31 stycznia 2012

… wbrew aurze …

Wbrew aurze ja pracuję nad promykami słonecznymi i nie mówię tu o afirmacji plaży ze słońcem i lazurową wodą. Szyję narzutę o której wspominałam tutaj. Już mam uszyte i zszyte wszystkie słoneczkowe ćwiartki. Każda jest inna w sensie powtarzalności tkanin, natomiast jeśli chodzi o powtarzalność wzoru kilka się dubluje. Z niepełnych słonek powstał już środek narzuty. Ale zanim o tym (w następnym pewnie wpisie) to chciałam Wam pokazać te moje promyki, tak żebyście też mogły z dobrej ich energii skorzystać. Nie bardzo widać że niektóre materiały są brokatowe - kupione przypadkiem, zauważone przy rozpakowywaniu koperty ze stresem, ale suma summarum super komponujące się z motywem.


Bardzo „fajna” kilkugodzinna zabawa z odrywaniem papieru. I dziękowałam sobie, że wpadłam na pomysł szycia na papierze śniadaniowym (nomen omen najtańszym) bo nie było tragedii w usuwaniu tego papieru, zwłaszcza na dużych płaszczyznach. Mniejsze płaszczyzny pokonywałam z użyciem mojej szychowej pęsety. Oczywiście dzielnie pomagał mi i znacznie przyśpieszył pracę mój monż. Za co niniejszym jeszcze raz mu dziękuję (jeśli jacyś menżowie jeszcze nie wiedzą że to fajnie pomagać swoim paniom w robótkowaniu niech się ogarną i dowiedzą).


Na chwilę obecną mam już uszyte 2/3 góry, może jutro między umysłowymi pracami zszyję resztę i będzie grupowe kanapkowanie (bo Ania też się szykuje przecież).

A dwa ostatnie dni frapuje mnie robienie sznurka koralikowego na szydełku … i nadal mnie frapuje bo nie wychodzi … ale na razie się nie poddaję. O!

M.

28 stycznia 2012

… i pstro …

Obiecałam sobie, obiecałam Wam, że będę pisała często … a tu patrzę ponad dwadzieścia dni temu ostatni wpis. I ja się pytam kiedy to zleciało …
Co ja w tym czasie robiłam w swoim wolnym czasie, którego było nie za wiele? Zatęskniłam za swoim wieńcem, nie za dużo poszło do przodu ale poszło w ogóle. Biała nitka nie sprzyja zwiększaniu zapału do krzyżykowania, ale na szczęście można żonglować innymi kolorami.

Jak wyciągnęłam robótkę objawił mi się ogrom zanieczyszczeń pracy, aż mi wstyd. Choć wcale nie dziwne kiedy wyszywałam i w pociągu i na plaży i w czasie podróży wakacyjnych … także światowy ten mój obrazek. Chcę podgonić, żeby wrócić do makowej panienki, o której pewna Kasia mi wspominała ostatnio, żeby nie powiedzieć wypominała.

W miedzy czasie szyję a co z tego szycia wychodzi pokażę już niebawem.

Kilka dni temu miałam okazję spędzić z Nailą kilka fajnych godzin, na dyskusjach o kosmetykach, lakierach do paznokci, życiu i robótkach oczywiście. Doszłyśmy nawet do wniosku że kosmetyki zajmują na tyle dużo naszego wolnego czasu, że można by było spokojnie pisać o tym na czasowo relaksowym blogu – ale jeszcze nie zdecydowałyśmy się na taki, dosyć drastyczny krok wprowadzenia kolejnej kategorii w naszych wirtualnych światach.
Tak sobie gadając oprócz malowania paznokci koralikowałyśmy. Tak mi się zechciało coś poplątać z koralików, że namówiłam Jolę właśnie na ten sposób relaksu. Plątałyśmy z Jolą według tego samego wzoru, a dokładnie ze zdjęcia znalezionego w sieci. Plątanie jest fajne i wcale nie takie trudne jak się wydawało na początku. Najpierw robiłam z różnych koralików trochę takich empirowych trochę toho w rozmiarze 11, co spowodowało, że efekt końcowy nie był zbyt satysfakcjonujący.


Patrząc na Nailowe wrzosowe cudo zrobiony tylko z toho, postanowiłam kolejny elemencik zrobić też tylko z toho ale 15. No i zobaczcie jaka różnica, wszystkie elementy wykonane wg tego samego wzoru.


