20 września 2014

... zechciało się jakoś ...

To tak zwany odskocznik od wielkoformatowych plam krzyżyków, które jeszcze przez jakiś czas nie będą nic przypominały. Nie wiem co mi strzeliło, żeby sobie zafundować takiej wielkości krzyżyki - nie powiem było męcząco, zarówno jeśli chodzi o trafianie w odpowiednie nitki to również przechodzenie kilkukrotnie igłą przez daną dziurkę.



Wyszywałam na Newcastle Linen Flax o rozmiarze 40 ct.


W moim przypadku nie dało się tego zbyt intensywnie dlatego zajęło mi to prawie cały tydzień. Dzisiaj skończyłam maczka, obkonturowałam , sfociłam przyłożyłam do wisiora i jakoś naszło mnie żeby jeszcze trochę podziałać. I tak powstały jeszcze dwa pączki.



A potem jak dla mnie stała się rzecz niewiarygodna - od razu wykończyłam wisior, przyklejając wypychając i doprowadzając do sedna sprawy. (moi znajomi wiedzą, że ja robótkę mogę skończyć, ale żeby wykończyć, oprawić to już jest dla mnie najcięższy etap tworzenia - i sama nie wiem dlaczego tak się dzieje :( ).

M.

20 czerwca 2014

... diamentowo ...

... i kolorowo mi. Przynajmniej na gruncie robótkowym, może i przeniesie się na inne sfery ta kolorowość. Ale co tam do rzeczy. Zakochałam się od pierwszego wrażenie w tak zwanym "diamond cross stitch", cudo, którego zawsze chciałam spróbować, gdzieś kiedyś kilkukrotnie obiło się o uszy, a teraz zobaczyłam to u koleżanki blogowej i postanowiłam spróbować. Dostałam namiar na Chińczyków i dawaj wybierać co bym chciała, na szczęście nie było to zbyt trudne, bo akurat u tego sprzedawcy większość przaśnych i nie w moim stylu obrazów było. Trafiłam za to na obraz na podstawie dzieła mojego ulubionego malarza Leonida Afremova:


Zamówiłam i czekałam, myślałam że ponad miesiąc zejdzie a tu niespodzianka - po półtora (nie półtorej) tygodnia przyszła przesyłka. A ja akurat nie mogłam się nią od razu zająć bo miałam inne ciekawsze zajęcia.
No ale i na to przyszła pora. W skład zestawu wchodziły diamenciki w 68 kolorach:


Każdy diamencik ma około 2 mm:


Poprzerzucałam jej do strunowych oznaczonych woreczków (kolory diamencików takie same jak kolory mulin DMC) i posegregowałam je numerami żeby jakoś ogarnąć to wszystko:


W zestawie jest pęseta i  pojemniczek jeden jedyny na trzymanie używanych w danej chwili diamentów (nie przydatny dla mnie za bardzo). No i jest oczywiście obraz:


Sam obrazek ma 40 na 50 cm plus margines jak widać. Na marginesie jest legenda kolorystyczno obrazkowa:


Którą sfociłam i wydrukowałam żeby nie rozwijać za każdym razem dołu obrazka. Sam schemat jest bardzo czytelny:

Wszystko jest wydrukowane na takim jakby plastikowym płótnie i zakryte taśmą obustronnie klejącą, do której to przykleja się diamenciki. Wszystko zalatuje chińskim butaprenem więc doznania węchowe są zacne, na szczęście tylko przez moment po odklejeniu kawałka folii zabezpieczającej.
Bo wspomnianą wyżej wartswę ochronną odkleja się po kawałku (po prostu odcinam kawałek po kawałku. Ja jednego dnia (może 3 godziny bo na więcej plecy nie pozwalają, bo jak się domyślacie pozycja przy tych maleństwach nie jest najwygodniejsza i najzdrowsza) zrobiłam tyle:


I cóż mogę powiedzieć, chyba bardziej upierdliwa to robota niż nawet najmniejsze krzyżyki (pewnie dlatego że do krzyżyków przyzwyczajona jestem), ale sprawiająca dużo frajdy. Kolory diamencików są intensywne i jeszcze ich szlif daje efekt przestrzeni. Trzeba pilnować, żeby nie łapać skosów i dociskać co jakiś czas odpowiednio diamenty do siebie. I tak jeden za drugim pęsetą lecimy do przodu, mając często pojedyncze symbole obok siebie.


