku w kinie natknęłam się na zapowiedź filmu „Zaklęci w czasie”, ale na szczęście zanim obejrzałam polecono mi tą książkę, która okazała się pierwowzorem filmu. Ufff nie lubię najpierw oglądać potem czytać – wolę stanowczo odwrotnie.

Jak książka? Bardzo mi się podobała. I choć absolutnie nie jestem zwolenniczką literatury sf, a w związku z tym pewnie miałam niewielkie problemu w ogarnięciu wyobraźnią przenoszenie się w czasie i bycie tu i tam i tam i tu, to sama historia i zawarte w niej emocje: pięknej miłości, ogromnej tęsknoty i zrozumienia, powodowały, iż książka czytała się właściwie sama. Fajnym aspektem książki były również opisy pracy głównej bohaterki nad rzeźbami z papieru, papieru który sama tworzyła – takie bliskie było to robótkom ręcznym.

Dzisiaj obejrzałam też wspominany wyżej film. I … oczywiście książka była lepsza (chyba jeszcze nie zdarzyło mi się albo nie pamiętam żebym spotkała się ze zjawiskiem odwrotnym). Film spłycił wiele wątków i zagadnień powodując, w moim odczuciu, iż widz może nie rozumieć pewnych sytuacji czy relacji przyczynowo – skutkowych. Niemniej jednak z przyjemnością skonfrontowałam swoje wyobrażenia z czytania książki z filmem.

Jeśli o robótki chodzi to w rozjazdach bardzo tęskniłam za needlpointem zwłaszcza, że wspólny blog dotyczący tejże tematyki bardzo intensywnie rozwijał się w ostatnim miesiącu, a ja byłam zdana jedynie na podziwianie prac innych. Więc jak tylko wróciłam do domciu zaczęłam kontynuować mojego SALa. I…

Nie miała baba kłopotu to wybrała multikolorową perłówkę w dodatku anchora. A na inne kolory wybrałam madeire i dmc. No i ciężko bardzo dobrać kolory w tej samej tonacji jak na multikolorowej. Jak nici były w motkach to się człowiekowi – czyli mi – wydawało że kolory do siebie pasują, a jak przyszło do wyszywania lutowych elementów tych wewnątrz krzyża to zaczął się dramat i prucie. Najpierw fiolet okazał się za zimny, potem granat za ciepły wrrrrr myślałam że rzucę to w kiebieni treni. W końcu wyszyłam turkusową madeirą – czyli kolorem zupełnie nie moim no ale na razie pasuje więc nie narzekam. Pazurki poszły rayonem dmc (niezbyt szczęśliwa nitka do needlpointa bo ciężko ją utrzymać na wodzy napiętą no ale walczyłam mam nadzieję że efekt pozostanie do końca wyszywania ten sam :). No i przy rayonie naprawdę przydała mi się rada którejś z Was że lepiej się nią wyszywa kiedy jest nawilżona. W środku krzyża poszła madeira (3 nitki) w kolorze fuksji i multikolorowa metalizowana nitka guttermana taka w szpulce jak nici do szycia – bardzo cienitka więc cztery razem złożyłam. Jest piękna i w końcu znalazła zastosowanie w moich wyszywankach i myślę że będzie się jeszcze tu i ówdzie pojawiała w tym obrazku.


M.

18 kwietnia 2010

… u nich można a u nas nie …

Znowu okazało się jak bardzo w naszym kraju jesteśmy do tyłu – przynajmniej w temacie naszych hobbystycznych gadżetów. I ja już sama nie wiem czy to my jesteśmy hej do przodu czy o co chodzi… . Skąd te przemyślenia? Otóż wybrałam się wczoraj „na miasto” w Cantenbury (UK) – taka mała mieścinka turystyczna, w której moja kochana siostra postanowiła zamieszkać z rodziną. Obrałam azymut przede wszystkim na moją ulubioną pasmanterię, w której miałam nadzieję znaleźć różne fajne nitki do needlpointa – jeszcze 1,5 roku temu był tam duży wybór krenika i innych mniej lub bardziej włochatych nitek do haftu. Zachodzę, a tam haftowane akcesoria wciśnięte w kąt, z nici do wyboru jedynie mulina dmc, a pozostała powierzchnia sklepu zajęta przez materiały, maszyny i gadżety do patchworku – eeee. Bo Angielki zachorowały na szycie - to proszę bardzo my wam udostępnimy do tego niezbędne materiały. W drugiej pasmanterii podobnie. I to nie tak że trzy materiały do wyboru tylko całe bele w kolorach tęczy i o wszelakich deseniach, do tego tłuste ćwiartki zestawy malutkich kawałków i tego typu rzeczy o których my Polki wiemy z sieci – bo u nas kilka raczkujących sklepów internetowych a tu w małym miasteczku dwa (mi znane) wyśmienicie zaopatrzone w materiały sklepy – i gdzie tu sprawiedliwość. W zwykłych sklepach z prasą również gazet bez liku na ten temat. I kurde znowu mi się zrobiło żal bo dlaczego jest taka sprawiedliwość, dlaczego ja muszę płacić z przelicznikami walutowymi i z kosmicznymi często kosztami przesyłki kiedy wszędzie indziej na świecie babeczki mają do tego dostęp praktycznie od ręki i to z możliwością „pomacania”. Ehhh no to się pożaliłam znowu.
Przy zakupach materiałowych zakupiłam też guziki maści różnej a przede wszystkim bardzo niestandardowej u nas wielkości – są takie które mają po 3 mm :) i są przesłodkie. Wprawdzie sprzedawane są w działach ze skarpowymi gadżetami – ale kto mi broni przyszywać je do rzeczy które powstaną na maszynie – mam nadzieję niebawem :). Któraś z Was pisała ostatnio o chomikowaniu – chyba Ania Arkadija – tak tak ja też mam tą chorobę i aż czasami się sama z siebie śmieję – no ale co ja na to poradzę, nie chcę się z tego leczyć o!