W najbliższym czasie chciałabym spróbować zrobić bransoletkę techniką szydełkową (z koralików oczywiście) oraz tęczową peyotową (choć podobno okragłe koraliki, a tylko takie posiadam, nie za bardzo do takowej się nadają – będę eksperymentować).

Czytam też trochę, zrobiła mi się znowu kolejka pożyczonych i swoich książek (choć swoich to jest taka ilość że tylko siedzieć i czytać i czytać). Od ostatniego wpisu, dwie zupełnie różne książki. Pierwsza z nich to pierwsza książka z serii szwedzkich kryminałów „Księżniczka z lodu”. Po Millenium miałam lekkie zniechęcenie do literatury z tamtych okolic, więc mimo zapewnień przyjaciółki, że dobra szybka i przyjemna, podeszłam do niej z pewną dozą nieśmiałości. I nie zawiodłam się (mam kolejne 3 już w kolejce na półce do przeczytania i im dalej tym lepiej podobno). Świetnie prowadzony kryminał, autorka dozuje wrażenia, wprowadzając stopniowo nowe informacje i nowe wątki. I kurcze nie doszłam za szybko (a właściwie zanim nie doczytałam odpowiedniego momentu w książce to miałam złe typy) kto, co i dlaczego. Polecam

Kolejna książka „W naszym domu” stała się przypadkiem uzupełnieniem informacji dotyczących zespołu Aspargera. Ostatnio jakoś wokół mnie trochę tematu autyzmu przewijało się i tak dla zwieńczenia pewnych przemyśleń akurat napatoczyła się książka. Jodi Picoult jak wiadomo zawsze w swoich książkach porusza poważne, ważne tematy, które często są tematami tabu w danych kręgach. W moim odczuciu jej książki są bardzo dobrze przygotowane merytorycznie i mimo, iż schemat książek jest do złudzenia podobny w każdej z nich, to robiąc sobie odpowiednie przerwy w czytaniu tej autorki, można w przystępny sposób spotkać się z ciężkimi tematami, poszerzyć swój horyzont. „W naszym domu” opowiada o życiu rodziny, której członkiem jest osiemnastoletni mężczyzna z zespołem Aspargera. Autorka pokazuje często te same wydarzenia z różnych punktów widzenia, pokazując tym samym, jak inne, bardziej skomplikowane, a może prostsze życie mają osoby będące w najbliższym środowisku chorego. Jestem zadowolona, że wpadła mi w ręce ta pozycja.

M.

3 stycznia 2012

… mgiełka – duma moja …

Muszę się do czegoś przyznać. Obserwuję ostatnio pewne zachowanie swojej osoby (nad którym średnio panuję), że bardzo mi się podobają pomysły mojej koleżanki Joli Nailą zwanej i mówiąc slangiem szkolnym, małpuję je od niej, chcę mieć takie same rzeczy i tak dalej … I się tylko zastanawiam (mając nadzieję, że nigdy) kiedy Jola się na mnie wkurzy za takie działania (zupełnie nomen omen ode mnie niezależne ;)).
Jedną z takich rzeczy była mgiełka, którą jak sobie wyobraziłam, potem zobaczyłam zapragnęłam mieć. A w dodatku poczułam, że mogę sama ją zrobić, jestem w stanie. Jola pomogła mi zamówić nitkę – kid mohair 80% + poliammide w kolorze pięknego granatu o grubości … nie wiem gdzie to przeczytać – ale bardzo cienkiej. Używałam drutów #5 ściegiem prawe lewe chcąc uzyskać luźność wzoru. Zużyłam 1 i ¾ motka 25g.
Nie mam pojęcia czy dobrze zakończyłam (razem z filmem z sieci), nie wiem czy dobrze zszyłam, ważne jest że mi się podoba i jest cieplutki i zobaczcie ile ma zastosowań.


Wykańczanie mgiełki przypadło na okres z gorączką gratis więc jak mnie telepało, a dałam radę jeszcze trafić drutami w oczka, to wykorzystywałam go jako szal. Czyli owijałam się jedną stroną, drugą kończąc.