Na zdjęciu wyżej widać mój wynalazek, znaczy udogodnienie mojego pomysłu z zastosowaniem origami. Robię malutkie pudełeczka z kartek do których przesypuję koraliki które obecnie są mi potrzebne, dzięki temu nie muszę za każdym jednym czy dwoma diamentami otwierać strunówek. Docelowo wszystkie kolory będą w takich pojemniczkach. Jakbym składała majdan łatwo je złożyć i schować do pudełka.

M.

6 czerwca 2014

... dzieje się dzieje ...

 ... o tak napieram mocy pisalniczej i obym nie zapeszyła. Czas relaksu wypełniony jest po korek i czasami nie wiem w co ręce włożyć. Ale ten odcinek zaległości poświęcony będzie Bibliotece.
Nie wiem czy obserwuje same mniejsze wersje czy ja mam zwolnione obroty w krzyżykowaniu czy mam olbrzyma i po prostu nie widać tak szybko efektów ... ale nie poddaję się o nie!! Biblioteka sprawia mi wiele radości i już nie mogę się doczekać, kiedy dojdę do bardziej kolorowych i magicznych fragmentów. Więc mam motywator i chęci nadal :)

Poniższy fragment to lekko ponad 2 strony wzoru czyli jakieś 9000 krzyżyków za mną dla zdrowia psychicznego nie będę wyliczała ile zostało do końca :)
Zdjęcia poniżej robione z różnej wysokości bo jak to bywa w tego typu kolosach inny efekt daje zdjęcie z bliska inny efekt z daleka.



No i dzisiaj po wyszyciu kilku tysięcy krzyżyków mogę też powiedzieć o nowym urządzeniu, które dostałam od Basi. 

To coś umocowuję się między udami, dzięki czemu trzyma tamborek w pionie i nie musimy angażować rąk. A zważywszy kawał materiału który wisi z boku to duże odciążenie nadgarstków. Napięcie materiału utrzymuje się na zadawalającym poziome dosyć długo, choć naciąganie nie jest zbyt przyjemne. Niestety dużą wada ustrojstwa jest to że śruby nie spełniają swojej funkcji zbyt dobrze. Pierwsza padła śruba mocująca panel mocujący przytwierdzony do "nerki" musieliśmy z mężem przykleić na amen, na razie się trzyma. Druga śruba to ta widoczna po prawej stronie, która blokuje prent z tamborkiem. I tą średnio co kilkanaście minut trzeba dokręcać bo jest śrubą drewnianą i nie trzyma dobrze ciężaru tamborka z takim kawałem materiału. Będę musiała pomyśleć nad zamontowaniem jakieś metalowej, może lepiej trzymającej. No i nie mogę mieć gołych nóg bo się skóra przykleja do lakierowanego drewna. 
Ale mmo tych kilku wadliwych drobnostek sprzęt jest świetny i mam nadzieję, że będzie m służył do końca Biblioteki. I na szczęście mam też ten kwadratowy tamborek ze stojakiem jak coś.
Na zdjęciach wyżej widać nitki z zaczepionym karteczkami:



To mój sposób na to żeby nie rozmontowywać, za każdym razem zakańczania nitki, tamborka. Bo strasznie to opóźnia pracę i wkurza. A tak od czasu do czasu zakańczam kilka i już. A czasem zdarza się że nagle, znienacka pojawi się niezauważony symbol i można taką czekającą na zakończenie nitkę wykorzystać :)

Na koniec prześliczna róża, którą dostałam od uczennicy, uchwycona w obiektywie z kropelkami wody. Zawsze chciałam zrobić takie zdjęcie i się udało. 
To dla Was moich czytelników :)


M.

2 czerwca 2014

... tajemnice ...

Ostatnimi czasy mam szczęście do dobrych kryminałów tudzież książek pełnych tajemnic. Jedną z nich była kolejna książka Renaty Kosin "Tajemnice Luizy Bein".

 
Źródło: www.google.pl
Autorka wcześniej popełniła dwie książki o tematyce bardziej obyczajowej. "Tajemnica Luizy Bein" to książka z dreszczykiem, lekko kryminalna, ciekawie detektywistyczna. 