Zaparłam się i skończyłam kota. Jak wspominałam w poprzednim poście drażnił mnie z deka materiał no ale udało się i można zacząć następnego i dzięki temu przybliżać się do końca projektu. Ehh ja mam nauczkę żeby nie ładować się w tak skomplikowane wzory – bo wbrew pozorom koty są wielokolorowe (kilkanaście w każdym miesiącu) i mają dobijające backstitche – wiem wiem powtarzam się ale czasem muszę ; ).

M.

15 kwietnia 2010

… morza szum … książki czar …


Kwiecień miesiącem intensywnego podróżowania – przede wszystkim naszymi kochanymi kolejami – jak pewnie wiecie jest to zawsze wielka przygoda, czy dojedzie, kiedy dojedzie i jak się przeżyje niezapomnianą wizytę w toalecie. Tak czy siak kilkadziesiąt godzin w pociągu w przeciągu kilku dni umęczyły mnie znacznie. No ale podróż ta najdłuższa była uwieńczona wspaniałym pobytem nad morzem. Kwietniowe morze bywa kapryśne, a precyzyjniej pogoda nad tymże. My jednak mieliśmy szczęście bo właściwie cały czas było piękne słonko czyste niebo a i wiatr bywał znośny. Także nawdychałam się jodu na cały rok.
Kiedyś obiecywałam Wam tutaj, że pokażę po co ja właściwie z każdej nadmorskiej wyprawy przywożę kilogramy kamieni plażowych – bo tym razem nie było inaczej, na szczęście koleżanka je przewiozła przez Polskę w bagażniku, więc nie musiałam ich ciągnąć w walizce uff. No to pokazuję łazienkę mojej przyjaciółki ozdobioną morskimi kamieniami – które w odróżnieniu od kamieni polnych mają cudowne opływowe kształty, a i dzięki temu mają też bajeczne kolory i struktury. Kamienie w tejże łazience znajdują się pod kibelkiem, oraz włożone w obraz na ścianie. Bardzo mi się ten pomysł podoba, zwłaszcza, że ozdób tych nie trzeba za często wycierać z kurzu.

We wspomnianej wyżej długiej podróży PKP pierwszy raz odważyłam się publicznie wyszywać, no i trzasnęłam prawie całą myszę jedną i dzięki temu nadrobiłam wielkie mysie zaległości. Tylko oczy potem tak bolały że już czytać nie dałam rady : ( ale czego się nie robi … niestety nie sfociłam pkpowej myszy ponieważ miałam mało czasu między podróżami a bardzo zależało mi na tym żeby pomknęły dalej.

Tu w UK (bo to kolejna kwietniowa podróż) mam szczytny plan wyszyć dwa koty i przedostatnią mysz. Wczoraj męczyłam kota na jakimś liczonym materiale – może to już przemielony w rękach Unimil albo coś w ten deseń, w każdym razie bardzo źle mi się na tym haftuje, krzyżyki są duże i niezgrabne … no ale większą połowę kota mam za sobą, a następny będzie już na kanwie.

