Choć spokojnie można by było napisać również uśmiech bo satysfakcja…
Zabierałam się z wielką dozą nieśmiałości do tego zadania … a miało być zrobione do końca lipca (taki sobie pierwszy termin dałam). No cóż, jak to bywa w życiu nie zawsze udaje się nam realizować to co planowaliśmy … Materiał na kołderkę wypatrzyłam w sklepie miejscowym. Kiedy rzucił mi się w oczy od razu w wyobraźni cięłam go na kawałki ,tak żeby wyszła w jednym stylu, kolorowa i optymistyczna kołderka.

Najpierw trzeba było policzyć, przeliczyć, zaliczyć … ups znaczy wyliczyć :) i mieć nadzieję, że nigdzie się nie pomyliło. Jak widać na załączonym obrazku pisałam sobie różne przypomnienia, żeby nie daj boszeee nie zapomnieć o naddatku na szwy czy inne takie różne. Zamazywałam na jaskrawo wszystko to co już wycięte, numerowałam, oznaczałam … żeby to jakoś ogarnąć.
Cięcie poszło szybko i sprawnie (co nowy materiał to nowy). Dwie strony kołderki były poniekąd patchworkowe, ponieważ przód nie da się ukryć, że jest „ze zniszczonego nowego materiału” (jak mawia mój małż), tył jest zszyty również z trzech części tak aby fajnie to wyglądało.

Początkowo mój zamysł był taki, że obie części przepikuję osobno, znaczy przód na cienkiej ocieplince, tył na cienkiej ocieplince a potem wszystko razem punktowo (gęsto) ze sobą. Bo miałam wizję, żeby te dinozaury też były wypukłe i kwiatki … Ale Jolcia wyperswadowała mi to skutecznie, argumentując między innymi surowością Cebulki w kontroli jakości takiej kołderki. No i co no i się przestraszyłam … no bo wiecie jak jest - chciałabym żeby jednak została moja praca zaakceptowana przynajmniej (już nie mówiąc o tym żeby się podobała). A że Jola powiedziała, że ocieplina wystarczy cienka pojedyńcza no to poszło … to co wypikowałam bez spodu (czyli lot trzmiela i obwódki wyszywanek) to wypikowałam a potem już przyczepiłam dinusie i zaczęłam trzaskać po szwach.
No i tu warto, uważam, wspomnieć o locie trzmiela, a bardziej nazwałabym to lotem pijanego bąka … bo mój lot w jednym miejscu się przeciął i ma stanowczo kanciaste niektóre zakręty (wbrew standardom, o których się naczytałam przed podjęciem wyzwania).

Żeby było mi łatwiej psychicznie namazałam najpierw orientacyjny przebieg lotu mazakiem ("bic" spieralny dla dzieci – kolor szary, wcześniej próbnie wyprany na ścinku – bo wiara w to co piszą na opakowaniu powinna być ograniczona przecież). Jak by się przyjrzeć to widać jak bardzo igła nie trafiała w drogę mazaka … no ale cóż to mój pierwszy raz w lotach pijanych bąków (żeby nie powiedzieć w bzykaniu bo to byłaby nieprawda … co za nastrój).
Lamówka zszyta z x kawałków, tak aby paski szły pionowo a nie poziomo (poziomo – to był zamysł projektanta materiału, który został „zniszczony” w czasie radosnej twórczości). Przyszywałam ją najpierw na maszynie potem ręcznie (to znowu ze stresu żeby nie zmarnować pod koniec). Wyszła zadowalająco, choć na rogach kiedy przytrafiał się szew nie było łatwo :).
No i na koniec efekt finalny.

Powiem tak - uważam, że jednak ocieplina jest ciut za cienka (po wypraniu prawie jej nie czuć), ale doszłam do wniosku, że już herbata po obiedzie, a poza tym zwalam wszystko na Jolcię o!!! hi hi
Także wysyłam w tym tygodniu … jeszcze tylko nie ogarnęłam gdzie … hi hi.
Dla porządku w kołderce (zapasowej) uczestniczą kwadraty wyszywane przez: Mariolę z Rybnika, Lucynę Jolę z Warszawy x2, Teresę z Rudy Śląskiej, Agę z Konina, Danutę z Śrem (boszeeee nie wiem jak to ostatnie odmienić …).
Aaaaa, a na koniec jeszcze i sobie, a być może również dla innych ku pamięci sposób na chowanie nitek … wymyśliłam ten sposób przy tej właśnie pracy, choć jak najbardziej zdaje sobie sprawę, że Ameryki nie odkryłam … .
Tych nitek jest masa i samo ukrywanie ich zajęło mi lekko ponad 2 godziny.
A więc najpierw trzeba wszystkie nitki z prawej strony przełożyć na stronę lewą. Robię to za pomocą igły do wszywania, bo ma większe oczko i łatwiej mi się nawleka tyle nitek.

Jak już jesteśmy na lewej stronie to (poruszamy się według numerków na zdjęciach):
1. skupisko nitek do ogarnięcia
2. zawiązuję supeł z dwóch nitek
3. nawlekam po dwie nitki (te od supła) i się przebijam pomiędzy dwie warstwy materiału
4. tak aby igła wyszła dalej niż sięga długość nawleczonej nitki
5. jeśli nitka jest jednak dłuższa niż można było się igłą przebić zdejmuję ją z igły, ściągam lekko nitkę
6. odcinam i rozprostowuję materiał
Czynność należy powtórzyć kilkadziesiąt razy / tyle ile nawyprawialiśmy nitek przy pikowaniu (w moim przypadku jest to najczęściej duża ilość – nie wiem dlaczego?).
Pamiętacie jak robótkuję? Siedząc na kanapie. Tak też zakańczałam kołderkę, a że miałam już zmęczone oczy to igłę musiałam nawlekać przy użyciu narzędzia cudnego. I żonglowanie igłą, nawlekaczką, nożyczkami … gubieniem raz jednego raz drugiego,spowodowało, iż musiałam to jakoś usprawnić. Więc na bluzkę przyczepiłam magnez używany przy wszywaniu (jeden od spodu drugi od góry) na wysokości mojego zacnego biustu, i do magnesu przyczepiałam igłę i nawlekaczkę.

Dzięki czemu wszystko było opanowane i nie musiałam wszczynać poszukiwań co chwila (wiecie jak jest … te sprzęty są nieznośne i non stop kolor zwiewają). Zdjęcia robione z poziomu mojej brody mniej więcej.
O ja cieeee jaki długi mi ten wpis wyszedł … mam nadzieję, że doczytaliście do końca.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich anonimowych, skrytych i odkrytych czytelników :)
M.