A jak już mnie zmogło i musiałam zaliczyć pozycję horyzontalną to delektowałam się książką „Podróże małe i duże, czyli jak zostaliśmy światowcami”. A że autorami wyżej wymienionej jest Wojciech Mann i Krzysztof Materna, to poziom uzdrawiających endorfin (z bólem brzucha od śmiechu jako skutkiem ubocznym) był chyba uzdrawiający, bo coraz lepiej się czuję.

Książka napisana totalnie w stylu jaki prezentują autorzy, z bardzo fajnym poczuciem humoru, spostrzeżeniami i tym samczkiem trudnym do nazwania, który towarzyszy autorom zawsze kiedy otwierają buzie (czy są w parze czy występują oddzielnie). A książka też jest tak skonstruowana, że czasami panwie piszą razem, czasami piszą osobno – co jest oznaczone innym kolorem liter. A czasami wtrącają się, uzupełniają. A jak człowiek się wczuje (co nei jest trudne) i wyobrazi sobie, że to właśnie Oni opowiadają to mhhh śmiech, poprawa nastroju i … koniec książki już. Polecam stanowczo.

a tu fragment książki


M.

31 grudnia 2011

… resume …

A co tam … nie zdarzyło mi się wcześniej podsumowywać tego co na blogu było (albo niestety nie było ale jest związane z czasem relaksu). Generalnie super uczuciem jest oglądanie tego co się zadziało w pewnej sferze mojego życia ostatnimi miesiącami. O wielu rzeczach nie pamiętałam nawet. I co mnie zaskoczyło, to napisałam mniej więcej połowę razy mniej postów niż w roku poprzednim – karygodne … no nikt mnie nie pilnował i się rozpasałam. I kurcze no muszę to zmienić w nowym roku koniecznie … -> minimalnie 4 posty miesięcznie – tak właśnie chcę.
W tym roku nie miałam styczności z hardangerem … mhhh to raczej kiepsko bo uwielbiam ten haft. Trzeba coś wymyślić … może ten piękny, wielki, kilkuletni obrus, który u Krzysi zbliża się do końca?? … ale tego jako postanowienia nie będę ryzykować :).
2011 rok stanowczo przebiegał pod znakiem ćwiczenia, patchworkowania, cięcia, prucia i wielkiej szychowej satysfakcji. Uszyłam czerwoną narzutę będącą mega wyzwaniem i tak naprawdę pierwszym patchworkiem w życiu. Na nogach mam cały czas zielono – fioletowy pled. Powstało kila poduszek, kilka podstawek z recyklingowymi płytami w środku, no i uszyłam kołderki jedną „za jeden uśmiech” drugą dla uroczego gentelmana – Julka.


Poza tym zrobiłam dwa needlpointy od a do z i powiem że chce mi się szybko zrobić coś takiego co nie jest pracochłonne a daje efekty … będzie podumać, bo zarówno nova jak i róża na razie należą do grona UFOków, których niezła ilość też się nazbierała :(.


Przydarzyły się również różne nowe i stare przygody. Wyszyłam medalion, który miał być świąteczny a wyszedł sweet domowy, zaraziłam się sutaszem i koralikami – ale to boskie zajęcie jak dla mnie jest do ogarnięcia tylko i wyłącznie w towarzystwie i tylko wtedy mogę sutaszować i koralikować, więc raczej w UFOkach nich skończonych rzeczach mam osiągnięcia. Uszyłam pierwsze, ale nie ostatnie myślę literki materiałowe (trzeba dopracować jakoś ich technologię żeby łatwiej poszły następnym razem. Trochę czółenkiem pomachałam, żeby Hilmie zrobić prezent. Spróbowałam też kartonażu (ale stanowczo nie powinnam się sama za to zabierać, choć pudełko dzielnie służy w szkole :)).


I UFOki nie tylko ubiegłoroczne, znalazły się i starsze …ale dla podbudowania się niektóre zdjęcia są znacznie nieaktualne bo i jest więcej sześciokątów, i więcej blacworka i więcej drutowego szala. Poza tym zatęskniło mi się za makową panienką, tylko ciupeńkę za tulipanami (bo nadal mam do nich uraz bo widać granicę kartek ze wzorem).


