25 września 2011

… ostatnie promienie słońca? …

... łapałam dzisiaj na balkonie … nie chciało nam się wyłazić na spacer, ale można było słońca zakosztować i tak … jak widać balkon mały i z deka zajęty przez pranie, niemniej jednak miejsce sobie znalazłam na poczytanie … w tym roku po raz kolejny nie udało mi się kupić fajnego fotela do czytania balkonowego, może w przyszłym się uda :). Mężuś przyłapał mnie zza szyby, na pochłanianiu „Tajemnicy sosnowego dworku” Małgorzaty J. Kursy.


W związku z tym, że niebawem remont się zacznie, postanowiłam dzisiaj podłożyć nowozakupione spodnie. I tak mi się zechciało poszaleć, że nie zważając na małą wytrzymałość gutermanowej nitki do pikowania, dżinsy podłożyłam cieniowanym zygzakiem. Bo jak już się decyduję na noszenie odzieży roboczej (bo przecież dżinsy pochodzą z czasów kiedy Lewis stworzył ubrania robocze dla poszukiwaczy złota z materiałów do szycia namiotów hi hi) to niech ona będzie przynajmniej fajnie podłożona – prawda!!! Na nogawce nie za bardzo koloru widać, więc dodałam zdjęcie nitki na maszynie.


Mój monż szaleje … dostał takiego spida, między innymi dzięki Waszemu dopingowi, że leci z tymi puzzlami niemożebnie szybko (śmieszny związek wyrazowy co?) co mnie bardzo bardzo cieszy, no bo jakie piękne efekty widać na podłodze …


Cały czas mam tylko niezłego stresa, że te pojedyncze puzzle, które jeszcze nie zostały znalezione są na przykład w odkurzaczu, a dokładnie w worku dawno wyrzuconym na śmieci. Ale może to tylko nieprawdziwa wizja.
Podgoniłam wieniec, wprawdzie pokazuję Wam jeszcze bez back stitchy ale już się chciałam pochwalić, że idzie do przodu i że z lata powoli wchodzę w jesień, zupełnie tak samo jak za oknami.

U mnie z zielonych wyłaniają się kolorowe liście, dojrzałe jabłka … ja nie lubię zimy za oknem, mam nadzieję, że na kanwie będzie lepiej.

M.

18 września 2011

… patrzę i patrzę …

… i oczom nie wierzę, że te puzzle są układane. No bo niby jak to możliwe żeby z kupy klocków (z przewagą kupy), klocków zupełnie identycznych, albo niczym absolutnie się niewyróżniających wyłaniał się obraz? Monż jest magikiem (zresztą nie tylko w tej dziedzinie;)) i normalnie zobaczcie co On wyprawia. Zobaczcie – dwa wpisy temu - piałam z zachwytu, dzisiaj wklejam kolejny etap i oczom nie wierzę jak się wyłania statek, łódka jedna druga, żagle … szok! Jakoś dopiero na zdjęciach widać progres, bo to tak jak z dziećmi, kiedy się je ma na co dzień na żywo to nie widać rozwoju, dopiero na zdjęciu z perspektywą dostrzegamy to i owo.

Kibicuję dalej bo w końcu jeszcze cała jedna połówka obrazu została … Pokibicujcie ze mną, bo wiecie jakie motywacja działa cuda!!
Z innych robótek ręcznych w naszym domu to ostatnio druty szaleją. Mam już dobre 20 cm, a może jakby porządnie rozciągnąć to i więcej :).

Po rozpruciu poprzedniego kawałka (czyli kolejnej lekcji pokory) przede wszystkim postarałam się o markery, żeby już prucia było jak najmniej. Jak piękne markery to oczywiście Naila – niezastąpione pogotowie koralikowo – biżuteryjne.

Jola przyjechała i trzasnęła mi migaczem komplet ślicznych kolorowych szklanych markerów na kolorowych żyłkach.

Dzięki czemu od momentu użycia tych cudeniek pomyliłam się dosłownie kilka razy i to nie z powodu niedoliczonego oczka a innych takich, które mnie zaskakują w robieniu na drutach (na przykład spadający z drutów ścieg … boszeee jak ja tego nie lubię). No i przy sesji zdjęciowej kolejny raz doznałam, jak ciężko jest oddać kolor robótki. Starałam się jak mogłam z różnym tłami, no i wychodzi na to że muszę postarać się o kawałek szarego brystolu lub bawełny, bo szare tło najlepiej oddaje kolor fotografowanego obiektu. To zdjęcie chyba najbliżej oddaje piękny bordowy i wcale nie zimny kolor przyszłego szala.


Jak mówiłam zakochując się w drutowaniu, nadal trzymam się samo obietnicy, że jest to hobby incydentalne, właściwie na wszystkie incydenty mam już nitki. O ile ten obecny bordowy szal robię kochanej przyjaciółce o tyle dwa następne multikolorowe będą moje. Już nikogo nie powinien dziwić dobór poniższych kolorów i zestawień.