Bardzo nie lubię opisywać fabuły, bo o tym całe internety piszą dlatego ja trochę inaczej postąpię.

Pierwsze wrażenie jakie miałam przy lekturze to świetne przygotowanie autorki do pisania tej książki, rzetelność i dbałość o każdy szczegół emanowała i sprawiała, że lektura była bardzo interesująca. Miałam poczucie, że zostałam jako czytelnik zaopiekowana i rozpieszczona. Aż wręcz myślałam, że wszystkie szczegóły były przygotowywane przez sztab pomocników. A wierzcie mi smaczków i niuansów o różnej tematyce jest mnóstwo, bo i pociągi, i geografia, i kapelusznictwo, już o obrazach biblijnych nie wspomnę (i nie, nie książka nie jest święta :)). Tak mnie ta rzetelność zafascynowała, że skorzystałam z możliwości i zadałam o to pytanie autorce w wywiadzie stworzonym u Joli.
Postacie są świetnie skonstruowane, bez przesady w żadnym kierunku. Ona młoda, szalona i nie widząca problemów w wielu sytuacjach. On starszy, poważniejszy z zupełnie innym temperamentem chodzący w robionych na drutach kamizelkach wątłej urody. Jest jeszcze wielu innych bohaterów oczywiście, są też pięknie zobrazowane miejsca, jest trochę historii tej prawdziwej, bądź tak zaabsorbowanej do książki, że prawdziwą się wydaje :)
Jestem dosyć wybrednym  czytelnikiem i to nie z powodu wielce wyrafinowanego gustu, ale uważam, że mamy za mało czasu wolnego i w ogóle za mało życia na słabe książki dlatego nie każda mi podpasowuje. "Tajemnice Luizy Bein" jest taką książką, która wciąga od pierwszych kartek i nie odpuszcza, aż do końca. Miałam tylko stres wielki, że może autorka wpadła na szalony pomysł, żeby nie skończyć historii w tym tomie - ohhh jak ja nie lubię książek w częściach, na które muszę czekać kolejne wiele miesięcy. Na szczęście książka ta ma początek, rozwinięcie i zakończenie. I z nadzieją wyglądam następnej książki Renaty Kosin, może będzie i Ona i On też.

na okładce można przeczytać:
Na starówce w warmińskim miasteczku archeolodzy odkrywają cmentarzysko mnichów. Pośród zakonników znajdują szczątki kobiety w wianku ze srebrnych róż i z dzieckiem w objęciach. Okazuje się, że to Luiza Bein, dziedziczka i filantropka, której grób dotąd pozostawał nieznany. Ale kim jest dziecko? Kobieta miała tylko jednego syna, który dożył sędziwego wieku… Młoda dziennikarka postanawia wyjaśnić tę zagadkę. Aby odszukać potomków Luizy, skieruje swe kroki do Szwajcarii. Wraz z młodym i przystojnym Alexandrem Beinem odkryje wiele tajemniczych kart historii tej rodziny…
Pierwszy rozdział możecie też przeczytać tu:  "Tajemnic Liuzy Bein", zachęcam również do zajrzenia na blog autorki Renaty Kosin.

KSIĄŻKĘ POLECAM Z CZYSTYM SUMIENIEM :)
M.

5 maja 2014

... czas rozstrzygnięć ...

Nie pisałam tego wcześniej, ale to że moja siostra będzie jurorem i właściwie główną bohaterką konkursu było dla niej niespodzianką. Czekała na każdy Wasz komentarz :)
Z drugiej strony miałam wrażenie, że konkurs był za trudny, wymagał za dużo pracy ... tym bardziej dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w tym wyzwaniu.
Jak pisałam wcześniej decyzje podejmowała Ela, choć nasza mama i ja też wybrałabym tą samą zwyciężczynię.
Wygrała EDYTA CHMURA gratulacje!

Oto uzasadnienie Eli:
Komentarz Edyty Chmury przemówił do mnie na wielu płaszczyznach, po pierwsze lubię książki dramatyczne, poruszające, o umieraniu, miłości, a Edyta w pierwszej kolejności poleciła książkę, która odwiruje mnie ;)  już się nie mogę doczekać. Po drugie kolejny temat rozmów z siostrą jest motywujący. Po trzecie  ujmująca i rozbrajająca była filozofia wywiezienia polskiej książki za granicę i potraktowanie jej jako zagraniczną jest THE BEST. Tym bardziej, że niebawem wybieram się do Anglii i będę miała okazję przetestować ten sposób :)
 
Dodam tylko od siebie, że ze wszystkich komentarzy spisałam tytuły książek i wrzuciłam je na swoją wish listę :)

M.