Takkk i teraz tego o czym jakbym zapomniała w tym roku, otóż nie za wiele pisałam o przeczytanych książkach. Kajam się i żałuję za taki postępek … Obiecuję poprawę -> w następnym roku będę pisała o wszystkich książkach, które przeczytałam. I chcę przeczytać ich więcej niż w tym roku … coby dogonić Nailę (ta skubana przeczytała dwa razy więcej).
Ten książkowy rok u mnie był pod znakiem fantasy, którego nie czytałam, którego się bałam i które omijałam. Ale napatoczyła się Gildia Magów i wsiąkłam na maksa, potem dopieściłam się Grą o Ferrin – Kasi Michalak i dałam się ponieść. Poza tym patrzę, że w przewadze polscy autorzy z czego bardzo się cieszę (taki książkowy patriotyzm się odezwał z dumą).



W Nowym Roku życzę sobie i moim drogim czytelnikom przede wszystkim zdrowia, masy czasu wolnego i dużo kasy, żeby było więcej czasu na przyjemności a nie ciągle zaganianie i zapracowanie.

Magda

27 grudnia 2011

… chyba byłam niegrzeczna …

…bo mikołaj obdarował mnie gorączką … ale co ja takiego przeskrobałam to nie wiem do tej pory, gratis antybiotyk … no nic najważniejsze żeby przeszło szybko :).
Ale, ale nie narzekam o nie!! Korzystam z czasu wolnego ile się da! W święta bardzo chciałam skończyć tegoroczny SAL coby zakończyć rok bez dodatkowego UFOka. No i udało się. Odkąd postanowiłam przerobić dosyć drastycznie salowy wzór wiedziałam, że to co z niego powstanie zawiśnie w okolicach drzwi wejściowych, potem dopiero zapragnęłam zrobić coś na styl pinkeepa. Dzięki Ance z Pieguchowa wiedziałam jak zrealizować swoją wizję wisiora na drzwi. Wprawdzie nie używałam żadnego zmiękczacza pomiędzy i nie obwstążeczkowałam dookoła ale ale prawie pinkeep wyszedł.


Najpierw trzeba było spróbować w miarę równo przykleić materiały do kartonów. Z przodu grubszy karton z tyłu cieńszy (bo taki tylko był w domu). Do klejenia używałam kleju gutrmana (już się lekko przeterminował bo zrobił się gęsto żelowaty i ciężki do wyciskania ale zadziałał) w zestawie ze spinaczami praniowymi.


Dookoła miały pierwotnie być obszyte na gęsto koralikami ale mi się odechciało i obszyłam koralikami trochę rzadziej, najsampierw oczywiście zszywając przód z tyłem. Na koniec pobawiłam się z szablonem do robienia kokardek (oczywiście szablonem własnej produkcji na podstawie wpisu umieszczonego przez moją krajankę Chagę
No i powstała całoroczna przewieszka z której jestem dumna i bardzo zadowolona.


Świętowanie u mnie w tym roku to nie siedzenie za stołem (nomen omen dzięki chorobie) a raczej łóżkowanie i granie. Dane mi było ostatnio zagrać w trzy nowe dla mnie gry: zagrałam wreszcie klockami Jenga (oj przednia zabawa), od ucznia pożyczyłam karty Dobble – rewelacyjna gra rozwijająca spostrzegawczość, ćwicząca skupienie.

No i wielki hit gra planszowa „Świat dysku”. Podchodziłam do niej trochę jak do jeża bo Pratchett nie jest mi bliskim pisarzem, a jednak gra świetna, wciągająca, i można pomyśleć, pokombinować i zrelaksować się w dobrym towarzystwie również. Powiem, że czuję niedosyt gry i mam nadzieję że będzie mi dane więcej mi pograć.


No i na koniec pochwalę się – kołderka, którą uszyłyśmy wspólnie z Krzysią dla synusia Ani, zajęła III miejsce w konkursie ogłoszonym przez mój ulubiony sklep z materiałami – zobaczcie – juhuuuuuuu.

11 grudnia 2011

… maszynowy napad …

Naszło mnie ostatnio znowu na maszynę, a może nawet napadło znienacka i szybciorem zaprojektowałam narzutę dla mojej kochanej Uli i zaczęłam pierwsze z brzegu słoneczkowy bloczek….

O matko co ja się napociłam. Co ja się nacięłam, naprułam, nadenerwowałam i jak ja spokorniałam znowu. No bo niby PP nowością przy mojej maszynie nie jest no ale jakoś nie szło, nie mogłam wyobrazić jakie optymalnie kawałki materiału odcinać żeby pasowały i żeby mimo wszystko nie za dużo tego materiału zmarnować, bo ładne takie przecież są te kawałki … zanim zwątpiłam w swoje możliwości szybkiego ostukania się ze wzorem to szyłam „na czysto”, potem przeniosłam się na szycie „na brudno” i tak zajęło mi to prawie całe popołudnie. Ale się opłacało bo się nauczyłam.


