Obiecałam sobie, obiecałam Wam, że będę pisała często … a tu patrzę ponad dwadzieścia dni temu ostatni wpis. I ja się pytam kiedy to zleciało …
Co ja w tym czasie robiłam w swoim wolnym czasie, którego było nie za wiele? Zatęskniłam za swoim wieńcem, nie za dużo poszło do przodu ale poszło w ogóle. Biała nitka nie sprzyja zwiększaniu zapału do krzyżykowania, ale na szczęście można żonglować innymi kolorami.

Jak wyciągnęłam robótkę objawił mi się ogrom zanieczyszczeń pracy, aż mi wstyd. Choć wcale nie dziwne kiedy wyszywałam i w pociągu i na plaży i w czasie podróży wakacyjnych … także światowy ten mój obrazek. Chcę podgonić, żeby wrócić do makowej panienki, o której pewna Kasia mi wspominała ostatnio, żeby nie powiedzieć wypominała.
W miedzy czasie szyję a co z tego szycia wychodzi pokażę już niebawem.
Kilka dni temu miałam okazję spędzić z
Nailą kilka fajnych godzin, na dyskusjach o kosmetykach, lakierach do paznokci, życiu i robótkach oczywiście. Doszłyśmy nawet do wniosku że kosmetyki zajmują na tyle dużo naszego wolnego czasu, że można by było spokojnie pisać o tym na czasowo relaksowym blogu – ale jeszcze nie zdecydowałyśmy się na taki, dosyć drastyczny krok wprowadzenia kolejnej kategorii w naszych wirtualnych światach.
Tak sobie gadając oprócz malowania paznokci koralikowałyśmy. Tak mi się zechciało coś poplątać z koralików, że namówiłam Jolę właśnie na ten sposób relaksu. Plątałyśmy z Jolą według tego samego wzoru, a dokładnie ze zdjęcia znalezionego w sieci. Plątanie jest fajne i wcale nie takie trudne jak się wydawało na początku. Najpierw robiłam z różnych koralików trochę takich empirowych trochę toho w rozmiarze 11, co spowodowało, że efekt końcowy nie był zbyt satysfakcjonujący.

Patrząc na Nailowe wrzosowe cudo zrobiony tylko z toho, postanowiłam kolejny elemencik zrobić też tylko z toho ale 15. No i zobaczcie jaka różnica, wszystkie elementy wykonane wg tego samego wzoru.

W najbliższym czasie chciałabym spróbować zrobić bransoletkę techniką szydełkową (z koralików oczywiście) oraz tęczową peyotową (choć podobno okragłe koraliki, a tylko takie posiadam, nie za bardzo do takowej się nadają – będę eksperymentować).
Czytam też trochę, zrobiła mi się znowu kolejka pożyczonych i swoich książek (choć swoich to jest taka ilość że tylko siedzieć i czytać i czytać). Od ostatniego wpisu, dwie zupełnie różne książki. Pierwsza z nich to pierwsza książka z serii szwedzkich kryminałów „Księżniczka z lodu”. Po Millenium miałam lekkie zniechęcenie do literatury z tamtych okolic, więc mimo zapewnień przyjaciółki, że dobra szybka i przyjemna, podeszłam do niej z pewną dozą nieśmiałości. I nie zawiodłam się (mam kolejne 3 już w kolejce na półce do przeczytania i im dalej tym lepiej podobno). Świetnie prowadzony kryminał, autorka dozuje wrażenia, wprowadzając stopniowo nowe informacje i nowe wątki. I kurcze nie doszłam za szybko (a właściwie zanim nie doczytałam odpowiedniego momentu w książce to miałam złe typy) kto, co i dlaczego. Polecam

Kolejna książka „W naszym domu” stała się przypadkiem uzupełnieniem informacji dotyczących zespołu Aspargera. Ostatnio jakoś wokół mnie trochę tematu autyzmu przewijało się i tak dla zwieńczenia pewnych przemyśleń akurat napatoczyła się książka. Jodi Picoult jak wiadomo zawsze w swoich książkach porusza poważne, ważne tematy, które często są tematami tabu w danych kręgach. W moim odczuciu jej książki są bardzo dobrze przygotowane merytorycznie i mimo, iż schemat książek jest do złudzenia podobny w każdej z nich, to robiąc sobie odpowiednie przerwy w czytaniu tej autorki, można w przystępny sposób spotkać się z ciężkimi tematami, poszerzyć swój horyzont. „W naszym domu” opowiada o życiu rodziny, której członkiem jest osiemnastoletni mężczyzna z zespołem Aspargera. Autorka pokazuje często te same wydarzenia z różnych punktów widzenia, pokazując tym samym, jak inne, bardziej skomplikowane, a może prostsze życie mają osoby będące w najbliższym środowisku chorego. Jestem zadowolona, że wpadła mi w ręce ta pozycja.
M.