Marzy mi się jeszcze jedna włóczka (czerowno cieniowana), ale na razie nie mam jej w moich ulubionym sklepie włóczkowym.

No ale nadszedł czas że mnie przycisnęło i wróciłam do krzyżyków … bo już tak mi się zachciało kolorów i krzyżyków, że odłożyłam druty i wróciłam do swojego wieńca … może pchnę w końcu do przodu ten nudny fragment!

M.

12 września 2011

… satysfakcja bo uśmiech …

Choć spokojnie można by było napisać również uśmiech bo satysfakcja…
Zabierałam się z wielką dozą nieśmiałości do tego zadania … a miało być zrobione do końca lipca (taki sobie pierwszy termin dałam). No cóż, jak to bywa w życiu nie zawsze udaje się nam realizować to co planowaliśmy … Materiał na kołderkę wypatrzyłam w sklepie miejscowym. Kiedy rzucił mi się w oczy od razu w wyobraźni cięłam go na kawałki ,tak żeby wyszła w jednym stylu, kolorowa i optymistyczna kołderka.


Najpierw trzeba było policzyć, przeliczyć, zaliczyć … ups znaczy wyliczyć :) i mieć nadzieję, że nigdzie się nie pomyliło. Jak widać na załączonym obrazku pisałam sobie różne przypomnienia, żeby nie daj boszeee nie zapomnieć o naddatku na szwy czy inne takie różne. Zamazywałam na jaskrawo wszystko to co już wycięte, numerowałam, oznaczałam … żeby to jakoś ogarnąć.
Cięcie poszło szybko i sprawnie (co nowy materiał to nowy). Dwie strony kołderki były poniekąd patchworkowe, ponieważ przód nie da się ukryć, że jest „ze zniszczonego nowego materiału” (jak mawia mój małż), tył jest zszyty również z trzech części tak aby fajnie to wyglądało.


Początkowo mój zamysł był taki, że obie części przepikuję osobno, znaczy przód na cienkiej ocieplince, tył na cienkiej ocieplince a potem wszystko razem punktowo (gęsto) ze sobą. Bo miałam wizję, żeby te dinozaury też były wypukłe i kwiatki … Ale Jolcia wyperswadowała mi to skutecznie, argumentując między innymi surowością Cebulki w kontroli jakości takiej kołderki. No i co no i się przestraszyłam … no bo wiecie jak jest - chciałabym żeby jednak została moja praca zaakceptowana przynajmniej (już nie mówiąc o tym żeby się podobała). A że Jola powiedziała, że ocieplina wystarczy cienka pojedyńcza no to poszło … to co wypikowałam bez spodu (czyli lot trzmiela i obwódki wyszywanek) to wypikowałam a potem już przyczepiłam dinusie i zaczęłam trzaskać po szwach.
No i tu warto, uważam, wspomnieć o locie trzmiela, a bardziej nazwałabym to lotem pijanego bąka … bo mój lot w jednym miejscu się przeciął i ma stanowczo kanciaste niektóre zakręty (wbrew standardom, o których się naczytałam przed podjęciem wyzwania).

Żeby było mi łatwiej psychicznie namazałam najpierw orientacyjny przebieg lotu mazakiem ("bic" spieralny dla dzieci – kolor szary, wcześniej próbnie wyprany na ścinku – bo wiara w to co piszą na opakowaniu powinna być ograniczona przecież). Jak by się przyjrzeć to widać jak bardzo igła nie trafiała w drogę mazaka … no ale cóż to mój pierwszy raz w lotach pijanych bąków (żeby nie powiedzieć w bzykaniu bo to byłaby nieprawda … co za nastrój).
Lamówka zszyta z x kawałków, tak aby paski szły pionowo a nie poziomo (poziomo – to był zamysł projektanta materiału, który został „zniszczony” w czasie radosnej twórczości). Przyszywałam ją najpierw na maszynie potem ręcznie (to znowu ze stresu żeby nie zmarnować pod koniec). Wyszła zadowalająco, choć na rogach kiedy przytrafiał się szew nie było łatwo :).

No i na koniec efekt finalny.


Powiem tak - uważam, że jednak ocieplina jest ciut za cienka (po wypraniu prawie jej nie czuć), ale doszłam do wniosku, że już herbata po obiedzie, a poza tym zwalam wszystko na Jolcię o!!! hi hi
Także wysyłam w tym tygodniu … jeszcze tylko nie ogarnęłam gdzie … hi hi.

Dla porządku w kołderce (zapasowej) uczestniczą kwadraty wyszywane przez: Mariolę z Rybnika, Lucynę Jolę z Warszawy x2, Teresę z Rudy Śląskiej, Agę z Konina, Danutę z Śrem (boszeeee nie wiem jak to ostatnie odmienić …).