Nie wiem czy to jest jakieś odkrycie wielkie, ale tym razem postanowiłam szyć na papierze śniadaniowym. Wprawdzie to więcej roboty bo po wydrukowaniu trzeba odrysować, ale stanowczo łatwiej się modeluje ten papier, a nade wszystko o wiele łatwiej się go wyrywa ze szwów. Z moim brakiem wyobraźni przestrzennej ostrym zdziwieniem było do mnie odkrycie, iż w tych słoneczkowych wzorach trzeba przyszyć część wypukłą do części wklęsłej. Normalnie załamałam się bo „niby jak mam to zrobić” pomyślałam. Ale na szczęście pogrzebałam w niezastąpionej sieci i spróbowałam. Mniej więcej wyszło zadowalająco. Choć postanowiłam przy drugim czy trzecim bloczku, że będę robiła większe nakłady na wszelkie boki prac, żeby w razie czego nie trzeba było sztukować a odciąć tylko.


Kiedy nie szyję i nie pracuję wtedy wyszywam różę. Bardzo ją już lubię choć wyszywanie zajmie stanowczo więcej czasu niżbym miała ją robić krzyżykami. No i niesamowitym komfortem jest posiadanie oryginalnych nitek, choć kiedy mam pesymistyczne nastawienie to się zastanawiam czy wszystkich nitek mi starczy. Ale nie będę teraz myśleć o tym.


Ostatnio zatęskniłam za drutami znowu, a w dodatku mam nowy pomysł i nową włóczkę … i bardzo chciałabym szybko ten plan zrealizować … ciekawe czy się uda :).

28 listopada 2011

… wełniano i przedzimowo …

Idzie idzie zima, tylko dojść nie może. Oczywiście nie narzekam - gdzież by znowu, przecież zimy nie lubimy, ale nie chciałabym żeby w grudniu zakwitły drzewa bo to już będzie przegięcie … Kilka dni temu zmroził mnie widok za oknem i myślałam, że to już – przyszedł śnieg i mróz – tak rano wyglądało za oknem, a szalik wiszący na balkonie przybrał się w narodowe barwy.


Będąc dalej w klimacie coraz większego marznięcia zadbałam o dwie ważne części swojego ciała – szyję i dupę ;). Chustę wełnianą zakupiłam chyba w marcu od Guzika z pętelką w moich ukochanych tęczowych kolorach. I mimo, iż mogłam ją zacząć nosić od niedawna, to wielka chęć żeby z nią obcować pozwoliła migaczem przyzwyczaić się do gryzienia jej. A powiem więcej, przecież jeden z incydentalnych szalów będzie zrobiony z tego typu nitki tylko że cieńszej.

Dupa natomiast będzie chroniona „dupnym kominem” (absolutnie nie jest to negatywne określenie tego czegoś o czym zaraz napiszę). Zakupiłam 100% wełnę i posługując się niebywałymi zdolnościami mojej mamci stworzyłyśmy coś takiego:

Generalnie wygląda jak mini spódniczka, bądź dłuższy sweter, a że w tym roku nie ma mowy żeby kupić nową, dłuższą kurtkę to mam nadzieję że moje cynaderki i tyłek będą w miarę zadowolone.

A przy okazji moja mamcia dzisiaj obchodzi 18ste urodziny – więc zaśpiewajmy mamie sto lat!

A na koniec dzisiejszego spicza SAL, który w moim wykonaniu dobiegł końca. Niestety nikt nie zgadł co zaplanowałam sobie napisać, choć Piegucha przypomniała mi o swoim świetnym napisie świątecznym, więc może w przyszłym roku takowy powstanie. Zostałam zobligowana do nieujawniania efektu końcowego do przed wigilią, tak więc pokazuję pracę na tamborku. Uważam, że nitka jest piękna i ślicznie układa się na wzorze, choć ułożenie jest zupełnie przypadkowe.


A tak w ogóle, jak na polski dobrze przetłumaczyć tekst „Home sweet Home”? Dla mnie kojarzy się najbardziej z „wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej” i z taką intencją go wyszywałam, ale tak naprawdę nie wiem do końca czy mam rację.