18 kwietnia 2014

... polskie czytanie ...

Uwielbiam czytać, wprawdzie nie wszystko co mi wpadnie w ręce, niemniej jednak potrafię już dobrać sobie tak książki, że prawdopodobieństwo zawodu w trakcie czytania było jak najmniejsze. Nasza rodzima literatura na szczęście jest różnorodna, a dzięki temu zaspokajająca i moje gusta. Uwielbiam pasjami czytać powieści polskich pisarek (to pewnie już wiecie), nie będę tu wymieniać wszystkich nazwisk bo nie chciałabym, żeby wymienianka uznana została za jakiekolwiek klasyfikowanie. 
Niestety w przeciwieństwie do mnie moja siostra Ela, jak tylko widzi polskie nazwisko na okładce książki, którą jej podsuwam od razu z miejsca jest na nie!! Dlaczego? Sama nie potrafi powiedzieć, tak po prostu. Wrrrr włosy mi się jeżą wszędzie gdzie się da jak to słyszę no ale cóż ...

I tu mam prośbę, a właściwie KONKURS dla Was. Chciałabym, żebyście w max. 10 zdaniach zachęcili Elę do czytania polskich pisarek (najlepiej będzie omijać szerokim łukiem sf, fantasy i horrory).

Wygraną w konkursie jest najnowsza książka Renaty Kosin "Tajemnice Luizy Bein". Mam tą przyjemność znać autorkę osobiście i z wielką radością obserwuję jej poczynania pisarskie. Dwie poprzednie książki "Mimo wszystko Wiktoria" i "Bluszcz prowincjonalny" były świetne. "Tajemnice" są zupełnie inne ... ale ciekawe i wciągające na maksa ... i więcej nie napiszę sami musicie przeczytać :). A żeby jeszcze bardziej zachęcić do zabawy opis z okładki:

Na starówce w warmińskim miasteczku archeolodzy odkrywają cmentarzysko mnichów. Pośród zakonników znajdują szczątki kobiety w wianku ze srebrnych róż i z dzieckiem w objęciach. Okazuje się, że to Luiza Bein, dziedziczka i filantropka, której grób dotąd pozostawał nieznany. Ale kim jest dziecko? Kobieta miała tylko jednego syna, który dożył sędziwego wieku… Młoda dziennikarka postanawia wyjaśnić tę zagadkę. Aby odszukać potomków Luizy, skieruje swe kroki do Szwajcarii. Wraz z młodym i przystojnym Alexandrem Beinem odkryje wiele tajemniczych kart historii tej rodziny…

Pierwszy rozdział możecie też przeczytać tu:  "Tajemnic Liuzy Bein", zachęcam również do zajrzenia na blog autorki Renaty Kosin.


REGULAMIN KONKURSU czyli co zrobić aby wygrać książkę "Tajemnice Luizy Bein":

1. W komentarzu należy max. w 10 zdaniach zachęcić moją siostrę do przeczytania jakiejś książki polskiej autorki.
2. Udział w konkursie biorą tylko te osoby które:
- wykonają punkt 1.
- podadzą adres email - w komentarzu (może być antyspamowy, ale żebym odszyfrowała ;)) lub bezpośrednio do mnie na e-mail wyślą nick/imię nazwisko pokazujące się przy komentarzu.
- adres wysyłki mają na terenie Polski.
3. Wyborem najbardziej zachęcającej ją wypowiedzi zajmie się rzeczona Ela - moja siostra, ponieważ to ją chcę za waszym pośrednictwem przekonać do czytania polskich pisarek. 
4. Konkurs trwa od 18.04.2014 do 30.04.2014 do 24.00.
5. Ogłoszenie zwycięzcy nastąpi 5.05.2014 roku nie wcześniej niż o 18.00. Jeśli po ogłoszeniu wyników, w ciągu 7 dni Zwycięzca nie skontaktuje się ze mną (nie odpowie na mojego maila), zostanie wybrana następna osoba. Kontaktować się będę na podany adres e-mail (patrz punkt 2.
6. Będzie mi bardzo miło jeśli pomożecie mi w rozpowszechnieniu informacji o konkursie na swoich blogach czy fejsbukach, jednak nie jest to wymóg konieczny konkursu.