Aaaaa, a na koniec jeszcze i sobie, a być może również dla innych ku pamięci sposób na chowanie nitek … wymyśliłam ten sposób przy tej właśnie pracy, choć jak najbardziej zdaje sobie sprawę, że Ameryki nie odkryłam … .
Tych nitek jest masa i samo ukrywanie ich zajęło mi lekko ponad 2 godziny.
A więc najpierw trzeba wszystkie nitki z prawej strony przełożyć na stronę lewą. Robię to za pomocą igły do wszywania, bo ma większe oczko i łatwiej mi się nawleka tyle nitek.


Jak już jesteśmy na lewej stronie to (poruszamy się według numerków na zdjęciach):
1. skupisko nitek do ogarnięcia
2. zawiązuję supeł z dwóch nitek
3. nawlekam po dwie nitki (te od supła) i się przebijam pomiędzy dwie warstwy materiału
4. tak aby igła wyszła dalej niż sięga długość nawleczonej nitki
5. jeśli nitka jest jednak dłuższa niż można było się igłą przebić zdejmuję ją z igły, ściągam lekko nitkę
6. odcinam i rozprostowuję materiał
Czynność należy powtórzyć kilkadziesiąt razy / tyle ile nawyprawialiśmy nitek przy pikowaniu (w moim przypadku jest to najczęściej duża ilość – nie wiem dlaczego?).

Pamiętacie jak robótkuję? Siedząc na kanapie. Tak też zakańczałam kołderkę, a że miałam już zmęczone oczy to igłę musiałam nawlekać przy użyciu narzędzia cudnego. I żonglowanie igłą, nawlekaczką, nożyczkami … gubieniem raz jednego raz drugiego,spowodowało, iż musiałam to jakoś usprawnić. Więc na bluzkę przyczepiłam magnez używany przy wszywaniu (jeden od spodu drugi od góry) na wysokości mojego zacnego biustu, i do magnesu przyczepiałam igłę i nawlekaczkę.

Dzięki czemu wszystko było opanowane i nie musiałam wszczynać poszukiwań co chwila (wiecie jak jest … te sprzęty są nieznośne i non stop kolor zwiewają). Zdjęcia robione z poziomu mojej brody mniej więcej.
O ja cieeee jaki długi mi ten wpis wyszedł … mam nadzieję, że doczytaliście do końca.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich anonimowych, skrytych i odkrytych czytelników :)

M.

4 września 2011

… była sobie niespodzianka …


Pomysł na tą niespodziankę pojawił się chyba jeszcze wtedy, kiedy młodzieniec był w brzusiu u Ani. Pojawił się za sprawą materiału, który wypatrzyłam z jednym z polskich internetowych sklepów (to ten co jest na spodzie). Pomysł dojrzewał, rozwijał się, przejrzewał, budził emocje, strach ale i radość wielką, że taką niespodziankę można robić.
Kołderka jest dziełem moim i Krzysi. Od samego początku partycypowałyśmy obie w praktycznie każdym elemencie twórczym :). Krysia zapodała pomysł na wzór pochodzący z jej przepastnych kolekcji. Następnie był etap dobierania tkanin – na szczęście chyba wszystkie udało nam się kupić w dwóch sklepach. Jak już były tkaniny to zaczęło się projektowanie, gdzie która szmatka i dlaczego. O dziwo poszło nam dosyć sprawnie, co jest dla mnie radosnym faktem – bo to oznacza, że mój gust jest podobnie wysmakowany jak Krzysi juhuuu!!! Potem był wieczór krojenia, męża wyekspediowałam gdzieś w świat, a my przy niedzielnym serialu kroiłyśmy, a dokładnie Krzysia cięła, a ja dokumentowałam co należy.

Jak widać ulubiony kuchenny strój wylądował w dużym pokoju, na kanapie projekt w laptopie (przygotowany graficznie z pomocą Rafcia – syna Krzysi), żeby na bieżąco kontrolować co w ogóle tniemy.
Potem przyszedł czas na aplikacje … bałam się tego jak ognia … wprawdzie Krzysia dostała trudniejsze - bo zajączki, ja tylko serduszka … i powiem że poszło mi super.