M.

17 listopada 2011

… powoli pędzi …

Tak tak wiem że to sprzeczność, ale czyż życie nie jest pełne sprzeczności … ot tak mnie na początek wzięło filozoficznie … taki czas.
Nie mogłam się oprzeć, żeby nie wstawić tu tego zdjęcia – jest takie moje …


Ale ja tu przecież o robótkach miałam … otóż ostatnia niedziela przeszła pod hasłem – projektujemy. Z Anią postanowiłyśmy zaprojektować i skroić kołderkę dla pewnej młodej damy, która niedawno przyszła na ten świat. Wyszłyśmy od motywu głównego czyli od zwierzaków wyciętych z szmateksowej pościeli.

Zobaczyłyśmy jakie powierzchnie będą zajmowały i mniej więcej jak je ułożyć. Potem przyszła pora na mozolne szkicowanie, obliczanie, rysowanie i liczenie i sprawdzanie czy aby na pewno tak jak założyłyśmy. W sumie liczenie planowanie zajęło nam jakieś 3 godziny pocięcie materiałów jakąś godzinkę może lekko powyżej. Oczywiście pomysły na kolory były różne i ewaluowały w między czasie. I tak wyszła kołderka żółto, pomarańczowo, różowo, zielona :). I jest fajna bo będzie pasowała do różnego wystroju wnętrza.

Już na zszycie nie starczyło nam zapału, a poza tym Ania taka przychorowana była. Ale jak się okazało tak się rozkręciła, że w domu od ręki wszystko zszyła i w trakcie szycia okazało się że przy koniach się machnęłyśmy – na szczęście w dobrą stronę – znaczy konie były za duże i można było je przyciąć. Mam nadzieję że niebawem pokażesz zszytą Aniu.

W trakcie dosyć ciężkiego – stąd wleczącego się czasu, który de facto leci na zbity ryj do przodu jakby mu się gdzieś spieszyło, nie za wiele zrobiłam. Idę do przodu z SALem.

Niestety gdzieś coś mi się omcknęło i że tak powiem wzór jest autorki z tego powodu, ale wielkość krzyżyków nie wróżyły dobrze przeliczaniu i wypruwaniu. Mogłaby na tym ucierpieć nie tylko praca ale przede wszystkim mój monż czy moja psychika – a tego byśmy nie chcieli przecież, więc kombinowałam ile się da. Z powodów o których napiszę na końcu, postanowiłam zupełnie zmienić zamysł mojego SALa. Przede wszystkim zostanie bardzo okrojony i w środku znajdzie się napis … pokusicie się o zgadywankę jaki?? Pierwsza osoba, która odgadnie zostanie nagrodzona małą niespodzianką.

A teraz przyczyna mojego pośpiechu, żeby skończyć szybciej SALa. Otóż przyczyną jest prezent Walentynowy, który dotarł do mnie w listopadzie. Tak, tak dokładnie prezent dostałam z ośmiomiesięcznym opóźnieniem. Ale przecież ważne jest że już go mam. Opóźnienie wynikało przede wszystkim z niefrasobliwości amerykańskiego sklepu, który miał produkt wystawiony na stronie, a nie miał go w magazynie. Tatam ….

Jest to mój pierwszy w życiu oryginalny zestaw do needlpointa. W obrazku zakochałam się od pierwszego wejrzenia, nie byłam w stanie go sobie odpuścić. A przy okazji idealnie będzie pasował do mojej sypialni. I już tak bardzo mi się chce zacząć ten obrazek, że aż szok!! A tak wygląda wspomniany zestaw.

M.