Cóż pozostało mi ŻYCZYĆ DOBREJ ZABAWY I POWODZENIA !

M.

18 marca 2014

... nie, nie ...

... ja nie obijam się absolutnie :)


Biblioteka to moja wielka obecna miłość i tadam skończyłam pierwszą ze 168 kartek tralalala zostało mi mniej więcej 168 miesięcy wyszywania w takim tempie :) To daje z zapasem na inne miłostki jakieś 15 lat pracy nad Biblioteką. 


Najbardziej mnie dobijają pojedyncze krzyżyki, które występują masowo i czasem parkowanie nie idzie z pomocą, bo kolejny krzyżyk jest hen hen za daleko. I to takie właśnie sytuacje zniechęcają z deka wiecie jak jest. 


Jakiś czas temu pożyczyłam od Ani (kochanej zresztą) małe plastikowe krosno. Sprawdza się nieźle, nie muszę przynajmniej trzymać tego kawału materiału na ręcznym tamborku. 


Musiałam się nauczyć rozpoczynania nitki na prawej stronie, bo machanie tamborkiem przy początku nitki doprowadzało mnie do szału. Niestety zakończyć nie mogę po prawej, znaczy nie umiem, bo krzyżyki są takie małe, że nie dam rady pod nie wbić nitki więc zakańczam z tyłu (używając różnych technik).



Cały czas mam nadzieję że prześwity, które są znikną kiedy za naście lat upiorę obraz ... ciężko mi wyobrazić te kilkanaście lat wyszywania go, może jakimś cudem uda mi się szybciej. Ale jak może być szybciej jak jest jeszcze patchwork, koraliki i jeszcze jedno cudo w którym się zakochałam na zabój (ale o tym kiedyś indziej napiszę) i jeszcze książek mi się chce ... DAM RADĘ prawda??

M.

14 lutego 2014

... ustawiam ...



Powoli acz sukcesywnie ustawiam swoją bibliotekę. Już pisałam o niej tutaj, ale był to mały falstart ponieważ okazało się, że kawałek materiału, który posiadam jest o 3 cm z jednej strony i jakieś 6 cm z drugiej strony za krótki. Jak zapewne się domyślacie, czarna rozpacz przysłoniła mi oczy, no bo jak to tak bardzo chcę a nie mogę wyszyć. No nic telefon do zaprzyjaźnionej klientki jednego ze sklepów, pewne niedomówienia bo w swej rozpaczy chciałam lagunę zamówić a nie luganę no ale dogadałyśmy się i pod koniec tygodnia nowy kawał materiału dotarł do mnie.

Wyszywam na Luganie 25ct jednym pasemkiem muliny. Sam obrazek będzie miał 98/70 cm + naddatki to wychodzi porządny i dosyć ciężki kawał materiału do dzierżenia w dłoniach. Ja wyszywam na tamborku na razie okrągłym zobaczymy czy potem nie przerzucę się na prostokątny. I przy tak wielkich obrazkach zaczynam się zastanawiać nad krosnem.

W związku z tym, że obrazem mnie wciąga i bardzo ciekawi co dalej co dalej to wyszywam go w każdej wolnej chwili, przez co motyle popiskuje niedoszyty jeszcze do odwłoka, narzuta Sylwii leży i już kwiczy nie tylko popiskuje, a ja wyszywam. Tydzień temu mniej więcej po tygodniu wyszywania było tak:





W tym projekcie przyjęłam jeszcze inną strategię wyszywania. Wyszywam wersami, teraz w wersie mam 5 kolumn na innych kartkach będzie 6 kolumn. I wzorując się na sposobie podpatrzonym u Aploch wycinam sobie wers wzoru i przypinam magnesem do tkaniny na której wyszywam, w praktyce wychodzi mi że maksymalnie sklejam potem ze sobą trzy wiersze, choć najczęściej kiedy doklejam trzeci pierwszy już usuwam bo jest cały wyszyty.