Pierwszy raz użyłam też papieru do mrożenia i jakoś nawet przy trzecim serduszku szło z górki :).
Następnie było zszywanie … i to było najbardziej stresujące zszywanie do tej pory, ponieważ założyłam sobie (żeby zadowolić jedną z moich miszczyń - Jolcie) że wszystkie szwy będą się schodzić … no i było trochę prucia, trochę potu na plecach … ale wszystko się zeszło. Przy szyciu bloczków korzystałam z podpowiedzi, aby uszyć coś co wydawało mi się początkowo niemożliwe do uszycia. Dzięki bardzo fajnej stronie wszystko się udało.
Po uszyciu wierzchu była dłuuuuuuugggggaaaa przerwa wynikająca z różnych bardziej lub mniej ciekawych, ważniejszych zajęć. Jednak rosnący młodzieniec, który miał zostać właścicielem, zmotywował mnie skutecznie, bo wizja, że wyrośnie z kołderki była przerażająca …
Jak wicie pikowania się boję i pewnie jeszcze jakiś czas strach ten nie będzie mnie opuszczał. Dlatego też popełniłam na tym etapie masę błędów, które mam nadzieję będą mi wybaczone. Aplikacje pikowałam na maszynie – ale ręcznie. Oznacza to, iż nie posługiwałam się pedałem maszynowym, który niezbyt reaguje na moje chęci zwłaszcza na zakrętach, a namachałam się ręką - poruszając igłę kółkiem napędowym. Cóż zakwasy były ale malutkie … duma mnie rozpierała bo tylko ze dwa razy prułam :). Potem, z przejęcia, zamiast pikować od środka po szwach bloczkowych zaczęłam od zewnętrznych, no i jak wyszło każdy widzi …
Lamówka poszła już szybciutko, przyszywana najpierw na maszynie a potem ręcznie (tu niezbędny był urodzinowy naparstek od Bełaty).
Generalnie jestem zadowolona z efektu, Krzysia twierdzi, że też jej się podoba … natomiast w samozachwyt wpadłam w momencie, kiedy Ania podesłała mi zdjęcia właściciela kołderki - Julka turlającego się po tejże (kołderce nie Ani).

A dodatkowo Julek dał mi napęd do szycia następnej kołderki … ale o tym innym razem (dzisiaj powstał prawie cały wierzch hi hi).

M.

30 sierpnia 2011

… być w szoku …

Fajnie czasami być w szoku, zwłaszcza w takim estetycznym szoku. Łażąc po sieci natknęłam się na stronę, która któregoś dnia wciągnęła mnie na kilka godzin. Więc uprzedzam lojalnie – uważajcie – to jest to miejsce.
Dla większego zniechęcenia pokażę kilka fotek, które pochodzą właśnie z tej strony. Nie znam się zupełnie na zdjęciach, więc nie wiem czy takie widoki występują rzeczywiście w przyrodzie, czy jest to efekt szopka niezastąpionego … tak czy siak moje estetyczne zapotrzebowania zostały zaspokojone, no i napatrzyłam się namarzyłam achhhhh. Zobaczcie


Teraz już trzeba zejść na ziemię …
Pamiętacie puzzle mojego mężusia?? Tu pisałam o początkach, a tu o kolejnej części. Była dłuższa bo chyba nawet 6 miesięcy albo i więcej … już straciłam wszelką nadzieję, że cokolwiek kiedykolwiek z tego wyjdzie. Było trzeba armagedonu każdego puzzlisty - czyli 1,5 rocznego siostrzeńca, który wparował radośnie w te pozostawione sobie samym klocki. Mąż wykazał się stoickim wręcz spokojem, moja siostra dostała zawału, winowajca wpadł w histerię – no jak to nie można biegać po tych fajnych kawałkach …
Pełna mobilizacja i medytacyjne wręcz ćwiczenie cierpliwości Tomka przyniosło niesamowite efekty – bo w ciągu miesiąca progres nieprzeciętny. A ja nadal nie wiem jak On to robi że rozróżnia te klocki … szacuneczek publicznie deklaruję :).


W związku z tym, że dzisiejszy wpis jest misz – maszowy (czyli taki jaki lubię najbardziej) to zobaczcie jakie śliczne guziki dostałam od Ani – takie niespodziankowe pozaokazyjne prezenty, a w dodatku wykonane własnoręcznie – są boskie!!!


A na koniec na prośbę Agi pokazuję drutowanie moje. Niestety to historyczne zdjęcia są, ponieważ ten kawałek został już spruty :( Nie posiadałam takich pięknych znaczników jak Ty i Ania. I co - i się myliłam na maksa, aż w końcu nie dało się już tego akceptować bo wzór przestał wychodzić … cóż więc potraktowałam to jako wprawkę i zaczynam od nowa. Na razie za znaczniki będą mi robić agrafki. Z napotkanych trudności – nie wychodzą mi ładnie brzegi – każde oczko inne – pewnie to kwestia wprawy. Zobaczymy czy przypadkiem nie zabraknie mi cierpliwości hihi


M.

22 sierpnia 2011

… pozytywnie zakręcone …

Dlaczego dlaczego dlaczego wszystko co dobre szybko się kończy i zdarza się tak rzadko … może po to żebyśmy lepiej doceniali te fajne momenty naszego życia? Ale koniec filozofowania. Jola, Ania i Agnieszka już napisały o naszym sabacie, który odznaczał się prawdziwymi czarownymi artefaktami i postaciami – bo przecież 5 wiedźm (bo dołączyła do nas mama Ani), miotły, kociołki pełne smakołyków, eliksiry, dużo dziam dziania i robótki – czyż to nie sabat?? A no i prawie Łysa Góra tylko że nie w górach i nad jeziorem ale to tylko szczegół :).