30 października 2011

… salować albo nie salować …

…oto jest pytanie, wręcz egzystencjalne robótkowo w ostatnich dniach. Zdrowie nie dopisuje za bardzo a więc i po chęci na cokolwiek trzeba się dogrzebywać w pocie czoła (pocie gorączki też). Umysłowo nie jestem w stanie nic robić więc zmusiłam się przynajmniej do ręcznych prac. A, że dziewczyny w SALu 2011 (baner na bocznym pasku) dają czadu już od kilku tygodniu, a szefowa ma ograniczoną cierpliwość hihi to się zabrałam do roboty.
Kiedy odbywało się głosowanie na salowe obrazki, to te właśnie były w gronie moich faworytów. Jednak z biegiem czasu, a może z powodu różnych nastrojów, przestałam być zmotywowana jakoś do ich wyszywania … Wczoraj Ania (szefowa) namówiła mnie przynajmniej na jedną bombkę. Kiedy już wydrukowałam wzór, zaczęłam się zastanawiać nad kolorem nitki, wiedziałam, że ma być cieniowana …, więc grzebałam w pudle cieniowanek i grzebałam i jak zobaczyłam tą konkretną, to wiedziałam, że jednak nie bombka a obrazek z domkiem. Wprawdzie jeszcze nie wiem czy ten domek będzie ostatecznie na moim obrazku, bo średnio mi się podoba ale ale … do tego długa droga. Także od wczoraj wyszywam :) Skład obrazka: 32 Count Belfast Linen Raw Linen – wyszywam krzyżykami jedną na jedną nitkę. Używaną nitką jest ręcznie farbowana mulina zamówiona za wielką wodą – ThreadWorX 1140 – jedną nitką (fotkę motka zrobię następnym razem, bo jakoś nie ogarnęłam teraz).


Powiem, że wczoraj zanim się nie przestawiłam na mały kaliber krzyżyków to myślałam, że wypad oczu nastąpi. Ale już dzisiaj poszło lepiej i mam troszkę więcej niż na fotce. I przyznam szczerze, że mam nadzieję że tej nitki to mi starczy (bo mam tylko jeden motek). Aby zabezpieczyć się z deka wyszywam najpierw środek, ramki i jejenie i inne taki skończę najwyżej z dobranej zwykłej mulinki (mam nadzieję, że to nie nastąpi).
Na dzisiaj jeszcze obiecany wieniec. I skończone lato/jesień. Nie mam pojęcia co to za kwiatki teraz będę wyszywać, są biało – jasnozielone. Wyglądają mi na amerykańskie, może dlatego ich nie znam.


W tej części najbardziej nie lubiłam tych beżowych fragmentów, jejku jaka to była nuda … choć jest tam kilka odcieni. Natomiast najbardziej polubiłam jabłko – takie piękne czerwone i soczyste – takie letnie…


A jak już przy porach roku jesteśmy. Czwartkowe poranki, kiedy trzeba skoro świt zerwać się z łóżka, rekompensują piękne jak do tej pory widoki. Wschodu słońca przez szybę nie udało się złapać, ale za to pięknie ubrane w żółć samotne drzewko na mojej łącze, otoczone oszronioną trawą … i te pierwsze promienie słońca … pięknie było.



Aby nie umknęły moje reakcje na Wasze komentarze, bo nie wszyscy je czytają to postanowiłam (nie wiem czy przypadkiem już po raz kolejny), że będę komentowała pod postem komentarze spod poprzedniego wpisu. Ok.??

w odpowiedzi na Wasze słowa (które uwielbiam) …
Jolcia -> masz kochana widocznie intuicję co do kolorów ścian, podejrzewam, że nie tylko :)
Ata -> wiesz ja sama się zastanawiam jak to wyszło, że mi się tak udało wywinąć z masakry remontowej i przyjść na gotowe i posprzątane … :) No i nie ma mowy o klonowaniu bo jeszcze straci swoje właściwości – wiesz za duże ryzyko :)
ann_margaret -> sama jestem bardzo ciekawa kiedy mnie najdzie żeby zacząć ten obraz, ahhh ale coraz bardziej mi się chce.
arabeska -> różowa kuchnia mówisz … musi być oryginalnie. Ale zawsze dodatkami można złamać jakoś to wrażenie :)
Krzysia -> prawda, że ten niebieski to największe zaskoczenie hi hi, to po to żeby nudno w życiu nie było :) Duży pokój jest o wiele cieplejszy przyjemniejszy. A puzzle były schowane pod stary dywan na środku pokoju, zastawione kanapą i zasłane ceratą to wszystko było. Przetrwały bez uszczerbku.
Kasia :) -> ekipa się rozczłonkowała i szuka teraz innych wyzwań …
lilka -> Ten dywan jest rewelacyjny … Trochę się bałam ciemnego koloru – bo wszystkie farfocle na ciemnym widać, a tu niespodzianka, wszystkie brudki wpadają miedzy włosy i ich nie widać – juhuuu. A poza tym jest super przyjemny do chodzenia po nim, do walania się po nim też się nadaje. Aaaa i monż stwierdził, że super współdziała z odkurzaczem – znaczy te włosy nie wciągają się tylko super się wyczesują.
Marita -> że ja kolorowa to i owszem, niektórzy nawet by powiedzieli że mam kręćka tęczowego, ale że Ty klamot – to się zagalopowałaś kochana …
yenulka -> ja mam nadzieję, że niebawem będziesz mogła zaznać wspomnianej przytulności na własnej skórze.