Sposób ten powoduje, że mam przed oczami zarówno wzór jak i miejsce w którym wyszywam i jest mi się łatwiej skupić, po drugie nie parkuję nitek tylko będąc już pod koniec danego wersu doklejam następny, żeby skończyć nitkę dalej. I idzie, wydaje mi się, bardziej sprawnie niż przy trzymaniu schematy na podkładce magnetycznej i konieczności ogarniania wzrokiem w danym momencie większej ilości kartki ze wzorem.
Na dzień dzisiejszy nie skończywszy jeszcze jednej strony wzoru mam tyle:





M.

3 lutego 2014

... motylem będę ...

nieskromnie powiem że strasznie mi się podoba to zdjęcie :)

Musicie przyznać, że motyle to jedne z bardziej niesamowitych i pięknych stworzeń na ziemi. Ja ostatnio zachwyciłam się również tymi, którymi można ozdobić marynarkę sweter czy inne takie. I oczywiście nie mam tu na myśli tych biedactw w gablotach nabijanych na szpileczki.
Koralomotylam zaraziła mnie Danuśka, która jako pierwsza w moim otoczeniu motyle zaczęła wyplatać i dzięki temu, że było je można pomacać i zobaczyć na żywo wpadłam na amen.


Od razu rzuciłam się na głęboką wodę i zaczęłam od 15stek czyli tych mniejszych koralików. pierwsze kilka godzin nie było najłatwiejsze bo dodawanie koralików  peyocie do najłatwiejszych nie należy. A potem mnie olśniło, że znacznie łatwiej i szybciej jest robić od połowy robótki peyotując najpierw w jedną stronę, potem odwracając robótkę szyć w drugą. Dzięki temu nie ma problemu z dodawaniem koralików a gubieniem co jest znacznie przyjemniejsze. Tak oto powstała moja osobista wariacja kolorystyczna Rusałki pawika - bo ja nie lubię brązów, a dokładnie powstały wszystkie części skrzydełek. 


Boję się strasznie tułowia czy odwłoku już nie pamiętam jak to leciało na biologii. Ale na pewno będę próbować i niebawem pokażę moją Rusałkę przypiętą do jakiegoś swetra :)




M.

20 stycznia 2014

… pierwsza miłość …

… nie rdzewieje i to jest prawda. Pierwszą miłością robótkową są krzyżyki i obojętnie jak długo bym się nie wyszywała, kiedy wracam do krzyżyków czuję, że krzyżyki uwielbiam. Tak więc maszyna znowu odpoczywa a ja szaleję krzyżykowo w tej chili na tamborku trzy prace. Tak, tak aż trzy bo po co się ograniczać – życie jest za krótkie.

Sampler
Tu chyba widać najlepiej postępy pracy ponieważ wzór geometryczny jakoś szybciej przybywa. Jest świetnym relaksem pomiędzy plamami kolorowych krzyżykach na dwóch pozostałych pracach. Robi mi się go świetnie, zwłaszcza wtedy kiedy jestem bardziej zmęczona i nie muszę się mocno skupiać na wzorze.


Marzenie
O tak zacny obrazek, tylko że mimo iż poczyniłam pewne starania – zaczęłam od środka wzoru żeby było bardziej kolorowo i mniej monotonnie – to utkwiłam w zielonej plamie pierdyliona odcieni. A w związku z tym postępy nie są tak widoczne, ale to nic nie poddaję się, chociaż to co jest na trzecim tamborku może przyćmić trochę mój zachwyt marzeniem. 


Robiąc zdjęcie porównawcze efektów pracy uzmysłowiłam sobie, że koraliki tak mnie wessały że ja ponad 4 miesiące nie krzyżykowałam Marzenia - skandal!


Biblioteka
Zupełnie nowy wzór, który jak tylko po zakupie pojawił się na moim komputerze nie dawał mi spokoju, z żadnym innym (poza Marzeniem) tak nie miałam. I mimo, że to szalony pomysł zaczynać kolejnego olbrzyma to zaczynam. Dzisiaj postawię pierwsze krzyżyki. Mam już skompletowane mulinki, zostało obszyć materiał, aby zapobiec strzępieniu się i hajda. 



Dlaczego ten obraz mi się tak spodobał, Ci którzy znają mnie bardziej pewnie bez problemu by zgadli – ponieważ jest kwintesencją tego co naprawdę kocham – tęczowych kolorów, książek i krzyżyków :). Dane o obrazku we wpisie poświęconym tylko Bibliotece.

M.