Dziewczyny (linki wyżej) już wszystko właściwie napisały na temat naszego spotkania, ale żeby nie było że się opindalam to napiszę też od siebie.

My z Jolą miałyśmy wielką wyprawę – ponieważ dojazd do Warszawy patatajem, czyli pociągiem bez przedziałów z twardymi siedzeniami, który bujał ostro więc nasze żołądki przeżyły ciężkie próby, potem jeszcze droga ze stolicy na łono natury więc cały dzień w drodze wytrzęsione dojechałyśmy na kolację do miejsca zlotu.
Tak patrzę na swoje zdjęcia to wyglądam na nich niespecjalnie wypoczęta – choć przysięgam że to zmęczenie było bardzo miłe i spowodowane niekończącymi się tematami do gadania, bo zupełnie inaczej jest kiedy wymieniamy się mailami a zupełnie inaczej kiedy można zobaczyć twarz, poczuć emocje … . Bardzo lubię i bardzo cenię takie chwile.

to tylko część wiedźm sabatowych

Moje plany i założenia na ten weekend były zacne, otóż wzięłam wieniec, żeby w dobrym towarzystwie jakoś przeżyć ten nudny fragment wzoru, zaplanowałam również bransoletkę koralikową i ewentualnie sześciokąty moje. Jak to z planami bywa czasem są elastycznie realizowalne hi hi. Bo w rzeczywistości było tak … zasiadłam do robienia bransoletki (nie udało się jej na miejscu sfocić, bo oczywiście nie przyszło to nikomu do głowy hi hi) a Aga i Jola w tym czasie przewijały włóczkę na kłębek i gadały o tym drutowaniu i gadały i robiły taki boski klimacik a ja słaba jeśli chodzi o uzależnienia sobótkowe słuchałam i słuchałam i zaczynałam się zarażać. Jak już przyszło co do czego – a mianowicie Jola zaczęła nauki drutowe ja już nie wytrzymałam rzuciłam bransoletkę, wyprosiłam o jakieś zapasowe druty i kawałek jakiejkolwiek nitki i zaczęłam nabierać oczka i robić prawe i lewe i ogarniać wzór który każda z nas robiła.

I to była jak magia, wzięłam druty w rękę (pierwszy raz od jakichś 20 paru lat kiedy to na ztp w podstawówce) i tak jakbym miała w genach te drutowanie – po prostu zaczęłam robić, układ palców trzymanie nitki operowanie drutami – normalnie czary. Zrobiłam kawałek zakończyłam i myślałam że to tyle z nowej choroby. Wzięłam się za wyszywanie, ale po kilku godzinach znowu mnie naszło i zaczęłam inny wzór w którym myliłam się namiętnie tworząc zupełnie inny wzór niż nakazywał schemat, ale nic to wzięłam się w garść przerobiłam ściągacz i zaczęłam od nowa, tym razem wychodziło jak należy i to już było ugruntowane zarażenie. Po powrocie do domu zamówiłam włóczki i druty z obietnicą że drutowanie będzie tylko incydentalnym hobby – znaczy się zrobię 3 – 4, szale bo tylko szale mnie interesują (zamierzam je nosić po pracy zamiast swetra).

W każdym razie to o czym piszę jest ewidentnym dowodem na to, że nie powinnam się zarzekać iż czegoś robić nie będę, coś mnie nigdy nie wciągnie i nie zainteresuje. Bo jeszcze tydzień temu byłam przekonana i wręcz mogłam sobie dać rękę odciąć że nie będę drutować, a dziewczyny i nastrój jaki stworzyły spowodowało że się zauroczyłam i zapragnęłam. I tak o to czuję dobitnie że mam adhd robótkowe – nie wiem gdzie z dupą siąść i za co się w danym momencie zabrać – o maj got.
Obecnie robię szal przyjaciółce, szal bordowy i nie dla mnie ponieważ po pierwsze na monitorze wydawało mi się iż jest to nitka czerwona, a wyszła bordowa więc zupełnie nie w moich zamiarach, a po drugie Ula też kocha szale i akurat bordowy jej bardzo leży.

W sabatowej łazience spotkałam interesującego gościa – otóż najpierw myślałam że to płatek hortensji się zaplątał na glazurze, ale potem doszłam do wniosku że to chyba żywe stworzenie ćmą zwane – czyż nie piękna??

M.