A na koniec o bardzo fajnej i lekkiej książce praktycznie na jeden wieczór lub na kilka przejazdów autobusem – uprzedzam jedynie, że czytanie jej w miejscach publicznych może pociągać za sobą zdziwione i podejrzane spojrzenia, ponieważ książka jest bardzo zabawna i tak dobrze napisana, że czytelnik wchodzi w nią tak że nie panuje nad chichotem w trakcie. A piszę o książce Magdaleny Kordel „48 tygodni”, która jest napisana w formie nieregularnie prowadzonego pamiętnika kobiety w średnim wieku. Konfrontuje się ona z bardzo normalnymi sytuacjami, jak to w życiu - chciałoby się powiedzieć, jednak życie to i wydarzenia w nim występujące, opisuje w tak lekki i przystępny sposób, że miałam wrażenie jakbym gadała z przyjaciółką przy dobrej kawusi. Polecam serdecznie, zwłaszcza na ciężkie nastroje i nasze „ciężkie życie” :).
M.

9 kwietnia 2010

... tadam ...

Jak się spotyka fajnych ludzi to wychodzą z tego zawsze fajne rzeczy … i tak było też na naszym przypadku – spotkałyśmy się kilka tygodni temu z Anią i Agnieszką i postanowiłyśmy stworzyć wspólnego bloga, co natychmiast zresztą uczyniłyśmy. Kilka tygodni zajęło dopracowywanie idei, pomysłów i zamysłów. Graficznie pomogła nam i mam nadzieje że nadal będzie naszym wsparciem Ania – dziękuję Wam dziewczyny :)


ZAPROSZENIE

Niniejszym chciałybyśmy zaprosić Was na nową stronę/ blog/ poświęcony needlepointowi, a zainspirowany zabawą SAL Stitch of the Month autorstwa Sue Reed.
Oryginalne publikacje można śledzić na stronie stowarzyszenia American Needlework Guild. Na naszym blogu znajdziecie tłumaczenia, porady, praktyczne odwzorowanie projektu w praktyce.

Docelowo blog ma gromadzić osoby zainteresowane needlepointem w każdej postaci. Rozpoczęta zabawa ma służyć poznaniu techniki, ściegów, rodzajów nici, tkanin i akcesoriów. Jak sobie ułatwiać pracę, jak nie utrudniać, jak czasem nie warto iść na skróty bo potem trzeba pruć. Jak sobie radzić przy naszym ubogim polskim rynku pasmanteryjnym i jak to robią inni.

Ideą bloga jest, że kilka osób wyszywa ten sam projekt. Na początek, wybrałyśmy coś co nas zaciekawiło. Mamy już pomysły na następne zabawy, ale czekamy na was, bo to ma być nie tylko nasz ale i Wasz blog.

Zachęcamy nie tylko do uczestnictwa w zabawie ale i do współtworzenia bloga! Chciałybyśmy, aby nabrał charakteru prawdziwego SAL-a, gdzie poza naszą trójcą, prace i postępy prezentować będą również inne uczestniczki/uczestnicy zabawy.

Zapraszamy do odwiedzin i konstruktywnych uwag
http://polskineedlepoint.blogspot.com/

Yenulka & Madziula & Aploch


21 marca 2010

… coś szybko czas zasuwa …

Kurcze nie sądziłam, że tak długo mnie tu nie było, a tym samym, że w robótkach mam marne postępy niestety. Nie oznacza to oczywiście że nic nie robię w tym względzie, bo wyszywam zaległe myszy RR – mam już praktycznie 3 z 4 które u mnie utknęły. Ale powiem Wam, że to że się porobiły korki i że trzeba takim hurtem wyszywać nie daje przyjemności, tym bardziej że serce rwie się do needlpointa i patchworku i frywolitki. No ale zrobię i będzie zrobione a potem hajda – jak mówią niektórzy – w kochane rejony sobótkowego świata. Zdjęcia jakoś tak nie po kolei wyszły ale nie ma to teraz większego znaczenia. Ania Aploch ta mysza z tablicą jest Twoja – zobacz jak mi się zamaniło zmienić wzór żeby był taki zindywidualizowany Twój – widzisz o co chodzi??
Świat za oknem niemrawy więc ostatnio zupełnie wbrew sobie zażyczyłam od męża frezje – kojarzą mi się z pięknym delikatnym zapachem, którego bardzo było mi trzeba jako tymczasowego substytutu wiosny. Pojawiły się też cudowne czerwone róże – również od męża – z okazji szczególnej :) i natchnęło mnie żeby i je jakoś nietypowo uwiecznić. Chciałabym kurcze mieć lepszy aparat, który można by było fajowo poustawiać, żeby makra wychodziły jeszcze bardziej „artystycznie”, no ale może kiedyś i taki się zakupi.



W celu zaklinania wiosny w ciągu dalszym (wianek, kwiatki) postanowiłam zakupić piękne, multikolorowe wisiory. Ten okrągły jest mniej więcej dwa razy większy od tego drugiego. Oba mają cudowne połączenia kolorystyczne – takie tęczowe, które uwielbiam najbardziej, a wykonane są przez Jamajke.



