Ten tydzień miał być krzyżykowy a wyszedł truskawkowy, natomiast za krzyżykowe myszy zabrałam się dopiero w sobotę po południu i pewnie w związku z tym pewnie przeciągnie mi się ten krzyżykowy czas na tydzień następny – bo jeszcze kociak na leżaku miałczy słonecznie. Jakoś tak się znowu zabiegałam w tym tygodniu, a jak już padłam na kanapę to chciałoby się nadrobić zaległości blogowe i pograć w gierki logiczne. No właśnie po prostu wsiąkłam, w kilka gierek między innymi w patchworkowe puzzle :) i kulki i inne myśleniowo – sprawnościowe łamigłówki – jakby ktoś był zainteresowany to polecam tą stroną.
Teraz truskawki – to między innymi one (i jeszcze czereśnie i arbuzy) są powodem zaniechania planów dietowych w najbliższym czasie. Jak wiadomo truskawki bywają w różnym stanie fizycznym i nie zawsze da się od razu wszystkich zjeść. Ze dwa lata temu zatęskniwszy za kremogenem – smakiem dzieciństwa – postanowiłam zrobić na zimę taki kremogen. Zblendowane truskawki z niewielką ilością cukru wlewałam w duże pojemniki po lodach. Ale niestety ciężko było wydobyć z nich potem odpowiednie porcje – bo kurde truskawki zamrożone są twarde, a na naleśniki nie zawsze potrzeba całe opakowanie. Moja mama w tym roku unowocześniła patent przechowywania kremogenu – otóż wymyśliła żeby ten kremogen pakować do woreczków na kostki lodu. Bo i małe porcje, które można zapakować bezpośrednio do buzi – taka większa zimna landrynka, łatwiej wyjąć porcje do naleśników, makaronu czy innych takich . I moim zdaniem pomysł jest w dechę, no może nie jest prosty do realizacji, ale cierpliwość zawsze jest nagradzana fajnym kremogenem :). Mama pakuje kremogen do woreczków rękawem do nakładania kremu na ciastka (nie wiem jak to się fachowo nazywa), ja na początku wlewałam za pomocą lejka, potrząchając lub przeciskając krwistą mazię z miejsca na miejsce, ale unowocześniłam ten proceder i wstrzykuję strzykawką (zarówno małą 5 jak i dużą 20). I jest to najlepszy sposób bo ciśnienie przesuwa truskawki do kolejnych woreczków.

Jak nie kremogenowo to truskawki oczywiście uwielbiam ze śmietaną i cukrem, aczkolwiek ostatnio odkryłam do truskawek serek wiejski odrobinę posłodzony płynnym słodzikiem. Mniamu mniam – a jutro będę próbowała z ricottą.

Tak zupełnie z innej kulinarnej bajki – robiłyśmy z Ulą suszi w domciu, eksperymentalnie zapakowałyśmy do nich oprócz łososia też śledzie (taki w płatach solony) – i to był strzał w dziesiątkę, dały wyrazistości temu orientalnemu specjałowi. Taki jeden przypadkowcem nam się udał:

Jeszcze uprzejmie chciałam donieść o moich książkowych przygodach. Czytam i czytam ostatnio i napalam się na kolejne książki, i nie mogę się zdecydować co czytać – wiec jednocześnie czytam 4 książki – olaboga chyba przesadzam :)

Pierwsza przeczytana to Marina Carlosa Ruiza Zafona, podobno pierwsza jego książka, choć wydana dopiero niedawno. Mhhh i jak moja refleksja? Marina to dziwna powieść, naszpikowana dziwactwami i trochę horrorowymi elementami, które nie za bardzo przypadły mi do gustu. Wprawdzie książkę czyta się bardzo szybko i w miarę interesująco, jednak moim zdaniem nie jest żadną rewelacją.


Druga – to książka, którą połknęłam dosłownie – ale pierwsza autorki bardzo pozytywnie ocenianej na wszelakich książkowych blogach – Jodi Picoult – przeczytałam Bez mojej zgody. Książka niezwykle poruszająca, bo dotycząca bardzo delikatnej, życiowej kwestii. Narracja prowadzona wielopłaszczyznowo – z punktu widzenia wszystkich głównych bohaterów – co bardzo wzbogaca obraz przedstawianej sytuacji i pozwala czytelnikowi wyrobić osobiste zdanie na temat poruszanego przez autorkę tematu. Po przeczytaniu tej pozycji wstąpiłam w poczet wielbicieli autorki, i mam już na półce koleje 5 jej tytułów.
Właściwie w dniu zakończenia, książki obejrzałam film na jej podstawie – no i kolejny raz film był spłycony, niepokazujący bardzo wielu ważnych rzeczy, niestety nie oddający książki.
M.