11 sierpnia 2011

… krzyżyki moja miłości …

Oczywiście jedna z wielu miłości … bo jakby inaczej :). A w dodatku obserwuję z niepokojem w ostatnim czasie zawiązywanie się nowego uczucia do kolejnego hobby robótkowego jakim są koraliki i biżuteria koralikowa. Jestem zafascynowana i bardziej traktuję koralikową biżu jako wyzwanie, które zawsze wydawało mi się nieosiągalne, a dzięki Jolom dwóm, zaczynam wierzyć w to, że jednak jestem w stanie ogarnąć i tą kuwetę juhuuu. Ale na razie poza czerwoną bransoletką z poprzedniego posta nic nie powstało ale jest za to plan zacny ozdobienia skórzanej torby listonoszki naszywką koralikową w kolorach moich ulubionych czyli czerwono – fioletowo – zielonym z dodatkiem czerni.
Robótki na ziemi królowej Elki to krzyżyki – bo najłatwiej je było przewieść, a i przed wyjazdem trzasnęłam troszkę przecież, tylko zdziwiłam się bardzo że jeszcze o tym nie napisałam – oj z pamięcią coś nieteges. Tak więc pokazuję postępy wieńcowe – słoneczniki wyszywało się bardzo sympatycznie i szybko – bardzo szybko – bo różnorodność kolorów duża i nie nudziło się wyszywając. Teraz przebijam się przez zboże i zbożową wstążkę – nudy takie że aż boli bo mimo iż kilka różnych beżów się używa to wszystko wygląda tak samo … no ale już już widzę koniec tego fragmentu.


Kurcze jakoś po powrocie z uk-ja nie mogę się ogarnąć, żeby zabrać się za szycie – nie wiem o co chodzi ale niepokoi mnie to bo … zobowiązania przecież są …. A przecież to przyjemne zobowiązania.

Dzisiaj jeszcze książkowo – jestem w szoku że czytam książki fantasy – bo do tej pory nie za bardzo szło mi czytanie tego typu literatury. Ale zachwyty Naili na temat serii Trudi Canavan spowodowały, że chciałam spróbować i … wsiąkłam, w dodatku zaraziłam tymi książkami również męża, który też był zadowolony, że dał się namówić.



Wprawdzie dzisiaj zaczynam dopiero trzecią część, ale dawno tak dobrze mi się nie czytało i nie czekało na czas kiedy znowu będę mogła poczytać co dalej w książce. Zastanawiam się czy inne książki tej autorki też tak fajnie się czyta.

M.

2 sierpnia 2011

… cofnijmy się …

Cofnijmy się bynajmniej nie w rozwoju … spokojnie :). Wakacje wakacjami a nie mam zbyt wiele czasu na wpisy tutaj, bardzo przepraszam i obiecuję poprawę. Teraz nadaję z obcej ziemi i wspomnienia tego co działo się przed moim wyjazdem są fajowe. A działo się towarzysko – robótkowo.

Otóż najpierw u mnie zrobiłyśmy maraton biżuteryjny … Każda z nas robiła coś innego – Kasia plątała srebrne druciki z koralikami, Jola trzaskała miętowy sutasz a ja … jakoś na sutasz nie miałam natchnienia więc wzięłam się za coś zupełnie dla mnie nowego - za koralikową bransoletkę. Kilka dni wcześniej Jolinka pokazała Naili jak zrobić taki sznurek koralikowy, a ta dzielnie przekazała mi tą wiedzę i trzasnęłam sobie bransoletkę – robiło się super szybko i sprawnie, używałam do tego nici Ariadny do skór i koralików – jakichś niemiecki otrzymanych w spadku.

Także po kilkugodzinnym spotkaniu wisiorek Kasi został prawie skończony, Jola trzasnęła prawie ¾ kolczyków a ja zrobiłam ozdobę w moim ulubionym kolorze – którą Jola dokończyła przymocowując zapięcie – i tak oto mam ulubioną wakacyjną bransoletkę.

Jak wiadomo spotkań nigdy dość i trzeba nasycić się kiedy jest więcej wolnego i logistycznie można się zgrać, więc po kilku dniach w tym samym składzie ale za to w innym miejscu spotkałyśmy się na kontynuowanie dzieła twórczego. I tym razem miałam cel – skończyć sutaszową przewieszkę, co by ją jeszcze tego lata założyć. Ponieważ któż to wie czy w przyszłym roku zestawienie fuksji z pomarańczą będzie zjadliwe :). Jak postanowiłam tak prawie uczyniłam – prawie (ja wiem że robi wielką różnicę - ale trzeba być dla siebie dobrym przecież) skończyłam!! Wisior (bo na przewieszkę jest za duży) będzie fajny jeszcze nie wiem tylko na co go zaczepię … może zmajstruję jakiś sznurek makramowy no zobaczę …


Na pasku bocznym zaktualizowałam postępy w Novej – mam około 133 kwadracików. I powiem szczerze, iż zmiana ramy na mniejszą i stojak/trzymadełko spowodowały, iż z wielką chęcią pracuję nad nią w każdej wolnej chwili :). Choć na myśl o tym żeby za połową odwrócić obrazek i wzory i wyszywać do góry nogami napawa mnie lękiem, no ale z dziewczynami (Aploch i Yenulką) nie zginę.