M.

23 października 2011

… nie taki straszny …

… jeśli nie jest się w samym epicentrum armagedonu zwanego przez niektórych remontem.

Nie wiem co powinno być początkiem tej historii więc uprzedzam lojalnie, że może być z deka chaotycznie. Nie było mnie tu trochę … względu różne, ale przede wszystkim ze względu na remontowe wygnanie. Byłam poza domem 3 tygodnie – wybyłam ze względu na pozbawienie się przyczyn do dodatkowych dużych stresów związanych z bałaganem, problemami remontowymi i tym podobne. Kupiłam więc farby, a całą resztę zostawiłam w rękach dwóch kochanych osób: męża i szwagierki.

Tak, tak o wiele mniej mnie to kosztowało, aniżeli musiałabym mieszkać w remoncie i zmagać się ze wszystkimi problemami.


Mieszkając na uchodźctwie troszkę wyszywałam wieniec, którego postępy widać na prawym marginesie. Nie zrobiłam jeszcze dobrych zdjęć, ale obiecuję poprawę. W każdym razie skończyłam późne lato/wczesną jesień, więc mniej więcej jestem na bieżąco z porami roku na tamborku i w życiu. Ale jakoś nie miałam czasu ani nastroju na robótki nie na swojej własnej kanapie. Więc krucho z postępami wszelakimi … Choć kilka rad pedagogicznych zaowocowało wydłużeniem się z deka bordowego szala :).
Ale wracając do remontu, najpierw był duży pokój. Idea kolorystyczna została zielona, ale w innej cieplejszej i bardziej soczystej tonacji niż ta ostatnia pizdacja. A żeby wprowadzić trochę ożywienia postanowiłam rzucić to tu to tam śliwkę, równie soczystą jak zielony.


Kuchnia została żółta (pomysł na kolor kuchni wziął się od samego początku z mojej fascynacji Feng –shui, wg którego żółty dobrze wpływa na trawienie i pracę układu pokarmowego) i nadal jest słonecznym centrum naszego domu. Kiedyś jak wygram w totka urządzę ją tak żeby można było tam postawić kanapę na której można by było usiąść z kawusią i książką i ładować się dobrą żółtą energią.


Przedpokój ma zaskakujący jak dla mnie kolor, ale założyłyśmy że ten kolor wybiera Beata, a poza tym doszłam do wniosku, że mogę sobie pozwolić na szaleństwo w tym właśnie pomieszczeniu.

A do tego będę miała jeszcze większą motywację żeby wyszyć poniższy obrazek – będzie idealny.


Sypialnia jest dużą radością, bo ona od zawsze była zaniedbana, a teraz ma piękne beżowo – szare ściany i jedną … mhhhh taką moją prawda?? No i narzuta świetnie pasuje.
Łazienka jak łazienka, znaczy identyczna jest jedynie odświeżona :). Więc daruję Wam zdjęcia.

To teraz efekty opisanych pobieżnie ciężkich prac :)




5 października 2011

… z jesienną prośbą …

A nawet powiedziałabym WIELKĄ prośbą.


Otóż moja bardzo dobra znajoma poszukuje pokoju do wynajęcia w Warszawie, po przyzwoitej cenie. Jest 19stolatką rozpoczynającą właśnie przygodę w Szkole Głównej Handlowej, a tak potoczyły się sprawy, iż nie ma gdzie mieszkać … Dodam jeszcze, iż jest osobą spokojną, zrównoważoną, mało towarzyską a do szczęścia potrzebne są jej obecnie cztery kąty z internetem i poczucie bezpieczeństwa. Jeśli któryś z moich drogich czytelników miałby coś na oku, proszę o kontakt mailowy (mail w zamieszczony w moim profilu). Z góry dziękuję, bo pomagając Jej pozwolicie mi zrzucić jedną troskę z pleców.


p.s. robótkuję jak najbardziej i o tym w następnym wpisie :)