Chciałam też pochwalić się ostatnio nabytymi książkami. Tę ostatnią kupiłam dzięki Ani, która mi o niej opowiedziała wyrażając przy tym pełen zachwyt – ja również polecam tę książkę, zwłaszcza dla tych, które uwielbiają jak ja oglądać czytać oglądać czytać i czasami się też zainspirować tym co obejrzały lub przeczytały. Dwie pierwsze książki, to prezent od mojej kochanej szwagierki, która wypatrzyła na multiply moją prośbę. A że nie za bardzo jest w temacie, to ściągnęła mi, chyba z USA, książki, które w sieci uchodzą za biblie tego haftu. Pierwsza rzeczywiście zawiera masę ciekawych i przydatnych ściegów (niestety posiada tylko czarno białe zdjęcia), druga natomiast jest bardziej historyczna i zawiera bardzo elementarne rzeczy, ale wiecie chomika wszystko co związane z tematem bardzo cieszy :).

A na koniec chciałam pokazać, może ku inspiracji, co zrobiłam z moimi ukochanymi szalikami, na które idzie sezon jeszcze większy niż był zimą, a których, z racji małej ilości szafek i innych takich, nie miałam gdzie trzymać. Otóż wykorzystałam druciany wieszak z pralni, który wykręciłam i wygięłam tak aby dobrze go było zaczepić na drzwi sypialni, zaczepiłam na niego szaliki i nie dość, że mam do nich łatwy dostęp to jeszcze dają fajny efekt kolorystyczny zdobiąc drzwi : ). Bo w małym mieszkaniu każdy kącik trzeba z głową zagospodarować … rad niewola (choć ja wolę puste przestrzenie, ale przy 42 metach to nie jest zbyt funkcjonalna opcja – przestrzenie hi hi).
M.

28 lutego 2010

… kolorowe szaleństwo …

Oj strasznie mi się chce wiosny, a w związku z tym próbuję jak mogę używam kolorów w swoim stroju i swoim otoczeniu. Żeby odetchnąć od tej szarości, brudu i brakiem słońca. Dzisiaj przy porannej kawie oglądając Wasze blogi natknęłam się na wianek Marysi. I to on mnie zainspirował do zupełnie spontanicznego zrobienia swojego wiosennego wianuszka na drzwi. Zajrzałam też na tutorial Kasiorki no i poszło. Miałam niewielkie gazety (katalog pewnego sklepu wysyłkowego ubraniowego) z którego zrobiłam podstawę, wg. zaleceń wszystko wzmocniłam taśmą malarską i owinęłam jakąś marna białą tkaniną żeby wyrównać kolor. Następnie przejrzałam pudło z nowymi materiałami i zdecydowałam że podstawową bazą kolorystyczną będzie materiał w szalone koty, do niego dobrałam jeszcze kilka innych tkanin, pocięłam je na cieniutkie paseczki i na kółka. Kółka to właśnie Marysina inspiracja, aczkolwiek ja zamiast różnej wielkości kółek albo je marszczyłam albo wycinałam „płatki”. Środki kwiatków stanowiły koraliki (obiecany pokaz mojej kolekcji niżej), które przy okazji zakrywały nitkę ściągającą płatki i mocującą do wianka. Całość prac zajęła ponad godzinę. Efekt mi się bardzo podoba bo ożywia mój przedpokój i przypomina że to już tuż tuż i wiosna będzie (oby…).
Koraliki które tu pokazuję, to efekt maniackiego zbieractwa jakieś dwa, a może i trzy lata temu, kiedy to koraliki były potrzebne przede wszystkim do frywolitek. Nadmienić należy że w większości przypadków potrzeby te zostały jedynie w sferze wizji, no ale chomikowanie sobótkowe jest nieuleczalne jak same wiecie i wcale nie boli więc … koraliki mam : ). Aby koraliki mogły być używane do frywolitek (przeze mnie) musiały mieć odpowiednio duże oczka tak aby najcieńsze szydełko dostępne w Polsce wraz z nitką przeszło przez ten koralik. Na idealne natknęłam się w warszawskim empiku, gdzie kiedyś były takie super stoiska z akcesoriami do robótek ręcznych (to te w okrągłych pojemniczkach) pozostałe to efekt wymianek, innych zakupów czy też odzysku ze starych ubrań (zwłaszcza zagramanicznych, czytaj amełykańskich, które z uporem maniaka były kiedyś ozdabiane tonami koralików). I tak oto mam niezłą kolekcję, którą nadal mogę używać do frywolitek tak jak to miało miejsce kiedyś, albo do innych szychowych wizji. I jaki z tego wniosek – na wszystko przyjedzie czas – więc chomikowanie jest super!!

p.s. Aniu chciałam Ci powiedzieć ze ja robię myszy …

M.