Na obcej ziemi oprócz zwiedzania (o tym w którymś następnym wpisie) i wydawania nie wiadomo, kiedy i nie wiadomo, na co pieniędzy, czasem wyszywam swój wieniec. Jest nudnawo – chyba najgorsza dla mnie część wzoru – ta z kłosami zbóż – bo nudne kolory są :) ale oby do przodu przecież.

p.s. urlop w UK rozpoczęłam od anginy, która coś czuję będzie mi towarzyszyć do powrotu do domu – ale trzymam się dzielnie.

M.

16 lipca 2011

…niezły trening…

Zakończyłam kolejną przygodę patchworkową. Tym razem w zielono fioletowej tonacji. Przygoda ta była bardzo bardzo fajna no i uczyła mnie pokory na każdym kroku.

Powoli kształtują się we mnie sympatie i antypatie do poszczególnych etapów szycia quiltów. Najbardziej lubię zszywać wierzchy – całkiem nieźle idzie mi już stykanie rogów poszczególnych elementów. I w tej materii mogę już zacząć ryzykować bardziej skomplikowane elementy aniżeli tylko kwadraty czy prostokąty. Kanapkowanie idzie mi nieźle.

Ale pikowanie to moja zmora. Kurde nie wychodzi mi nic ciekawego poza prostym pikowaniem po szwach czy po przekątnych. Ehhh muszę koniecznie nad opanowaniem igły przy pikowaniu popracować … .

Wiem też, że koce włochate i elastyczne nie są przyjaznym materiałem do pracy dla początkujących. Dlatego też … cóż mój pled idealny nie jest, ale jest za do przemiły w dotyku – czyli tak jak chciałam. Ze względu na koc tym razem też nie za bardzo mi się lamówkowało – choć lubię ten etap szycia. A więc przyszycie lamówki maszynowo z dwóch stron skończyło się załamką, napadem nerwu numer 5 objawiającego się warczeniem do mężusia oraz finałowo godzinnym pruciem jednej części lamówki. A następnie jakieś 3 godzinne (ponad 6,5 metra lamówki) przyszycie jej ręcznie, nabawiając się przy okazji bólu opuszka palca fakjuwego, bo nie zawsze było mi wygodnie z za dużym naparstkiem (czy istnieją małe trzymające się palca naparstki??).


Dla podsumowania całego projektu – pled w liczbach:
- pled ma 35 bloków
- każdy blok składa się z 24 kawałków różnej wielkości
- co daje 840 kawałków plus lamówka, która ma około 6,6 m
- środkowy kwadrat przepikowany jest gwieździście, pozostałe kwadraty po krzyżu i przekątnych na najcieńszej ocieplinię (Basta poradziła ocieklinę żeby wzmocnić całą konstrukcję więc posłuchałam)
- spód stanowi lekko włochaty, ciepło śliwkowy koc z mikrofibry, zakupiony w osiedlowym sklepie makro
- zużyłam dwie szpulki nici, z czego przynajmniej 1/7 została spruta i wyrzucona :) (marnotrawstwo to się nazywa)
- zawiązałam około 280 supełków z lewej strony pikowania, aby zakończyć to pikowanie

Reasumując – kocham patchworkować!!!

p.s. A na deser niebo wypatrzone przez mężusia.


M.

10 lipca 2011

… jak nie ma to nie ma …

Jak nie ma to nie ma, ale jak już się pojawi to bez tego żyć ciężko … Tajemniczo brzmi, ale pewnie każdy z nas mógłby to zdanie odnieść do kilku uproszczaczy życia czy przydasi, z którymi spotykamy się w swoim zakupowym szaleństwie. Za rekomendacją Yenulki i z jej pomocą stałam się posiadaczką stojaka/stelażu do ram i innych takich jak się okazało.


Wyszywanie Novej już nie było przyjemne, ponieważ duża rama była bardzo niewygodna w trzymaniu a wyszywanie bez oparcia pleców było możliwe na krótką chwilkę (nawet niecały kwadracik). Tak więc odleżała dobre kilka tygodni zanim nie zdecydowałam się na stojak. Nie jest on tym wymarzonym, bo wymarzony kosztuje około 300 dolców. Sprawdza się bez przeróbek, o których Agnieszka wspominała u siebie.
Dzisiaj już kilka kwadracików w Novej przybyło, a przybywające kwadraciki można obserwować na bocznym pasku (pomysł ściągnięty od Yenulki). Ze stojakiem wyszywa się znacznie przyjemniej i chętniej stanowczo.
Nowy zakup przydał się też jak się okazało do podtrzymywania magnetycznej podkładki, na której trzymam wzory krzyżykowe. Do tej pory trzymałam tą podkładkę opierając ją o zgięte kolana. Niestety niezbyt to było dobre dla moich kończyn, kolana bolały coraz częściej. Dlatego z wielką radością odkryłam, że stojak da się wykorzystać również do wyszywanek :). Także wieniec też poszedł do przodu – co widać na bocznej palecie i pewnie pokażę go w kolejnym poście.


W między czasie szyję oczywiście i jestem przeszczęśliwa ponieważ góra zielonego pledu jest gotowa juhuuuuuu. Niestety jest większa niż koc, mam ją naszyć – ale to nic jakoś sobie z tym poradzę – w końcu posiadam nożyczki :). Dzisiaj tylko jedno zdjęcie, kiedyś na pewno będzie więcej.

Chciałam dodać, że za patchworkiem dzielnie stoi mój mężuś.

Aaaaaa chciałam się jeszcze podzielić pewnym doświadczeniem. Otóż, pewnie jak i wszystkim szyjącym patchworki, serce staje kiedy trzeba coś co się uszyło z kolorowych szmatek wyprać. Bo niby się dekatyzowało, niby nie powinno pofarbować ale … stresie jest. Na zagranicznych blogach podejrzałam kiedyś, że dziewczyny używają absorbentem do prania. Ja robiąc niemieckie zakupy na allegro natknęłam się na coś takiego.

Wprawdzie nie są to jednorazowe chusteczki, jakich szukałam, a mały bawełniany ręczniczek, ale cóż aby działał. Przed używaniem na patchworkach postanowiłam przetestować owy ręcznik w ekstremalnym jak dla mnie praniu – uprałam pościel czarną, czerwoną i żółtą, plus kolorowa bielizna – wszystko razem – wyszłam z założenia, że najwyżej będę miała pościel w innych kolorach niż do tej pory – a co :). Wrzuciłam absorbujący ręczniczek razem i …. szok – ręcznik kolorowy jak widać, a pranie w swoich starych kolorach – więc działa! To dopiero pierwsze pranie ale już z pewną dozą nieśmiałości polecam.

M.

4 lipca 2011

… wyprawa wystawowa …

Ostatni weekend upłynął pod hasłem przesympatycznego spotkania z Anią i Agnieszką, z którymi w towarzystwie Mai odwiedziłyśmy w sobotni, iście nieletni dzień, łódzką wystawę haftu w Muzeum Włókiennictwa.


Cóż wystawa gdyby nie była wystawą pokonkursową – byłaby bardzo fajna. Jednak kiedy miałam świadomość, iż oglądam prace zakwalifikowaną do konkursu a tym samym i wystawy, to już perspektywa patrzenia na pracę jest zupełnie inna. Piję do tego, że na wystawie były prace, które nie powinny się moim zdaniem w takim miejscu znaleźć. I ja wiem, że każda praca dla jego autora jest dziełem sztuki, i ja szanuję wszystkich którzy tworzą cokolwiek i jak kolwiek, ale … . Ale moim zdaniem wystawa to pewien poziom, który powinien być utrzymany, a zdarzały się pokratkowane ołówkiem i niewyprane tła, podłożenia obrusów, z których prześwitywały fabryczne wszywki materiałowe, kulfony półkrzyżykowe czy krzyżykowe, gdzie każdy znaczek stanowił oddzielny byt nie tworzący z pozostałymi elementami całości.
W związku z tym, że na wielu już blogach pełne relacje były z wieloma zdjęciami, ja pokażę tylko te, które mnie w jakiś sposób przyciągnęły, zauroczyły, zachwyciły są lub stały się moimi wish pracami.


Najpiękniejszym moim zdaniem obrazem był storczyk, który wyglądał jak zdjęcie. Wykonany był w sposób mistrzowski, tak małymi krzyżykami, że ja upośledzona ocznie miałam problem z dostrzeżeniem pojedynczego krzyżyka. Wow!! Na zdjęciu wstawiłam fragmencik ze zbliżeniem tychże krzyżyków – sfociłam z danymi autorki napisanymi czcionką 14stką – tak żebyście mieli odniesienie jakie maluśkie są krzyżyki. Szacuneczek!!


Wzory Mirabila od lat są na mojej liście przyszłych prac. Taka jedna była też na wystawie, pozwoliłam sobie na kilka szczegółów.


Reasumując, bardzo bardzo się cieszę, że dziewczyny zaproponowały mi łódzką wycieczkę. I mimo, iż było zimno a strój nie był dostosowany i miałam napad migreny, to fajnie że mogłam tam być i spędzić fantastyczny czas z Anią i Agnieszką.


Aaaa i dżem rabarbarowo - truskawkowy Yenulki jest przepyszny … najgorsze, że słoiki mają dno i dżemolajda się kończy …

M.